Szanowny Użytkowniku,

25 maja 2018 roku zaczyna obowiązywać Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016 r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia dyrektywy 95/46/WE (określane jako „RODO”, „ORODO”, „GDPR” lub „Ogólne Rozporządzenie o Ochronie Danych”). W związku z tym informujemy, że wprowadziliśmy zmiany w Regulaminie Serwisu i Polityce Prywatności. Prosimy o poświęcenie kilku minut, aby się z nimi zapoznać. Możliwe jest to tutaj.

Rozumiem

Reklama

Stany wojenne Europy Wschodniej

Stany wojenne Europy Wschodniej

14.12.2006
Czyta się kilka minut
Jeszcze w moskiewskich sklepach była "kiełbasa doktorska z wielkimi okami słoniny, serek topiony kosztował kilka kopiejek, a Komunistyczna Partia Związku Radzieckiego sposobiła się do kolejnego wiekopomnego zjazdu z równie wiekopomnym referatem sekretarza biura geriatrycznego, jak powszechnie nazywano Biuro Polityczne KC. Ale w powietrzu czuło się niepokojące powiewy, zanosiło się na zmiany.
Breżniew i Honecker w braterskim uścisku: karykatura na murze berlińskim, koniec lat 80.
W

Wtedy - w grudniu 1981 r. - nikt nie przypuszczał, że potężny Związek Radziecki za kilka lat się rozpadnie, a jego wschodnioeuropejskie satelity wybiorą własną orbitę. Spodziewano się raczej, że ruch przebudowy wszechwładnej partii tchnie nowego ducha w cielsko sowieckiego molocha, a sytuacja w rozkołysanej przez lekkomyślną "Solidarność" Polsce uspokoi się.

Przez Polskę w roku 1981 przetaczały się fale strajków, intelektualiści radzili nad sposobami zagospodarowania wyrwanych cenzurze skrawków wolności, PZPR wahała się między próbami okiełznania Solidarnościowego "warcholstwa" a serwilistyczną postawą wobec Wielkiego Brata.

Przebojem lata '81 była w Polsce żartobliwa piosenka, w której bard zastanawiał się, czy czerwone mrówki zaatakują jego kocyk, rozłożony w celach pokojowych na leśnej polance. "Wejdą, nie wejdą, wejdą, nie wejdą..." - to pytanie powtarzało się jak refren nie tylko w tej piosence. Radziecka góra spędziła na naradach nad kwestią interwencji w Polsce niejedną godzinę: od 25 sierpnia 1980 r. co tydzień zbierała się w tym celu specjalna komisja, powołana przez Biuro Polityczne.

Było jednak kilka "ale", które nie pozwalały Moskwie na bezkrytyczne zastosowanie "doktryny Breżniewa", przewidującej wojskową interwencję w obronie socjalizmu. Niespełna dwa lata wcześniej ZSRR podjął w ramach "internacjonalistycznej pomocy" wojskową misję w Afganistanie, co spotkało się z potępieniem Zachodu. Czym zakończyłaby się ingerencja w Polsce? Sztab generalny sowieckich sił zbrojnych miał przygotowany plan wkroczenia do Polski, w operacji zamierzano użyć trzydziestu dywizji (redyslokację jednostek stacjonujących wokół granic PRL przećwiczono podczas manewrów "Sojuz-80", a potem "Sojuz-81" i "Zapad-81"). Czy chodziło tylko o demonstrację siły, czy faktycznie sposobiono się do zajęcia Polski? Zdania były i są podzielone.

Było jeszcze "ale" gospodarcze: Polska została przez I sekretarza PZPR Gierka zadłużona na Zachodzie, gospodarka kraju w pełni uzależniona była od dostaw z ZSRR. W Moskwie krążyło więc powiedzonko: "Nie nado tankow, dostatoczno bankow" (Nie trzeba czołgów, wystarczą banki).

No i było "ale" wewnętrzne: sekretarz generalny KPZR Leonid Breżniew był już od dawna chory, w każdej chwili spodziewano się jego zgonu. W kuluarach trwały intensywne przepychanki - walka o schedę po Breżniewie zajmowała partyjny aktyw o wiele bardziej niż ruchawki w Polsce. Z tego punktu widzenia polskie niepokoje odbierano raczej jako zakłócenia w rozgrywce o władzę na Kremlu. Następcą Breżniewa w 1982 r. został dyrektor KGB Jurij Andropow. I on oglądał już wówczas świat z pozycji przyczepionego do sztucznej nerki w kremlowskiej klinice. Ale miał do dyspozycji swój wierny aparat: wszechobecne, czuwające całą dobę oko instytucji bezpieczeństwa państwowego.

Andropow był przerażony tym, co się dzieje w Polsce. Postrzegał to jako samospełniającą się przepowiednię, którą sformułował jeszcze w 1978 r.: "Wybór papieża Polaka to część międzynarodowego spisku, który ma na celu oderwanie Polski od bloku radzieckiego. Imperialiści Polaków wypychają na pierwszy plan - w Waszyngtonie siedzi Brzeziński, w Watykanie - Wojtyła, to nie może być przypadek".

Do dziś ze stuprocentową pewnością nie dowiedziono, że inspiratorem zamachu na Jana Pawła II w maju 1981 roku był Andropow, wtedy jeszcze szef KGB. Ale usunięcie aktywnego antykomunisty i wielkiego autorytetu moralnego, jakim był Jan Paweł II, leżało w interesach Kremla i bardzo ułatwiłoby rozwiązanie kwestii polskiej. W 1981 r. Andropow niemal codziennie dzwonił do rezydenta KGB w Warszawie, często spotykał się z polskimi politykami, stale instruował ministra spraw wewnętrznych, naciskał Jaruzelskiego. Pęknięcie polskiego ogniwa w łańcuchu sowieckiego obozu w pojęciu Andropowa nie wchodziło w grę.

Tymczasem jeden z podwładnych Andropowa, świeżo upieczony absolwent wydziału prawa Uniwersytetu Leningradzkiego, Władimir Putin, stawiał pierwsze kroki w nowej pracy w KGB i starał się o względy Ludmiły. Z Polską nic go nie łączyło, jeśli nie liczyć nabytych właśnie w 1981 r. nart produkcji polskiej, na których z przyszłą żoną uczyli się jeździć. Trudno powiedzieć, kiedy zwrócił uwagę na to, że Polska w ogóle istnieje. Może wtedy, gdy jako funkcjonariusz wywiadu zagranicznego rozglądał się po ukochanym NRD i pod koniec lat 80. z de­zaprobatą obserwował, jak wiejące od strony Polski wiatry wolności podkopują mur berliński? A może dopiero jako prezydent Rosji, kiedy nazbyt butnym i samodzielnym sąsiadom udzielał poglądowej lekcji imperialnej metody "dziel i rządź"?

Ale powróćmy do 1981 r. Władimir Putin - podobnie jak większość mieszkańców Moskwy i Leningradu - żyje wtedy zwykłym życiem epoki dogasającego breżniewowskiego zastoju. O czym wtedy rozmawiano? O podwyżce cen na benzynę i wódkę, o zwycięstwie drużyny Dynamo Tbilisi w Pucharze Zdobywców Pucharów, o pierwszym w historii przejściu na czas letni i zimowy.

O Polsce też. Grupa zdeklarowanych dysydentów i próbujących zachować niezależność intelektualistów i artystów witała wydarzenia za zachodnią miedzą z nadzieją i sympatią. Zwyczajni ludzie - z podejrzliwością i niedowierzaniem. Systematycznie karmieni byli bowiem przez propagandę papką o wpływie amerykańskiego imperializmu i zachodnioniemieckiego rewizjonizmu, o awanturnictwie przywódców "Solidarności", o konieczności "normalizacji" sytuacji w Polsce.

Wprowadzenie stanu wojennego było zatem dla nich logiczną konsekwencją stanu wrzenia. Oficjalna wykładnia kazała uwierzyć, że teraz wszystko wróci do normy, czyli bezdyskusyjnego posłuszeństwa wobec Moskwy. Żadnych zmian. Zmiany to zagrożenie dla spokojnego bytu, dla dostępu do dotowanego topionego serka. Homo sovieticus nie miał prawa domagać się zmian, nie marzył o nich ani ich nie planował, traktował Związek Radziecki jako wartość stałą i niezmienną. O zmianach miało prawo decydować Biuro Polityczne.

A w Biurze Politycznym wałkowano naówczas głównie temat: kto po Breżniewie? Na krótko ster rządów objął Andropow. Jego następcą został kolejny starzec - Konstantin Czernienko. Parę miesięcy później w Moskwie opowiadano sobie niewybredny dowcip: "Wy budietie smiejatsia, no Czernienko toże umier" (Będziecie się śmiać, ale Czernienko też umarł).

Wiadomo było, że geriatryczna karuzela musi w końcu skończyć swój bieg, a do głosu w partii dojdzie młodsze pokolenie. Na giełdzie kandydatów przewijali się dwaj: noszący carskie nazwisko Grigorij Romanow, szef leningradzkiej organizacji partyjnej, i Michaił Gorbaczow, od 1981 r. członek Komitetu Centralnego, najmłodszy i najprzystojniejszy. O Romanowie chodziły słuchy, że za kołnierz nie wylewa, a przepych kocha do tego stopnia, że wesele córki wyprawił w carskich pokojach.

Gorbaczow był jego przeciwieństwem. Partia postawiła na niego. A kilka lat później w odmrażającej się po hibernacji stanu wojennego Polsce znowu doszło do strajków. Zaczęła się nowa Wiosna Ludów.

Radzieckie czołgi ciągle stacjonowały w Polsce, Czechosłowacji, NRD, ale ich użycie nie wydawało się wtedy tak realne, jak w ponurym grudniu 1981 r.

Czytasz ten tekst bezpłatnie, bo Fundacja Tygodnika Powszechnego troszczy się o promowanie czytelnictwa i niezależnych mediów. Wspierając ją, pomagasz zapewnić "Tygodnikowi" suwerenność, warunek rzetelnego i niezależnego dziennikarstwa. Przekaż swój datek:

Dodaj komentarz

Usługodawca nie ponosi odpowiedzialności za treści zamieszczane przez Użytkowników w ramach komentarzy do Materiałów udostępnianych przez Usługodawcę.

Zapoznaj się z Regułami forum

Jeśli widzisz komentarz naruszający prawo lub dobre obyczaje, zgłoś go klikając w link "Zgłoś naruszenie" pod komentarzem.

Zaloguj się albo zarejestruj aby dodać komentarz

© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]