Reklama

Czarna niedziela Katalonii

Czarna niedziela Katalonii

01.10.2017
Czyta się kilka minut
Policjanci nie czekają nawet na prowokacje. Powtarzają się przypadki pałowania ludzi stojących z uniesionymi rękami | Korespondencja z Barcelony
Starcia zwolenników niepodległości Katalonii z policją podczas referendum niepodległościowego. 1 października 2017 r. / fot. AP / EAST NEWS
Starcia zwolenników niepodległości Katalonii z policją podczas referendum niepodległościowego. 1 października 2017 r. / fot. AP / EAST NEWS
M

Mężczyzna z twarzą zalaną krwią, w rozdartym na piersiach podkoszulku. Dziewczyny zrzucane ze schodów. Zakrwawiona staruszka próbująca podnieść się z podłogi. Chłopak kopany na chodniku. Takie obrazy wysyła dziś w świat hiszpański rząd Mariano Rajoya. Rząd, który skierował do Katalonii oddziały policji z całego kraju i dał im rozkaz użycia siły przeciwko obywatelom, głosującym w zakazanym przez Trybunał Konstytucyjny referendum niepodległościowym.

Według ostatnich danych, przekazanych o 17.00 przez Generalitat, rząd Katalonii, w starciach z hiszpańską policją (autonomiczne jednostki Mossos d’Esquadra nie używają siły wobec wyborców) rannych zostało 465 osób. Jednocześnie ministerstwo spraw wewnętrznych Hiszpanii ogłosiło, że obrażenia odniosło 12 policjantów.

Starcia zwolenników niepodległości Katalonii z policją podczas referendum niepodległościowego. 1 października 2017 r. / fot. Bj / action press / REX / Shutterstock / EAST NEWS
Starcia zwolenników niepodległości Katalonii z policją podczas referendum niepodległościowego. 1 października 2017 r. / fot. Bj / action press / REX / Shutterstock / EAST NEWS

Jeszcze rano wydawało się, że będzie spokojnie. Kiedy przed dziewiątą wyszłam z domu, ulice Barcelony były puste – z wyjątkiem okolic okupowanych od piątku punktów wyborczych. Przed trzema szkołami starego miasta, które odwiedziłam, w deszczu ustawiły się kilkudziesięcioosobowe kolejki. Zaspani ludzie popijali kawę, rozmawiali i sprawdzali telefony, odliczając minuty do otwarcia. Gdzieś z tyłu czuwali funkcjonariusze Mossos.

Chwilę wcześniej rzecznik Generalitat Jordi Turull ogłosił, że – w odpowiedzi na działania policji, która w ostatnich dniach rekwirowała urny, karty, materiały wyborcze i zamykała lokale – zmieniają się zasady gry. To znaczy: można głosować w innym punkcie niż ten przypisany do miejsca zamieszkania, do urny wolno wrzucić kartę wyborczą, którą wydrukowało się samodzielnie, i wcale nie musi to być karta w kopercie. Sprawdzanie, czy każdy oddaje tylko jeden głos, miała umożliwić nowa infrastruktura informatyczna. Natychmiast po tym wystąpieniu policja zaczęła odcinać dostęp do internetu w lokalach i blokować wyborcze oprogramowanie. Ale działający w służbie referendum hakerzy mieli to przećwiczone: internet przywracano, blokady obchodzono.

Na zmianie wytycznych co do miejsca głosowania skorzystał prezydent Katalonii Carles Puigdemont. O świcie policja wtargnęła do jego punktu wyborczego w Gironie; lokalu nie udało się obronić nawet rolnikowi, który na wybory przyjechał traktorem i zaparkował go tak, żeby zablokować wejście. W innych miejscach członkowie komisji (czyli wolontariusze, których nie wystraszyła groźba 300 tys. euro grzywny), uprzedzeni o możliwej wizycie policji, ukrywali urny i karty, a po przeszukaniu wystawiali je z powrotem. Przed jednym z lokali zaczęto nawet budować barykady z worków cementu.

Policja blokuje lokal wyborczy w Gironie, gdzie miał w referendum zagłosować prezydent Katalonii Carles Puigdemont / fot. AA / ABACA / EAST NEWS
Policja blokuje lokal wyborczy w Gironie, gdzie miał w referendum zagłosować prezydent Katalonii Carles Puigdemont / fot. AA / ABACA / EAST NEWS

Pierwsze strzały padły o 10.30, w samym centrum miasta: strzelano gumowymi pociskami do ludzi, którzy chwilę wcześniej próbowali blokować przejazd policyjnych furgonetek. Nagrania i zdjęcia z innych miejsc pokazują, że funkcjonariusze nie czekają nawet na prowokacje – powtarzają się przypadki pałowania ludzi stojących z uniesionymi rękami, a nawet strażaków, którzy próbują ochraniać zgromadzenia. Minister spraw wewnętrznych Królestwa Hiszpanii Juan Ignacio Zoido oświadczył, że środki używane przez policję są „proporcjonalne” do zagrożenia, a wicepremier Soraya Sáenz de Santamaría dodała, że jedynymi odpowiedzialnymi za przemoc są władze Katalonii, które mimo ostrzeżeń nie odwołały referendum. Zapewniła jednocześnie, że to, co się odbywa, żadnym referendum nie jest.

Popołudniu rzecznik katalońskiego rządu podał, że aż 73 proc. punktów wyborczych pozostaje dostępnych. W wielu z nich wciąż jest spokojnie, ale to w każdej chwili może się zmienić. Według informacji dziennika „El Correo”, w ostatnich dniach do Katalonii przysłano 16 tysięcy funkcjonariuszy z jednostek porządkowych (wielu z nich nocuje na zacumowanych w katalońskich portach okrętach rejsowych, które rząd centralny po cichu wynajął od prywatnych armatorów). I nie zanosi się na to, żeby mieli prędko wrócić do domu.

Głosowanie ma trwać do dwudziestej. Zgodnie z unieważnionym przez Trybunał Konstytucyjny prawem, po ogłoszeniu wygranej „tak” władze Katalonii mają 48 godzin na ogłoszenie niepodległości.


Czytaj także:

Dodaj komentarz

Usługodawca nie ponosi odpowiedzialności za treści zamieszczane przez Użytkowników w ramach komentarzy do Materiałów udostępnianych przez Usługodawcę.

Zapoznaj się z Regułami forum
Jeśli widzisz komentarz naruszający prawo lub dobre obyczaje, zgłoś go klikając w link "Zgłoś naruszenie" pod komentarzem.

Oto na ekranach telewizorów oglądamy dziś swą własną przyszłość w Rzeczpospolitej Kaczyńskiej.

to było pierwsze zdanie, jakie przeczytałem po hiszpańsku będąc w tym kraju po raz pierwszy, na początku lat 90., wysprejowane na murze gdzieś po drodze z lotniska w Geronie do jednej z "budżetowych" turystycznych miejscowości na Costa Brava. Później przez dobrych parę lat sporo podróżowałem po Hiszpanii i w Katalonii - poza kosmopolityczną Barceloną - zawsze uderzało mnie emocjonalne napięcie związane z nadziejami na niepodległość. Powiem szczerze, nie rozumiem, po co im ona przy tak szerokiej autonomii, jaką cieszą się w Hiszpanii. Po drugiej stronie Pirenejów, czyli tak naprawdę wciąż w historycznej Katalonii, nie uświadczysz katalońskich flag czy tabliczek na gmachach państwowych, a nikt się przeciw temu nie buntuje. W dodatku katalońska irredenta jest przynajmniej od czasów wojny domowej nierozerwalnie związana z ruchami lewicowymi i skrajnie lewicowymi, jak najdalszymi od moich własnych poglądów. Jest więc ta niepodległość dla mnie, a pewnie i dla większości Europejczyków, niezrozumiała, niepotrzebna, a nawet kłopotliwa. Co więcej, osobistych przyjaciół mam akurat w Madrycie i wiem, że absolutnie nie sprzyjają oni sprawie katalońskiej niepodległości. Nie ma to jednak znaczenia, skoro chce jej naród, którego ta sprawa dotyczy. Naród nie wymyślony na poczekaniu, ale o bogatej historii, własnym języku, w którym naucza się na uniwersytetach i pisze się książki, oraz o silnym poczuciu tożsamości i odrębności od reszty Hiszpanii. Naród dotychczas (?) odrzucający przemoc jako środek do celu. Nie rozumiem więc tym bardziej, dlaczego rządu w Madrycie nie stać było na rozwiązanie, które Brytyjczycy zaoferowali Szkotom. Zdjęcia policji pałującej ludzi, chcących tylko wypowiedzieć się poprzez głosowanie, zaczynają wywoływać nieprzychylne albo może tylko pełne zakłopotania komentarze w europejskiej prasie. Tylko w dzisiejszych niemieckich gazetach trzymają się twardej linii poparcia dla "Recht und Ordnung" w madryckim wydaniu. Dobrze, ze nie wysyłają Luftwaffe na ratunek zagrożonej konstytucji...
Zaloguj się albo zarejestruj aby dodać komentarz

© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]