Szanowny Użytkowniku,

25 maja 2018 roku zaczyna obowiązywać Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016 r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia dyrektywy 95/46/WE (określane jako „RODO”, „ORODO”, „GDPR” lub „Ogólne Rozporządzenie o Ochronie Danych”). W związku z tym informujemy, że wprowadziliśmy zmiany w Regulaminie Serwisu i Polityce Prywatności. Prosimy o poświęcenie kilku minut, aby się z nimi zapoznać. Możliwe jest to tutaj.

Rozumiem

Reklama

Do dziecka można tylko podskoczyć

Do dziecka można tylko podskoczyć

09.12.2012
Czyta się kilka minut
Joanna Rudniańska, pisarka: W domu, w którym się wychowywałam, milczano przy dzieciach o wojennych traumach. Ale podobno jako trzylatka biegałam po mieszkaniu na Muranowie i śpiewałam piosenkę: „Czarny pan wrzuca ludzi do pieca, palą się włosy, palą się nogi, palą się ręce ”.
Joanna Rudniańska, 2012 r. Fot. Grażyna Makara
K

KATARZYNA KUBISIOWSKA: Na okładce tego Magazynu Literackiego jest zdjęcie Korczaka, które wykonała Twoja mama, Hanna Rotwandówna, po mężu Rudniańska.
JOANNA RUDNIAŃSKA: Miała wtedy jedenaście, może dwanaście lat. Pierwszy aparat dostała od swojej mamy i jej nowego męża. To zdjęcie zostało zrobione w Mężeninie, majątku należącym do Towarzystwa Rolniczego. Mama sfotografowała Korczaka w północnym pokoju, wtedy jeszcze nie miała pojęcia, że to najlepsza strona dla portretu. Dziś nawet kilkuletnie dzieci robią zdjęcia, ale w tamtych czasach fotografująca dziewczynka to nie był powszedni widok.
Do Mężenina zjeżdżała się masoneria. Korczak był przyjacielem mojej babci, Janiny Rotwandowej, oboje byli masonami, należeli do jednej loży i do Polskiego Towarzystwa Teozoficznego. Latem jeździli do Mężenina, gdzie spotykali się teozofowie i wolnomularze. Zjeżdżało się tam mnóstwo dzieci, babcia zabierała zawsze mamę. W Mężeninie bywał generał Michał Tokarzewski, wielki patriota, legionista, obrońca Lwowa, uczestnik wojny w roku 1920, a za okupacji pierwszy komendant walki podziemnej. On stał się mamie bardzo bliski, tak samo jak Korczak. Kiedy po wojnie mama uległa ciężkiemu wypadkowi, długo nie mogła chodzić, to on, będąc już na emigracji, troszczył się o nią, jak tylko potrafił.
Mama opowiadała o Mężeninie? Mówiła, że dzieci i dorośli bardzo dobrze się tam czuli. Panowała swoboda, była rzeka, naokoło lasy, wycieczki, częste rozmowy, które rozpoczynały się od najbardziej zwyczajnych, a przechodziły do transcendentalnych, ale na takim poziomie, że chciały tego słuchać dzieci. Wspominała atmosferę towarzyszącą opowieściom Korczaka. Kiedy już zapadł zmierzch, siadywało się nad Bugiem, a Doktor zaczynał opowiadać o wszechświecie i ludziach. Rozmowy toczyły się szeptem, nikt nie śmiał odezwać się głośniej. Dla mnie również Mężenin to zaczarowana kraina dzieciństwa, bo jeździłam tam na wakacje, przyjeżdżali starzy mężeniniacy i ich dzieci, i na pewno było tam trochę z przedwojennej atmosfery.
Dlaczego babcia oddała mamę do „Naszego Domu”? Kiedy w 1930 roku zmarł jej pierwszy mąż, Lucjan Rotwand, przez którego prawdopodobnie poznała Korczaka, znalazła się w bardzo trudnym położeniu finansowym. Objęła stanowisko kierownika działu handlowego Towarzystwa „Nasz Dom” – z jego dochodów utrzymywał się dom z 130 wychowankami. Babcia nie miała mieszkania, wszystkiego w pracy musiała się nauczyć, więc oddała mamę do „Naszego Domu” na cztery lata. To oficjalna wersja. Nieoficjalna jest taka, że babcia Dzidka, bo tak się o niej mówiło, bawi się ze swoim nowym mężem Romanem Wrzoskiem, pięknym ułanem, i dziecko im w tym przeszkadza.
Jak mama zapamiętała Korczaka? Opowiadała, jak kiedyś była z babcią w jego maleńkim pokoiku, utrzymanym w idealnym porządku; mieszkał wtedy u siostry na Wilczej. Stał tam też piec i Doktor pokazał mamie, jak rozpalić jedną zapałką zmiętą gazetę pod misternie ułożonymi szczapkami. Wspominała, jak w „Naszym Domu” Doktor chodzi między łóżkami, a kiedy widzi, że mama nie śpi, siada koło niej, bierze za rękę i czeka, aż uśnie. I bez przerwy coś notował. W Mężeninie mama z koleżanką tańczyły kiedyś na werandzie. W pewnym momencie mama zauważyła, że z daleka obserwuje je Korczak, z nieodłącznym notatnikiem. Bardzo się speszyła.
Ciekawa sprawa z tym notowaniem. Teraz by pewnie chodził z iPadem albo iPhone’em. Korczak był przede wszystkim uczonym, zbierał materiały, pilnie obserwował otoczenie. Mama mówiła o takim jego zwyczaju obowiązującym w „Naszym Domu”: raz w tygodniu przychodziło się do Doktora i trzeba było mówić, które dzieci się lubi, a których nie. Dla mamy to była tortura. Ale Doktor chciał wiedzieć, może nawet nie myślał o tym, że może ranić czyjeś uczucia. Sam Korczak pisał, jak zajmował się osieroconym chłopcem w trakcie wojny polsko-rosyjskiej – czytałam to jako młoda dziewczyna. I on opisywał tę ich relację z niesamowitym chłodem, mimo że ten chłopiec w Korczaku zobaczył ojca, co z tekstu jasno wynikało. Korczak w pewnym momencie musiał go opuścić, front się przesunął, on z wojskiem poszedł dalej. Nie miał skłonności do czułostkowości. Uważał nawet, że niektóre dzieci mogą być z gruntu złe. Takie myślenie też jest mi bliskie – bo dziecko to człowiek, trawestując jego słynne zdanie, a ludzie bywają źli.
Korczak znalazł tyle do dziś budzących kontrowersje rozwiązań wychowawczych. Twoja mama, w książce „Korczak, Tokarzewski i my”, opisuje jedną z nich: gdy któreś dziecko coś zrobiło, zwracał uwagę nie jemu, tylko temu, które stało obok. Uważał, że dobrze jest napomnieć kogoś innego; ten inny będzie trochę oburzony, ale łatwo go można przeprosić. Natomiast ten, co przeskrobał, od razu wie, że chodziło o niego. Mnie ta metoda wydaje się dziwna, a przede wszystkim niesprawiedliwa. Nigdy bym tak nie zrobiła. Ja zresztą nie stosowałam wobec moich dzieci żadnych metod, tak jak nie stosuję ich w kontaktach z przyjaciółmi.
Twoja babcia miała kontakt z Korczakiem za okupacji? Babcia na początku okupacji zachorowała i nie mogła chodzić już do końca życia. Ale w jej mieszkaniu, poprzez przyjaźń z Tokarzewskim, spotykali się dowódcy podziemnej Polski. Ona sama działała w AK, ZWZ, Żegocie. Leżała na tapczanie, w którym schowana była broń. Mama słyszała kiedyś rozmowę babci z Korczakiem, w której babcia prosiła go, aby nosił opaskę z gwiazdą Dawida, bo się naraża. Ale on się nie bał, jeszcze długo chodził w mundurze majora Wojska Polskiego. Korczak swoją postawą bez lęku tak oddziałał na babcię, że przestała się bać i mogła ukrywać u siebie Żydów.
Nie bała się też o Twoją mamę, która działała w AK? Pewnie się bała. A mama za pracę w wywiadzie lotniczym AK w 1944 roku trafiła na Pawiak. Została aresztowana ze swoim szefem Stanisławem Sokołowskim, „Frankiem”. Potem jechali do obozu, kobiety w jednym wagonie, mężczyźni w dwóch, i wielu mężczyzn umarło, tak było ciasno. W Skierniewicach Niemcy złożyli trupy w wagonie i podpalili go. Wagon kobiecy stał niedaleko przez dwie doby i czuć było swąd palonych ciał. Ale to nie mama mi opowiedziała, tylko jej przyjaciółki.
Konsekwentnie milczała na temat okupacji? Tak się umówiły ze swoją kuzynką. A jak już mama wspominała, to te dobre rzeczy. Na przykład jak w Ravensbrück spotkała dwóch przyzwoitych esesmanów. Jeden grał na skrzypcach, a drugi przyprowadził swoją córkę do fabryki amunicji, w której mama pracowała. I na pytanie, czy ta mała wie, że kobiety tu pracujące to więźniarki, odrzekł: „nie, i mam nadzieję, że nie dowie się nigdy o tej hańbie narodu niemieckiego”. A kiedy opowiadała, jak w 1945 roku wracała z obozu piechotą do domu, to zrobiła z tego bajkę, jak dziewczyny wędrują przez pusty kraj, śpią w cudzych domach, cudzych łóżkach, znajdują jedzenie i ubrania, jakby zostawione specjalnie dla nich. Już po śmierci mamy trafiłam w jej papierach na napisany przez nią króciutki tekst o Ruth, strażniczce, a może esesmance z Ravensbrück. Poczekaj, poczekaj moment, przyniosę ten tekst. O tu, w tym miejscu, ty lepiej przeczytaj sama, bo ja nie dam rady, zawsze mnie to wzrusza.
„Choć znamy twoje imię i nazwisko, nazywamy cię Krowa i nazwa tego łagodnego zwierzęcia zawsze budzi postrach. Nikt nie może zapomnieć, że pewną rosyjską dziewczynę zatłukłaś na śmierć. A gdybyś urodziła się nie tu, ale w naszym kraju i byłabyś taką samą wiejską dziewczyną? Pewno biegałabyś zgięta w pół pomiędzy zbożami dźwigając żywność albo broń, albo ostrzeżenie do chłopców z lasu. I gdyby złapali cię oprawcy, tacy jak ty, ze wzgardą przymrużywszy oczy patrzyłabyś na ten dziwny lud. I teraz nie latałabyś wściekła, ze swoim wściekłym psem. Nie różniłabyś się niczym od innych haftlingów z literą »P« na winklu. Najwyżej te tryskające rumieńce. Chyba byłabyś szczęśliwsza, Ruth, byłabyś człowiekiem, a mnie nie byłoby ciebie tak żal. Podobno Rosjanki przywiązały cię za nogi do dwóch chojaków. Nie mogę myśleć – dobrze ci tak, ale nie mogę też żałować ciebie. I nigdy chyba nie przejdzie mi przez usta: Daj Ruth wieczne odpoczywanie, Panie!”. A Rosjanie, którzy wyzwolili obóz, zabili od razu jednego z tych dwóch dobrych esesmanów, choć mama i jej koleżanki usiłowały ich uratować.
Nic dziwnego, że mama o tym nie opowiadała, chciała Cię uchronić przed okrucieństwem. Moja siostra, która jest psychoanalityczką, uważa, że gdyby mama właśnie opowiadała, to ta wojenna trauma nie zostałaby przeniesiona na nas.
I sądzisz, że w Twoich książkach dla dzieci nie pojawiałaby się tak często wojna? Wszystkie Twoje teksty garściami czerpią z autentycznych historii. „Kotka Brygidy” opowiada o okupacji i Zagładzie z perspektywy dziewczynki. Pierwowzorem bohaterki była Twoja mama? Nie, Irena Moryson, córka Ignacego i Leokadii. Mój teść, Beniamin Komar, ukrywał się w czasie wojny właśnie u tych ludzi, na warszawskiej Pradze. Ich córka była wtedy małą dziewczynką, a potem odebrała medal Sprawiedliwy wśród Narodów Świata, który został przyznany jej rodzicom.
W książce „Mój tata z obcej planety” tłem jest konflikt, gdzieś daleko, choć swobodnie mógłby się zdarzyć tu i teraz. Pisząc tę książkę, myślałam o wojnie na Bałkanach. I o japońskim chłopaku, którego nazywaliśmy Curuś. Pobił go polski chłopak, na którego wołali Arizona. Moja córka, jej koledzy i Curuś palili ognisko niedaleko naszego bloku, a łobuzom z osiedla nie podobało się, że jakiś Azjata bawi się na ich terenie. Opisałam to potem w opowiadaniu i jakiś pan redaktor orzekł, że taka sytuacja jest zbyt nieprawdopodobna. To było w latach osiemdziesiątych.
W finale „XY”, książki, w której Holokaust wyznacza kierunek opowieści, pojawia się dedykacja „Baśń tę poświęcam pamięci pewnej dziewczynki, Hani Rotwandówny, która, w pewnym sensie, była zarówno Hanią X, jak i Hanią Y. A gdy dorosła, została moją mamą”. Bohaterkami „XY” są bliźniaczki, obie mają na imię Hania, jedną adoptuje rodzina żydowska, drugą polska. W tej książce opisuję tamten majątek w Mężeninie, bo to było miejsce, gdzie przyjeżdżali i Żydzi, i nie-Żydzi. A dopiero po napisaniu „XY” dotarło do mnie, że losy tej żydowskiej Hani mogła podzielić moja mama. Bo jak Niemcy ustanowili getto, to babcia uważała, że mama powinna tam iść, bo jej ojciec był Żydem. Ten pomysł wybił jej z głowy właśnie Korczak.
Nie oszczędzasz dzieci w swoim pisarstwie. W domu, który ja założyłam, o wojnie i Holokauście specjalnie się nie rozmawiało, ale też nie taiło się prawdy, nie dzieliło się rozmów na dorosłe i dziecięce. Natomiast w domu, w którym się wychowywałam, milczano przy dzieciach o wojennych traumach. Ale podobno jako trzylatka biegałam po mieszkaniu na Muranowie i śpiewałam piosenkę: „Czarny pan wrzuca ludzi do pieca, palą się włosy, palą się nogi, palą się ręce”.
Skąd mogłaś znać tę piosenkę? Pewnie ją sama wymyśliłam. Gdy po wojnie mama zachorowała na gruźlicę i leżała w szpitalu, moja siostra na pół roku trafiła do domu dziecka, a ja pojechałam do Krakowa, do przyjaciół babci z masonerii. Kraków leży blisko Auschwitz, może ci ludzie mnie tam zabrali, stąd ta piosenka?
Holokaust, wojna, to wszystko dotyczy śmierci. Jak o niej rozmawiać z dziećmi? Zwyczajnie. Dzieci odbierają świat po prostu, przyjmują go, a nie komplikują jak dorośli. Jakiś czas temu usłyszałam pewną historię. Opowiedziała mi ją młoda pisarka, której wcześniej nie znałam, siedziałyśmy na targach książki przy jednym stoliku i czekałyśmy na swoich czytelników. Uwielbiam takie historie, więc zapamiętałam ją. Pisarka, gdy była w wieku szkolnym, chodziła do świetlicy i właśnie tam poznała dziewczynkę, która nie wiedziała o istnieniu śmierci. Naprawdę. Rodzice ukrywali przed nią fakt, że można umrzeć, czyli przestać żyć. Chodziła z mamą na grób babci i mama mówiła, że babcia wyjechała, a grób jest ogródkiem babci, który trzeba podlewać. Dziewczynka nie znała nawet tego słowa, „śmierć”. A w mojej książce „Miejsca” jest dziewczynka, przed którą jej ojciec ukrywa, że ma matkę. Ojciec dokłada wielu starań, aby dziewczynka nie znała słowa „mama”, nie wiedziała, że wszystkie dzieci i wszystkie zwierzątka mają swoje mamy. Dlatego tamta historia tak mi się spodobała. Dalej było tak, że dzieci ze świetlicy opowiedziały dziewczynce o śmierci. I dziewczynka zaniemówiła, przestała mówić. Zabrano ją ze szkoły i posłano na psychoterapię. Pisarka nigdy jej już nie spotkała. Niedawno ktoś mi powiedział, że on też w dzieciństwie nie wiedział, że istnieje śmierć. I że to wcale nie jest sytuacja odosobniona.
Tak jak Korczak, traktujesz dziecko serio. Dzieciom należy się prawda, nie można ich oszukiwać. Dorośli, często również ci piszący książki, myślą, że do dziecka należy się zniżyć. Tymczasem do dziecka to oni mogą tylko podskoczyć.  
JOANNA RUDNIAŃSKA pracowała w PAN jako matematyk. Jej pierwsza książka „Rok smoka” w 1991 r. otrzymała Międzynarodową Nagrodę Literacką im. Janusza Korczaka. Wydana w 2007 r. „Kotka Brygidy” została uhonorowana Głównym Wyróżnieniem Literackim w konkursie Polskiej Sekcji IBBY. Książka dla młodzieży „Mój tata z obcej planety” najpierw ukazała się w Japonii w 2000 r., w Polsce osiem lat później. Jest jeszcze autorką „Miejsc” (1998) i tomu „Okno na skrzyżowanie. Baśnie świąteczne dla dorosłych” (2007). Niedawno nakładem wydawnictwa Muchomor ukazała się jej nowa książka „XY”. Zaś „Bajki do użytku publicznego” – do posłuchania, obejrzenia i zilustrowania można pobierać z jej FanPage’a na facebooku.

Czytasz ten tekst bezpłatnie, bo Fundacja Tygodnika Powszechnego troszczy się o promowanie czytelnictwa i niezależnych mediów. Wspierając ją, pomagasz zapewnić "Tygodnikowi" suwerenność, warunek rzetelnego i niezależnego dziennikarstwa. Przekaż swój datek:

Autor artykułu

Dziennikarka działów: kultura i reportaż.  Absolwentka filmoznawstwa UJ. Współautorka książek „Panorama kina najnowszego. 1980–1995. Leksykon” oraz „Lektury na ekranie, czyli mały leksykon...

Dodaj komentarz

Usługodawca nie ponosi odpowiedzialności za treści zamieszczane przez Użytkowników w ramach komentarzy do Materiałów udostępnianych przez Usługodawcę.

Zapoznaj się z Regułami forum
Jeśli widzisz komentarz naruszający prawo lub dobre obyczaje, zgłoś go klikając w link "Zgłoś naruszenie" pod komentarzem.

Zaloguj się albo zarejestruj aby dodać komentarz

© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]