Reklama

Dług, czyli „bebechy gospodarki”

Dług, czyli „bebechy gospodarki”

w cyklu WOŚ SIĘ JEŻY
20.12.2018
Czyta się kilka minut
Między 13 a 18 proc. – podobno tylu mieszkańców Polski zaciąga dług, żeby ogarnąć Boże Narodzenie: choinkę, prezenty, jedzenie i inne takie ponadnormatywne wydatki. Sporo, jak na kraj szczycący się trzema dekadami nieprzerwanego wzrostu.
Rafał Woś / Fot. Grażyna Makara
Rafał Woś / Fot. Grażyna Makara
O

Oczywiście te procenty to żaden Zawisza, na którym dałoby się polegać. Dane pochodzą zazwyczaj z sondaży zamawianych przez instytucje finansowe. Na przykład firmy udzielające kredytów albo odwrotnie, zajmujące się ich… windykacją. Wrzuca je potem ta firma w przestrzeń publiczną, żeby przypomnieć o swoim istnieniu. Dodając zazwyczaj komentarz eksperta w stylu „przedświąteczną pożyczkę należy wybrać odpowiedzialnie. Tylko towarzystwo X da ci produkt uczciwy i bezpieczny”. Z drugiej jednak strony, jeśli spojrzeć na te procenty w dłuższym okresie, nie różnią się one jakoś zasadniczo. Zwykle wychodzi, że ok. 15 proc. Polek i Polaków bierze przed Gwiazdką jakiś rodzaj kredytu. Dominuje dług zaciągany u bliskich. Ale wciąż: co trzeci dłużnik sięga po jakiś rodzaj przedświątecznej pożyczki-chwilówki.

Ponieważ w tym miejscu nie sponsoruje nas żaden windykator, żaden pożyczkodawca ani nawet żaden piewca oszczędzania (namawianie do oszczędzania to też rodzaj sprzedania nam produktu finansowego – tyle że oszczędnościowego), możemy spojrzeć na sprawę trochę szerzej. Bo dług to w ekonomii jedno z najciekawszych zjawisk. By tak rzec – „bebechy gospodarki”. Niejeden odwróci z niesmakiem wzrok, by ich nie dostrzegać. Jednak nawet on powinien mieć świadomość, że bez długu gospodarka by się po prostu i niechybnie zawaliła.

Dominujący w liberalnej ekonomii dogmat głosi jednak, że zadłużenie to coś wstydliwego, nienormalnego, a może nawet grzesznego. To tkwi głęboko w języku. Po niemiecku na przykład „dług” i „grzech” można określić nawet tym samym rzeczownikiem „Schuld”. Na szczęście są też języki takie, jak nasz polski. Tu możemy na przykład powiedzieć, że „jesteśmy komuś coś krewni”. I nie jest to wcale takie głupie. Brytyjsko-amerykański antropolog David Graeber, autor książki „Dług. Pierwsze pięć tysięcy lat” (wyszła po polsku w 2018 roku), tłumaczy cierpliwie i na wielu historycznych przykładach, że mamy tu do czynienia ze zjawiskiem najzupełniej normalnym. Dług jest wszędzie tam, gdzie jest społeczeństwo, bo społeczeństwo chce się wymieniać dobrami. Jeśli dług będziemy zanadto fetyszyzować (nadamy mu zbyt wielkie znaczenie), porządek społeczny zacznie się pruć. Albo siądzie wymiana, a wraz z nią wszelkie marzenia o społecznym postępie. Albo dług będzie rodził niewolę, przemoc i poczucie niesprawiedliwości. Jeden i drugi scenariusz przyniesie polityczne konflikty. Aż w końcu przyjdzie ktoś i długi wyzeruje. Jak trzeba, to siłą.

Na poziomie bardziej konkretnym dług mówi nam wiele o prawdziwym stanie gospodarki. Na przykład o poziomie nierówności. Spójrzmy na badania dotyczące świątecznego zadłużenia gospodarstw domowych w skali międzynarodowej (robi je cyklicznie jeden z operatorów mobilnych operacji finansowych). Im bogactwo w kraju równiej rozdzielone, tym zadłużenie mniej uciążliwe. W Niemczech czy Holandii na organizację świąt obywatel wydaje średnio 10 proc. swojego miesięcznego dochodu. W Polsce czy Wielkiej Brytanii kosztuje to już 20-23 proc. miesięcznego dochodu. Oczywiście Polska i Wielka Brytania mają nierówności wyższe od Niemiec i Holandii.


Polecamy: Cykl "Woś się jeży" co czwartek na stronie "Tygodnika Powszechnego"


Reguła jest u nas taka, że po prezentacji danych dotyczących zadłużenia natychmiast następuje ekspercka tyrada na temat niewystarczającej skłonności Polaków i Polek do oszczędzania. Że „nie planujemy w długim okresie”, „konsumujemy zbyt wiele” etc. Argumenty, które tu padają, tylko z pozoru są rozsądne. W rzeczywistości brakuje im związku z rzeczywistością. Dlaczego? Bo przecież każda rozmowa o oszczędzaniu podmiotu X nie może się obyć bez odpowiedzi na pytanie „czy X ma w ogóle z czego oszczędzać?”.

Żeby oszczędzać, trzeba mieć nadwyżki. Dlatego im niżej na drabince zarobków, tym mniej ludzie mają oszczędności. To nie jest tak, że biedni są głupsi, bardziej łasi na reklamy albo naiwni. Że idą do sklepu i tracą głowę, wychodząc z kolejnym tosterem, na który ich przecież nie stać. Bzdura. Patrząc na duże liczby obrazujące strukturę wydatków ludzi ubogich, szaleństw i zbytków zazwyczaj się nie znajdzie. Odwrotnie. Problemem jest nierzadko nadmierna skłonność do oszczędzania. Na czym cierpi gospodarka, bo każda kolacja zjedzona w domu przed telewizorem i popijana piwem z dyskontu to brak zarobku po stronie knajpy na rogu oraz lokalnego kina. Problem jednak w tym, że osiągnięte przy tych okazjach niewielkie oszczędności potrafią bardzo szybko stopnieć. Wystarczy niewielka zmiana w poziomie cen podstawowych dóbr (prąd, opłaty) i znikają. Bo w gospodarce rynkowej ceny reagują generalnie dużo szybciej niż płace (ekonomiści nazywają to „lepkością zarobków).

Z oszczędzaniem jest jeszcze jeden problem. Trudno je pogodzić z koniecznością inwestowania. W ten sposób dochodzimy do jednego z większych problemów współczesnej gospodarki. Obywatele krajów zachodnich od lat słyszą, że dobre czasy się skończyły. I teraz, żeby nie ulec deklasacji, trzeba inwestować. Głównie w edukację (to polisa na dobre życie dla dzieci) i mieszkanie (to gwarancja spokojnej starości, w sytuacji gdy emerytury będą spadały). Do tych dwóch wydatków dochodzi od pewnego momentu konieczność inwestowania w zdrowie. Wszystko to są wydatki, na które popyt jest dość sztywny. No bo kto jest takim rodzicem bez serca, który świadomie skaże swoje dziecko na słabą edukację? I kto będzie ciułał grosz do grosza, gdy trzeba zorganizować prywatne leczenie onkologiczne najbliższej osoby?

A to właśnie wydatki na te kategorie odpowiadają za bardzo wysokie poziomy tzw. zadłużenia prywatnego w większości krajów rozwiniętego świata. Angielski politolog Colin Crouch nazwał kiedyś ten model sprywatyzowanym keynesizmem. Bo o ile w klasycznym modelu keynesowskim w imieniu wszystkich obywateli zadłuża się całe państwo – a państwo ma dużo silniejszą pozycję, gdy przychodzi do spłaty długu – o tyle w sprywatyzowanym keynesizmie mamy do czynienia z pełną prywatyzacją ryzyka. Najmocniej uderza to oczywiście w tych, którzy są najsłabsi. Państwa i ich liderzy mogą więc z dumą się chełpić, jak to „zrównoważyli finanse publiczne”. Podczas gdy ich „zasługa” polegała na przerzuceniu ceny za „zdrowe finanse” publiczne na obywateli. Wielkie mi osiągnięcie.

Raz na jakiś czas warto zajrzeć w „bebechy” gospodarki. I odkryć, że to wszystko nie jest takie proste, jak się na pierwszy rzut oka wydaje.

Czytaj także: Rafał Woś: Czas na pracownicze #MeToo

Napisz do nas

Chcesz podzielić się przemyśleniami, do których zainspirował Cię artykuł, zainteresować nas ważną sprawą lub opowiedzieć swoją historię? Napisz do redakcji na adres redakcja@tygodnikpowszechny.pl . Wiele listów publikujemy na łamach papierowego wydania oraz w serwisie internetowym, a dzięki niejednemu sygnałowi od Czytelników powstały ważne tematy dziennikarskie.

Obserwuj nasze profile społecznościowe i angażuj się w dyskusje: na Facebooku, Twitterze, Instagramie, YouTube. Zapraszamy!

Newsletter

© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]