Czy czas przyspiesza?

Nie przyspiesza, ale się kurczy. Mój czas. Kurczył się od początku, ale w młodości żyłem tak, jakbym przed sobą miał czasu nieskończenie dużo. A potem się odkrywa, że już nie.

Reklama

Czy czas przyspiesza?

Czy czas przyspiesza?

28.12.2019
Czyta się kilka minut
Nie przyspiesza, ale się kurczy. Mój czas. Kurczył się od początku, ale w młodości żyłem tak, jakbym przed sobą miał czasu nieskończenie dużo. A potem się odkrywa, że już nie.
T

Tak – w miarę jak przybywa mi lat. Dopiero co było Boże Narodzenie 2018 i Nowy Rok 2019, a tu już Boże Narodzenie 2019 i następny Nowy Rok. I te niezrealizowane plany... Po prostu zabrakło czasu. Nie to, co dawniej! Bo dawniej, panie dzieju, to na wszystko mieliśmy czas. Odwiedzaliśmy się bez telefonicznego uprzedzenia, godzinami siedzieliśmy przy herbacie, gadaliśmy i było dobrze. Ze wszystkim jakoś nadążaliśmy.

Ale czas nie przyspiesza. Minuta, jak dawniej, trwa minutę, godzina godzinę. Rok ma jak zawsze 365 dni, a jeśli jest przestępny (jak teraz te dwie dwudziestki), to ma 366. Jak zwykle. Jak od stuleci. Nie przyspiesza, ale się kurczy. Mój czas. Kurczył się od początku, ale w młodości żyłem tak, jakbym przed sobą miał czasu nieskończenie dużo. A potem się odkrywa, że już nie.

Lat przybywa niepostrzeżenie, cicho, jakby nic się nie zmieniało. No, prawie nic....

4614

Dodaj komentarz

Chcesz czytać więcej?

Wykup dostęp »

Załóż bezpłatne konto i zaloguj się, a będziesz mógł za darmo czytać 6 tekstów miesięcznie! 

Wybierz dogodną opcję dostępu płatnego – abonament miesięczny, roczny lub płatność za pojedynczy artykuł.

Tygodnik Powszechny - weź, czytaj!

Więcej informacji: najczęściej zadawane pytania »

Usługodawca nie ponosi odpowiedzialności za treści zamieszczane przez Użytkowników w ramach komentarzy do Materiałów udostępnianych przez Usługodawcę.

Zapoznaj się z Regułami forum

Jeśli widzisz komentarz naruszający prawo lub dobre obyczaje, zgłoś go klikając w link "Zgłoś naruszenie" pod komentarzem.

Lecą..

I od razu humor mi się poprawia, bo myśl ląduje przy Penélope Cruz :) Pozdrawiam serdecznie Szanownego Pana.

Szczęśliwego Nowego Roku 2020 dla ks. Adama, Redakcji i Czytelników TP!

Długiego jeszcze pisania Księże Adamie!

...albo jeszcze bardziej n o n s e n s o w n a

„ Człowiek wierzący może wtedy mieć nadzieję w Bożym Miłosierdziu, niewierzący, jak sądzę, znajduje się w trudniejszej sytuacji” Trudno powiedzieć, wierzącemu na troje babka wróży, niebo, piekło a pewnikiem czyściec. Niewierzący chyba nie ma złudzeń, przemiana w kompost i użyźnienie gleby. Jedno raczej jest pewne, upływający czas niczego nas nie uczy, a w szczególność pokory, nieprawdziwy jest też slogan, że mądrość z wiekiem na nas spływa, raczej jest wręcz przeciwnie. Jesteśmy z wiekiem coraz bardziej zagubieni w wirze codzienności, życzyłbym sobie i wszystkim, jak najmniej tego zagubienia.

święte słowa - bym dodał [a młody już nie jestem], że dla starszych przekonanie, iż pomimo ewidentnego odstawania od peletonu są od niego mądrzejsi bywa największą albo i jedyną rekompensatą na zawsze traconych szans i możliwości - - a słowa x. AB weryfikuje surowo wszechobecny lament na pogrzebach, tak owi "wierzący swe nadzieje pokładają w Bożym Miłosierdziu"

@eddiepolo w piątek, 03.01.2020, 04:55. "wszechobecny lament na pogrzebach" to musi być jakiś lokalny obyczaj. Byłem na jakiejś setce pogrzebów religijnych i świeckich od Wrocławia po Suwałki i od Piły po Lublin i tylko raz widziałem lamentującą osobę, córkę zmarłej. Trzeba było wyjść poza rytuał, żeby jakoś to opanować. Normalnie są poważne miny, łzy też, ale czy nie płacze się przy pożegnaniach na długo lub na zawsze, nawet jeśli jesteśmy pewni, że w tej Ameryce komuś będzie lepiej? Partir c'est mourir un peu, powiadają, i można to po themersonowsku odwrócić: mourir c'est partir un peu. ;) Już na rozchodnym, między grobami, zaczynają się zwykłe rozmowy, a smutnej konsolacji, zwanej również stypą, to w życiu nie widziałem.

każdy z nas z pewnością bywa na pogrzebach i nikogo chyba nie trzeba przekonywać, że właśnie łzy i smutek dominują po stronie bliskich, nie tylko w trakcie ceremonii, także przed i długo po niej - jeśli ze względów czysto formalnych przerysowałem tę kwestię, to istota sprawy pozostaje ta sama: spodziewana radość z odejścia zmarłych do obiecywanej nam krainy wiecznych zachwytów nad bożą chwałą, ich obcowania ze stwórcą w jego majestacie przy akompaniamencie chórów anielskich jest co najwyżej wyjątkowym i bardzo rzadkim zjawiskiem - ba, o wiele częściej zdarza się pewnie uczucie ulgi z powodu zakończenia okrutnego finału ziemskiej wędrówki czy nawet uwolnienia żywych od niekoniecznie miłowanych zmarłych - powtórzę, bardzo licha jest wiara, która tak się w kluczowych momentach objawia - jeśli w ogóle wiarą ten fenomen można nazywać

"Człowiek wierzący może wtedy mieć nadzieję w Bożym Miłosierdziu, niewierzący, jak sądzę, znajduje się w trudniejszej sytuacji". To zależy w co wierzącego i w co niewierzącego. Zestawiając katolika z osobą zakładającą brak życia po śmierci nie jestem pewien kto jest w mniej komfortowej sytuacji. Dla takiego niewierzącego życie staje się celem samym w sobie, "raz się żyje", dla katolika życie na ziemi jest tylko mrugnięciem, króciutką chwilą nieskończenie małą wobec nieskończoności, rodzajem egzaminu, któremu poddał go Stwórca, a na końcu zbawienie lub potępienie polegające na byciu poddawanym przez wieczność nieskończenie bolesnym mękom. Jakby ktoś intuicyjnie myślał, że na ten drugi scenariusz skazani są głównie zbrodniarze wojenni, handlarze organami, stręczyciele i tym podobny element to niestety się zawiedzie, trafia każdy kto umrze w stanie grzechu śmiertelnego (upraszczając, pomijając kwestię innowierców nie mających okazji poznać "jedynej słusznej religii"), w oficjalnych dokumentach kościelnych nie znalazłem danych wyrażonych wprost, ale już w tak chętnie przywoływanych w procesie katechizacji licznych zatwierdzonych przez Kk prywatnych objawieniach świętych, dziełach świętych, Ojców i w tradycji padają sugestie, że większość lub zdecydowana większość ludzi trafi do piekła. Pomimo funkcjonującej gdzieś na kościelnym marginesie hipotezy Apokastazy ogólne podejście do sprawy powoduje, że raz jeszcze warto się zastanowić "kto ma trudniej".

Borowik w niedziela, 05.01.2020, 13:29. "...życie staje się celem samym w sobie". Chodzi o ten trwający od 0 do 127 lat proces przerabiania materii organicznej, właściwy mobilnemu "ekosystemowi", po części podlegającemu bodźcom przenośnie nazywanym "karą" i "nagrodą", pod wpływem których unika "przykrości", a szuka "przyjemności"? Przy czym tych drugich z czasem jest coraz mniej, a nawet pamięć o niektórych dawnych "przyjemnościach" zaczyna doskwierać, tak że temu politowania godnemu tworowi należałoby życzyć rychłego zakończenie coraz bardziej bolesnego procesu, czego on wszakże rozpaczliwie unika. Zaiste, w takiej perspektywie "raz się żyje" i o ten raz za dużo. Jeśli ktoś sobie wyobraża, że łatwo od życia w tym konkretystycznym rozumieniu przejść do dyskusji o "sensie", wymagającej takich onomatoidów, jak "ludzkość" z jej "dorobkiem" i "pamięcią", "przyszłe pokolenia", "życie" w znaczeniu ogólnej, abstrakcyjnej wartości, to... wydaje mu się, że ekskrety jego mózgowia są myśleniem. Przejdźmy zatem do łatwiejszego problemu: czy jakaś szczególna dyspozycja umysłu zwiększa komfort tak rozumianej egzystencji lub przeciwnie - przysparza przykrości przez owe 0-127 lat? Prawdopodobnie nie, chyba że ktoś żyje obsesją śmierci i pośmiertnego losu, a to muszą być rzadkie przypadki. Mainstreamowe chrześcijaństwo ma może naiwną, ale pocieszającą wizję wzorowego ojca, który przecież nigdy nie chce na serio zrobić krzywdy i na koniec zawsze przytuli, pocieszy i rozwiąże wszelkie problemy. Cóż z tego, że "nieprawdziwą", skoro o żadnej prawdzie na ten temat nikt nigdy się nie przekona? Trudniej pewnie jest radykalnym buddystom, którzy za największe nieszczęście uważają samo istnienie, przy czym raz wpadłszy w ten kołowrót niełatwo się zeń wyzwolić, bo większość normalnych ludzkich reakcji na problemy egzystencji skazuje na tej egzystencji powtórzenie. Ale też jakoś dają radę. ;) Naszego konkretystę natomiast ratuje tylko brak konsekwencji - coś jak Witwickiego "wiara oświeconych", tylko w negatywie. Nie żeby od razu "niewiara ciemnych", ale że głupota chodzi w parze z zadufaniem, to akurat święta prawda.

Sz. P. powtarza zasłyszane górnolotne frazesy, a rzeczywistość nad nimi skrzeczy - jakoś nie widać absolutnie żadnej pozytywnej ich emanacji na choćby tę naszą od tysiąca lat zgodnie z doktryną tresowaną społeczność - ja osobiście uważam, że jest wręcz przeciwnie, że jesteśmy na tle innych nacji wyjątkowo żałosnymi i negatywnie do życia nastawionymi [a co do buddystów proszę zauważyć, że chyba nigdzie tak często jak wśród nich właśnie uśmiechu na twarzach nie widać - głupota z zadufaniem w parze chodzi, tak, ślepa i głucha, kuśtyka pokracznie i obija się co krok o życie, podparta beznadzieją iluzji równie ślepej i głuchej wiary]

Z moich obserwacji wynika, że najbardziej uśmiechnięci ludzie na świecie to mormoni. I koszula u nich zawsze czysta i biała. Ktoś inny spotkał szczęśliwych Indian, którym nawet ryby śpiewają w Ukajali, a w naszych szkołach do dziś uczą o biednych, ale pogodnych Afrykanach. https://pasteboard.co/IOFIi4v.jpg Buddyści? Może to zależy od konkretnej denominacji? O birmańskich i lankijskich różnie teraz piszą, a i za uśmiechem Dalaj Lamy kto wie, jakie myśli się kryją. https://pasteboard.co/IOFKib9.jpg

skoro się Sz. P tyle naobserwował i nasłuchał, to po co takie ewidentne d y r d y m a ł y wypisuje?

"Mainstreamowe chrześcijaństwo ma może naiwną, ale pocieszającą wizję wzorowego ojca, który przecież nigdy nie chce na serio zrobić krzywdy i na koniec zawsze przytuli, pocieszy i rozwiąże wszelkie problemy." To nie tyle "mainstreamowe" co popkulturowe chrześcijaństwo. Od tego już krok do Jezusa jako wesołego hipisa przemierzającego z grupą wiernych pacyfistów pełne dobrobytu krainy. Nie czytali Biblii czy ojców swoich denominacji? W sumie prawdopodobne. " chyba że ktoś żyje obsesją śmierci i pośmiertnego losu, a to muszą być rzadkie przypadki." A tak powinien każdy chrześcijanin, a już na pewno katolik. Codzienny rachunek sumienia, czy jest w stanie grzechu śmiertelnego, czy utracił stan łaski, ćwiczenia duchowe co na wypadek śmierci, np jutro, ciągłe posiadanie przed oczami rzeczy ostatecznych, potępienie lub zbawienie, czy przed jutrzejszą podróżą samochodem zdąży się godnie wyspowiadać, bo co jak zginie w wypadku. A że to droga do nerwicy? Cóż z tego, przecież zbawienie jest nieskończenie ważniejsze jak komfort psychiczny, a u założeń tej religii leży poświęcenie życia doczesnego na rzecz wiecznego.

Drogi Borowiku, z twoich zamieszczanych w TP wpisów wynika, że chrześcijaństwo jest dla ciebie czymś egzotycznym, a jednocześnie fascynującym. Czytasz, analizujesz, wchodzisz w dyskusje, a czasem sam je inicjujesz, drążąc zagadnienia, których wielu wierzących być może sobie nawet nie uświadamia, a tym mniej się nimi przejmuje. Nie ma w tym nic złego. Fascynacja obcym jest być może najważniejszą cechą zaawansowanych kultur, różniącą je od "wsobnych" kultur pierwotnych. Trudno również mieć pretensje, że z zewnątrz pewne rzeczy, wyglądają inaczej niż od wewnątrz, a bywa, że od obcego możemy się dowiedzieć wielu ciekawych rzeczy o sobie. Warto jednak postawić sobie dwa ograniczenia. Po pierwsze, nie zakładać, że nasze własne wyobrażenia o przedmiocie naszego zainteresowania są bardziej realne i ważniejsze od samego przedmiotu. Po drugie, nie żądać, żeby ludzie, których praktyki, sposoby myślenia itp. nas interesują, dostosowali te praktyki i sposoby do ideału, który im n͇a͇ ͇i͇c͇h͇ ͇u͇ż͇y͇t͇e͇k͇ wymyślimy - i to w złej wierze, żeby czuli się gorzej niż się czują. Twierdzisz, że każdy katolik powinien żyć obsesją śmierci i masz pretensje, że ewidentnie tak nie jest. Jeśli chodzi ci o moralną powinność, to rzecz jasna musi ona dotyczyć wszystkich, w tym ciebie, i słowo "katolik" można spokojnie z powyższego zdania wykreślić. Jeśli natomiast tylko denerwujesz się, że katolicyzm nie dostarcza ci potwierdzenia twoich wyobrażeń o nim, to masz poważny problem. Poznawczy albo emocjonalny. Ale to twój problem, więc na tym kończę.

Drogi Panie, racja, pogłębiam swoją wiedzę na temat religii, głównie choć nie tylko chrześcijaństwa i jego katolickiej odmiany. Problem w tym, że przeciętny katolik nie wie nawet w co wierzy i choćby na miarę swoich możliwości i wolnego czasu nie czyta Biblii, katechizmu, papieży, nie musi studiować nudnawych często wywodów Akwinaty, ale podstawy to powinien być muss, chyba system zakłada że posiadło się je na etapie katechizacji szkolnej. Nie piszę też o swoich wyobrażeniach, odnoszę się do wewnętrznych dokumentów, publikacji papieży, katolickich komentarzy które podane są na tacy, nie buduję obrazu nauki katolickiej na podstawie pamfletów Deschnera czy nowinek z Czerskiej. Mam też - myślę - spore osobiste doświadczenie. Katolicyzm jest jaki jest i nie mam na niego wpływu, nie ma mowy o zadnym obrażaniu się, mam prawo komentować hipokryzje i niekonsekwencje, zwłaszcza w życiu publicznym, tak samo pacyfisty najemnika, weganina rzeźnika, katolika ignoranta czy ateisty modlącego się po pierwszym mocniejszym życiowym zakręcie. W sprawie "obsesji" śmierci powtórzyłem termin niefortunnie, ale faktycznie chodziło mi o rozważania na jej temat, często wbrew naturalnej intuicji, ale zgodnie z propagowanymi przez Kk "ćwiczeniami duchowymi" i rachunkami sumienia. Takie coniedzielne kazanie raczej by wypłoszyło owieczki (chociaż czasem się zdarzało), ale prac pisemnych już się nie wymaże. Przykłady z podróżą samochodem czy zawaleniem się w tej chwili dachu na sali słyszałem od dobrze zorientowanych w swojej doktrynie kapłanów katolickich, kościelni "normalsi", "centryści" oczywiście inaczej rozkładają akcenty, tworzą inny wizerunek, dalej prywatne zdanie księży nie byłoby żadnym argumentem, ale tutaj ma podparcie w nauce i tradycji swojego kościoła.

© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]