Młodsi Polacy mieli szczęście nie zaznać tego na własnej skórze, starsi woleliby nie pamiętać. Choć przecież ciągle jeszcze, na różnych przejściach granicznych i z rozmaitych powodów, można poczuć ten nieprzyjemny dreszcz: jesteś podejrzany/podejrzana. Nawet kiedy znasz język, masz w porządku wszystkie papiery, „właściwy” wygląd, a przed sobą całkiem niewinny cel podróży. Bo także wtedy wszelkie dodatkowe procedury typu pobieranie odcisków palców, kontrola osobista czy rozmowa z urzędnikiem imigracyjnym stawiają osobę podróżującą w niewygodnym, czasami mocno stresogennym położeniu. A nuż coś ongiś przeskrobałam i zostało to zapisane w wieczystych rejestrach?
„Do granic” opowiada o takim właśnie, zgoła kafkowskim doświadczeniu – tym silniejszym, im bardziej problematyczny jest kraj, z którego pochodzisz. Oraz im bardziej niegościnne jest państwo, do którego zmierzasz. Ale to jedynie pierwsza warstwa kameralnego thrillera napisanego i wyreżyserowanego przez Alejandra Rojasa i Juana Sebastiána Vasqueza. Filmu o osobistym zaufaniu, kulturowych uprzedzeniach i, podskórnie, o globalnych nierównościach.
- DO GRANIC („La llegada”/„Upon Entry”) – reż. Alejandro Rojas, Juan Sebastián Vasquez. Prod. Hiszpania 2022. Dystryb. Gutek Film. W kinach od 14 czerwca.
Fakt, iż mamy do czynienia z twórczym duetem, prywatnie zakorzenionym w imigracyjnych doświadczeniach, nie może być bez znaczenia. Kiedy więc Diego (w tej roli Alberto Ammann, znany z serialu „Narcos”) i jego partnerka Elena (Bruna Cusí) przenoszą się z Barcelony do Miami, już w taksówce czy w trakcie lotu do Nowego Jorku, gdzie czeka ich przesiadka, widać będzie wyraźnie, kto z nich odczuwa większy stres.
Przed lustrem w samolotowej toalecie pochodzący z Caracas mężczyzna ćwiczy szeptem formuły, które zaraz będzie wypowiadał podczas rutynowego przesłuchania. Teoretycznie bohaterowie tworzący zalegalizowany w Unii Europejskiej związek cywilny mają równy status. Dzięki wygranej zielonej karcie bezrobotny urbanista i nauczycielka tańca współczesnego, oboje przed czterdziestką i bezdzietni, mają szansę ułożyć sobie wspólne życie za oceanem. Tak jak miliony innych legalnych imigrantów. Jednakże w czasach, gdy prezydent Donald Trump zapowiada budowę muru na granicy z Meksykiem (akcja filmu dzieje się na początku 2019 r.), bardzo łatwo stać się tym „nielegalnym” – i winnym z samego założenia. Wystarczy być Latynosem, resztę załatwią szczegółowe prześwietlenia, odpowiednie paragrafy i niesprzyjający czynnik ludzki.
Co ciekawe, bohaterowie filmu, po tym jak już odsiedzą swoje w poczekalni dla podejrzanych, głównie zresztą niebiałych, trafiają na urzędniczkę (Laura Gómez), która sama ma latynoskie pochodzenie i w pewnym momencie przechodzi z nimi na język hiszpański. Być może w swojej surowości jest nadambitną służbistką, a może pod ledwie skrywaną arogancją i jawnymi złośliwościami odreagowuje swój emigrancki resentyment. Rojas i Vasquez szczegółowo odtwarzają nie tylko podchwytliwy styl przepytywania, ale i klaustrofobiczną atmosferę wokół, co sprawia, że przeżycia ekranowych postaci natychmiast udzielają się widzowi. Tyle że i nasza ufność rychło zostaje wystawiona na próbę, okazuje się bowiem, iż pomimo kilkuletniej zażyłości Elena i Diego nie mówili sobie całej prawdy. To najbardziej dwuznaczny aspekt „Do granic”. W obliczu rozgrzebanej prywatności, tendencyjnych konfrontacji i szantaży sami bohaterowie zaczynają patrzeć na siebie z podejrzliwością. Powody ma zwłaszcza ona – ta z lepszymi papierami, pochodząca z uprzywilejowanego świata. Toteż kamera prowadzona przez Vasqueza przygląda się baczniej jego twarzy. To on skrywa tajemnice, które mogą mieć istotny wpływ nie tylko na wbicie upragnionej pieczątki do paszportu.
Przez godzinę z niewielkim haczykiem zostajemy uwięzieni w zawieszonej między światami szarej strefie. A konkretnie w czterech ścianach schludnego, acz zdehumanizowanego niemiejsca, w którym każdego dnia ważą się czyjeś losy. I tak wiele zależy od intencji, od słów wpisywanych do formularza czy zwykłego łapania za słowa. Z czasem jednak o wiele silniej oddziałuje to, co dzieje się w milczeniu pomiędzy głównymi bohaterami, niż cały ten proceduralno-imigracyjny koszmar z udziałem nieżyczliwych funkcjonariuszy i psów tropiących zakazane substancje. Poczucie dezorientacji i niepewności nabiera nowych odcieni. W spojrzeniach i ciałach aktorów rozgrywa się intymny spektakl strachu, wątpliwości, rozczarowania. Od prawdy wychodzącej na jaw pod wpływem urzędniczych manipulacji ważniejsza zdaje się zupełnie inna prawda: co łączy Diega i Elenę teraz, gdy ich wspólny „amerykański sen” stanął pod dużym znakiem zapytania. I co właściwie istniało między nimi wcześniej.
Dlatego trudno dzisiaj traktować „Do granic” wyłącznie jako krytykę systemu imigracyjnego w USA. Ów skromny film podbijał festiwale na całym świecie i nic dziwnego – doświadczenie emigracji staje się coraz bardziej powszechne i coraz bardziej polaryzujące. Na ironię może zakrawać, że tym razem chodzi o wykształconych, władających językami bohaterów, którzy nie łamią prawa i nie muszą walczyć o podstawowe przetrwanie, zaś ich mobilność bywa postrzegana zdecydowanie bardziej przychylnie – ot, przejaw elastyczności i zdrowych aspiracji. Po prostu, jak dowiadujemy się z przesłuchania, współczesna Hiszpania nie oferowała Elenie i Diegowi zadawalających dla nich perspektyw. W tym sensie prawie wszyscy możemy nazwać siebie potencjalnymi emigrantami.
Bez względu na to, czy zostaną zawróceni, czy dotrą do swojej ziemi obiecanej, odbywamy wysiedzianą na szpilkach i nader gorzką lekcję. Na tle rozlicznych filmów o podobnej tematyce „Do granic” wyróżnia się przede wszystkim emocjonalną powściągliwością i laboratoryjną dyscypliną formy. Mniej znaczy więcej. Ściszonym głosem i językiem biurokracji, bez nadmiernej wylewności i pochopnych ocen, Rojas i Vasquez opowiadają o tym, że z powodu skostniałych procedur i czyjejś złej woli nawet emigracja w obrębie „pierwszego świata”, w warunkach nieomal sterylnych, może już na wejściu być doświadczeniem poniżającym, bolesnym czy wręcz niszczącym. A co dopiero… i tutaj możemy wstawić sobie zupełnie inne warunki, miejsca, historie.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.




















