Reklama

Wydanie specjalne TP "Smak wolności"

Do przyjaciół Moskali

Do przyjaciół Moskali

04.09.2005
Czyta się kilka minut
Stanąć ponad absurdami historii, a czasem zwyczajnie obok. Bez wielkich słów, bez wielkiej ideologii. Jakie proste, a jakie trudne. Ale zdarza się.
P

Przed igrzyskami olimpijskimi w Moskwie w 1980 roku przeprowadzano wielką akcję czyszczenia miasta. Wbrew pozorom nie była to masowa dezynsekcja i deratyzacja - moskiewskie karaluchy i szczury miały się doskonale zarówno przed, jak i po sportowych uniesieniach. Chodziło o to, aby usunąć ze stolicy ZSRR elementy szpecące krajobraz i niepewne pod względem ideologicznym. Drobnych pijaczków, włóczęgów i niewiasty używające zbyt krzykliwych kolorów do podkreślenia urody wywieziono za słynny 101. kilometr. Bardziej barwnych dysydentów już wcześniej przymusowo osiedlono z daleka od Moskwy - albo poza granicami obwodu, albo poza granicami kraju. Natomiast studentów szkół artystycznych masowo wyprawiono na wycieczki do krajów obozu socjalistycznego, aby ich bujne temperamenty i szalone pomysły nie mąciły oficjalnej sztampy igrzysk.

Ich mała stabilizacja

Zbojkotowane przez Zachód po sowieckiej interwencji w Afganistanie moskiewskie igrzyska miały pokazać światu hegemonię ZSRR w sporcie i we wszystkich innych dziedzinach współzawodnictwa. Naród radziecki miał być w ujęciu propagandy jednym wielkim monolitem, popierającym pomysły stetryczałego naczalstwa w budowaniu komunizmu.

Wielu młodych Rosjan dostrzegało złożoność sytuacji, umiało czytać pomiędzy wierszami, chciało prawdy i sprawiedliwości. Bo, jak to w Rosji, było wtedy “śmieszno i straszno" - z jednej strony kpiny z kłapania genseka Breżniewa uranową szczęką, a z drugiej zgroza w obliczu potęgi imperium i jej policji politycznej, która trzymała rękę na pulsie obywateli. Nieadekwatność propagandy, jej kompletne oderwanie od realnych celów i potrzeb społeczeństwa - to rzucało się w oczy każdemu, kto choć raz zetknął się z Moskwą tamtych lat.

A z drugiej strony breżniewowski zastój nie dawał nadziei na odmianę. Ci, którzy nie mieli czym oddychać, musieli dokonać dramatycznych wyborów - jeżeli wybierasz wolność, to skazujesz siebie i bliskich na banicję lub więzienie. Związek Radziecki wydawał się wtedy wieczny. Wszystko powoli zaczynało się już pruć w szwach, ale gliniane nogi kolosa wyglądały jeszcze ciągle na mocne i zdolne do długiego marszu. Jeszcze w sklepach była wódka, dobry, ciemny chleb borodiński i “mięsopodobna" kiełbasa doktorska. W Moskwie można było kupić nie tylko siermiężne karminowe pomadki, ale francuskie kremy nawilżające (symbol otwarcia ZSRR na świat i świadectwo podnoszącej się stopy życiowej mieszkańców stolicy). Tomiki wierszy Achmatowej i Cwietajewej leżały wyłącznie na wystawach sklepów “Bieriozka", w których za dolary mogli się zaopatrywać wyłącznie cudzoziemcy. A w radzieckich księgarniach królowała oficjalna ideologia i radziecka klasyka, “wyklęta" literatura krążyła w samizdacie. Na prywatkach słuchano z wypiekami na twarzy przegrywanych potajemnie nagrań piosenek Wysockiego, Okudżawy, Galicza i innych bardów oficjalnie albo zakazanych, albo niechętnie pokazywanych.

Czy w takiej sytuacji można było być zadowolonym z życia i snuć plany na przyszłość? Miała być świetlana, według dokumentów kolejnych zjazdów partii. Młodzi zawsze chcieli jakiejś odmiany. A pokolenie wchodzące w dorosłe życie na początku lat 80. było już trochę lepiej odżywione i mniej przestraszone niż poprzednie. To już nie były ideowe pokolenia dziadów i ojców, którzy robili rewolucję, wygrywali wojnę, zagospodarowywali Daleką Północ. Ideologia w oczywisty sposób im nie wystarczała, dowcipy, za które można było zapłacić pobytem w psichuszce, też nie. Oglądali filmy Tarkowskiego - czysta sztuka, absolut, kropla sensu życia w próżni socjalistycznej egzystencji.

Polski barak

A więc grupa studentów moskiewskich szkół artystycznych przyjeżdża do Warszawy, są głodni wszystkiego - powietrza, ludzi, książek, filmu, teatru. Rzucają się w stronę Pałacu Kultury. Myślą, że to uniwersytet (sylwetka moskiewskiego uniwersytetu to taki większy pałac kultury), chcą poznać rówieśników, pogadać. A w Pałacu Kultury odbywa się wtedy międzynarodowy festiwal teatralny. Z przyjaciółmi z polonistyki spędzaliśmy tam całe dnie na przeglądach rejestracji spektakli z innych festiwali. To w ciągu dnia, a wieczorami lataliśmy na spektakle na żywo. Nam też się strasznie chciało do świata, do wolności, do powietrza, do książek. Też mieliśmy dosyć kłamstw partyjnej góry i nienawidziliśmy “sojuszu ze Związkiem Radzieckim na czele". Ale u nas coś się działo. Alternatywne życie w podziemiu kwitło w najlepsze. Na uczelni też.

Wpadliśmy na siebie właściwie przypadkiem w szatni i urzekliśmy nawzajem od pierwszego wejrzenia. Zaczęliśmy gadać jak opętani, złym albo bardzo złym rosyjskim z naszej strony oni wcale się nie zrażali. Resztę dopowiadały ręce i oczy. Teatr, film, wielkie nazwiska, Wajda, Tarkowski. Biegniemy na wystawę fotografii Witkacego. Kto to? - pytają. Ach, i popełnił samobójstwo 17 września 1939. Co to za data? Naprawdę Związek Radziecki napadł na Polskę? O rany, powiedzcie coś więcej, my nic nie wiemy, co za draństwo. A Gdańsk, a Radom, a Ursus, a u nas rozstrzelali demonstrację w Nowoczerkasku, siedzący na drzewach chłopcy spadali ustrzeleni prosto na głowy ojcom i matkom. A u nas KOR - a u nas psichuszki. A u nas, a u nas...

Przez kolejne dni na spotkania z nami uciekali spod opieki komsomolskiego patrona (wszyscy byli w Komsomole - na uczelniach wydawano legitymacje “z metra", wszystkim jak leci), po powrocie napisze na nich donos, będą musieli się tłumaczyć dziekanowi. Odpowiednie sprawozdania skierowano na Łubiankę, gdzie obok pomnika Feliksa Dzierżyńskiego mieściła się siedziba założonej przezeń instytucji. Wpadli bestii w oko. Zostali zakwalifikowani jako element niepewny podwójnie: artyści, byli w Polsce, nawiązali kontakty z równie niepewnym elementem. Ze smutnymi panami w skórzanych kurtkach odbyli kilka kłopotliwych rozmów i na tym się skończyło. Na razie.

Znaczki "Solidarności"

Tymczasem w Polsce “się ruszyło". Sowiecka propaganda też ruszyła z całą mocą, by zwalczać zarazę. Zaraza nie mogła się rozprzestrzeniać. Kiedy kilka miesięcy po Sierpniu 1980 przyjechałam do Moskwy, ojciec jednej z moich znajomych, bywały w świecie dziennikarz, zapytał, co Polacy chcą przez to osiągnąć. I ostrzegł: przecież to się nie może udać (w domyśle: rozjedziemy was czołgami). W Moskwie częstowano mnie wtedy w wielu miejscach oficjalną agitką, nieodmiennie kończąc sentencją: wy sobie bez nas rady nie dacie, i w ogóle co za czarna niewdzięczność - my wam wszystko dajemy, i ropę, i zapałki, a wy nam w zamian rewoltę.

I tylko moi przyjaciele Moskale nastawieni byli do polskiej rewolucji entuzjastycznie. Nareszcie wieją ożywcze wiatry. Może uda się ruszyć z posad tę zastałą, kłamliwą, sowiecką bryłę. To, co działo się w Polsce, to był realny fakt, realny protest, a nie tylko marzenia i nadzieje.

Przy kolejnym pobycie przywiozłam im znaczki “Solidarności", wszystkim osobiście wpięłam w klapy kurtek i marynarek. Jacy oni byli dumni! Następnego dnia obnosili znaczki jak najdroższe klejnoty po całej uczelni. Nie było osoby, która by nie chciała z nimi pogadać. Jak się okazało, nie wszyscy chcieli bezinteresownie dowiedzieć się, skąd mają takie cuda. Niektórzy pospiesznie donieśli przełożonym. Na uczelni i w KGB.

Znowu zaczęli ich ciągać na Łubiankę. Tym razem sprawa była poważniejsza - próbowano ich oskarżyć o zakładanie organizacji na wzór “Solidarności". Dowodem były znaczki. Zgarnęli ich z uczelni, na przesłuchania brali pojedynczo, kłamali, że pozostali przyznali się i poszli na współpracę. To trwało ładnych kilka dni. Brat Miszy pracował w KGB. Kiedy się o wszystkim dowiedział, przyleciał do kolegów ze służby i zaczął łgać, że to wszystko z głupoty, że Misza się zakochał w “tej Pol-ce", że z żadną “Solidarnością" nie ma nic wspólnego. Jakoś go wyciągnął. Potem wypuścili pozostałych. Podobno jeden się załamał i potem chodził regularnie na spotkania z panem w skórzanej kurtce. Podobno.

Tymczasem ja o niczym nie wiedziałam, wróciłam już wtedy do Warszawy. O żadnych telefonach w tamtych czasach nie było mowy. Listy też czytała cenzura. Nie mogli mi napisać: “Wiesz, zwinęło nas przez ciebie KGB".

Drogi towarzyszu majorze!

Zresztą, oni wcale nie myśleli, że to przeze mnie. Właśnie to jest w tej historii najpiękniejsze. Nie mieli mi nic za złe. Wręcz przeciwnie.

Pod koniec grudnia 1981 roku poczta dostarczyła pod mój adres podartą kopertę z napisem OCENZUROWANO. W kopercie była kartka przedstawiająca scenkę z filmu kukiełkowego, a na odwrocie tekst: “Nie poddawaj się, dumna Polsko!".

Potem było jeszcze wiele listów ze stemplem cenzury. Numerowaliśmy je, żeby przynajmniej orientować się, ile z nich nie dochodzi. Każdy z listów zaczynaliśmy nagłówkiem: “Drogi towarzyszu majorze!", potem daliśmy mu awans na pułkownika. Śmialiśmy się, że moje zdjęcia zdobią gabinet tego ponurego bezpieczniaka, który szpanuje przed kolegami, że ma dziewczynę w Polsce, która przysyła mu kolorowe fotografie.

A potem była kolejna dramatyczna historia z udziałem KGB. Alosza napisał do mnie szczery list z opisem wszystkich perypetii z aresztowaniem, postanowił obejść cenzurę i poprosić kogoś, kto jechał do Polski, o wrzucenie listu do skrzynki po przekroczeniu granicy. Lecz na granicy przedział, w którym schowany za lustrem jechał list, został bardzo wnikliwie sprawdzony przez odpowiednie służby. Rozkręcili półki, lampy, no i lustro. Znowu aresztowanie, przesłuchania.

Tymczasem czasy się zmieniały. Jeden za drugim umierali kremlowscy gerontokraci. “Wy budietie smiejatsia, no Czernienko toże umier" - śmiała się do rozpuku Moskwa, znowu mając nadzieję na jakiś przełom. Bestia z Łubianki coraz rzadziej szczerzyła kły. Po jakimś czasie nawet mogłam śmiało pomyśleć o przyjeździe do ZSRR bez niepokoju, że znowu narażę moich przyjaciół Moskali na niebezpieczeństwo. Chodziliśmy na nocne spacery po Moskwie - był czerwiec 1989 roku. Podszedł do nas jakiś brodaty typ. “Państwo śpiewacie, a ja jestem tenorem lirycznym i bardzo bym chciał się do was przyłączyć". I tak chodziliśmy z pieśnią na ustach do białego rana. Nazajutrz radio Majak podało wyniki wyborów w Polsce. Skakaliśmy ze szczęścia do góry. “Solidarność" wygrała. Obiecałam, że znowu przywiozę im znaczki. Tamte pierwsze, sprzed lat, skonfiskowało KGB.

Dziś zmieniły się czasy, zmieniły ustroje, upadło imperium, opadła żelazna kurtyna. Moskwa znowu chciałaby zorganizować u siebie igrzyska olimpijskie.

A my nadal ze sobą rozmawiamy.

O wszystkim, co cieszy, i o wszystkim, co boli.

Dziękuję, przyjaciele Moskale!

Ten materiał jest bezpłatny, bo Fundacja Tygodnika Powszechnego troszczy się o promowanie czytelnictwa i niezależnych mediów. Wspierając ją, pomagasz zapewnić "Tygodnikowi" suwerenność, warunek rzetelnego i niezależnego dziennikarstwa. Przekaż swój datek:

Dodaj komentarz

Usługodawca nie ponosi odpowiedzialności za treści zamieszczane przez Użytkowników w ramach komentarzy do Materiałów udostępnianych przez Usługodawcę.

Zapoznaj się z Regułami forum

Jeśli widzisz komentarz naruszający prawo lub dobre obyczaje, zgłoś go klikając w link "Zgłoś naruszenie" pod komentarzem.

Zaloguj się albo zarejestruj aby dodać komentarz

© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]