Ostrzeżenie przyszło z nagła. Najpierw jedno, potem kolejne, wreszcie każde auto jadące z przeciwka mrugało alarmująco światłami. Dojeżdżaliśmy do rogatek Sambora, powiatowego miasta na ziemi lwowskiej. Od południa jest tu jeden wjazd: przez żelazny most na Dniestrze.
Jechaliśmy furgonetką na polskich numerach. Był to kolejny, od grudnia 2024 r. szósty już transport z pomocą na Ukrainę, zorganizowany dzięki czytelnikom „Tygodnika” i Inicjatywie Sąsiedzkiej (o bilansie naszej akcji napiszemy wkrótce). Lecz kierowcy i tak mrugali.
„Ludokradcy”: tak mówi się na ludzi z komend uzupełnień
Nie chodziło o kontrolę prędkości. Wjazd na most blokowali mundurowi. Sprawdzali mężczyzn, ich stosunek do służby. Nie, nie byliśmy świadkami scen z nagrań, których pełna jest dziś ukraińska sieć: jak to wojskowi z komend uzupełnień łowią „uchylanta”, by z miejsca zabrać go na komisję lekarską, a stąd do jednostki. „Ludokradcy” – tak są nazywani dość powszechnie.
Gdyby zapytać kierowców, którzy nas ostrzegali, pewnie każdy zapewniłby, że jest patriotą, i że trzeba stawiać opór Rosji, mimo ogromu ofiar. Sprzeczność? Bez wątpienia. U progu czwartej jesieni wielkiej wojny społeczeństwo Ukrainy pełne jest sprzeczności. Każdy chce żyć. W sieci krążą wieści, ile trzeba zapłacić, by zejść z ewidencji. Albo – kolejny paradoks – by trafić do lepszej jednostki, a nie takiej, gdzie „kombat” szafuje życiem ludzi. Chyba że ktoś sam się zgłosi, wtedy może wybrać.
Ukraina bez perspektyw na rychły koniec wojny
Jednak ochotników jest niewielu. Zdaje się, że głównie są to najmłodsi: ci, co osiągnęli 18 lat i chcą iść śladem ojca czy starszego brata. Poza tym: kto miał się zgłosić, już to uczynił. Ukraińskie rezerwy ludzkie „szorują po dnie”, najbardziej w piechocie.
Stąd przesunięcia. Artur, syn Wasyla, naszego współpracownika (imiona zmienione), dostał rozkaz. Choć jest szkolonym specjalistą, jego brygada przeciwlotnicza ma wystawić zbiorczy oddział – posiłki na „zerówkę”. Padło i na niego.
Wasyl przyłapał się na myśli: czy powinien prosić, by zostawili syna, gdzie jest? Jedynego syna. Artur skrócił dylemat: „Tato, pójdę”. Rodzice kupili mu więc hełm, lepszy niż ten z fasunku. My przywieźliśmy filtry do wody, kamelbak, rękawice, maści przeciwbólowe i antygrzybicze. Oraz agregat dla jego nowego oddziału.
Mają poczucie, że innej opcji nie ma. Że jeśli przestaną stawiać opór, stracą wszystko. Świadomość braku alternatywy to też motywacja. U progu czwartej jesieni wojna o istnienie Ukrainy trwa. Bez perspektyw na rychły koniec.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.




















