Szanowny Użytkowniku,

25 maja 2018 roku zaczyna obowiązywać Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016 r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia dyrektywy 95/46/WE (określane jako „RODO”, „ORODO”, „GDPR” lub „Ogólne Rozporządzenie o Ochronie Danych”). W związku z tym informujemy, że wprowadziliśmy zmiany w Regulaminie Serwisu i Polityce Prywatności. Prosimy o poświęcenie kilku minut, aby się z nimi zapoznać. Możliwe jest to tutaj.

Rozumiem

Reklama

„Coś osypuje się, spada”

„Coś osypuje się, spada”

05.10.2011
Czyta się kilka minut
Nawet podróże nie wytrącają go z depresji: "Moja dusza jest chora (naprawdę), a ja jestem zdrów jak koń. (...) jestem poraniony strasznie i od lat właściwie czołgam się, wlokąc za sobą papierowe - już - wnętrzności".
F

Fragmentów dzieciństwa w pamięci Tadeusza Różewicza jest wiele. Głównie słodkie obrazki z prowincji, nic nadzwyczajnego. Najpierw te związane z Radomskiem, miejscem urodzenia i dorastania. Kino Kinema, gdzie zachłannie ogląda bezdźwięczne i bezbarwne slapsticki, westerny i melodramaty. Radio u sąsiadów, w którym słucha relacji z występów polskich lekkoatletów. Zbierane przez rodziców czasopisma: "Ilustrowany Kurier Codzienny" z fotografiami na błyszczącym papierze i "Mucha" z karykaturami na różowawym tle. Sklep z zabawkami, z którego chciałby mieć wszystko na własność. Później wspomnienia z Gabrielowa. Wakacje u stryjów, długie letnie dni i zapach siana, w którym zasypia się i budzi. Mała dolina pełna kwiatów, pszczół i motyli. Kąpiele w przejrzystej Warcie.

I jeszcze wspomnienia o wstydzie. Obiad z gośćmi, na którym prosi o odwrócenie krzesła, tak żeby mógł jeść tyłem do obcych spojrzeń. Rachunek sumienia przed pierwszą spowiedzią - liczenie i ważenie grzechów, układanie ich w siedmiu surowych kategoriach.

W pamięci została czuła i cierpliwa matka. Zawsze trochę obcy ojciec. Młodszy brat Stanisław, z którym Tadeusz wystawia domowe przedstawienia. I starszy brat Janusz, z którym nocami przy latarce czyta tom po tomie dzieła Żeromskiego, Prusa i Conrada. Przeglądają numery pism literackich, wysyłają wiersze do redakcji. Janusz zaczyna korespondencję z Wierzyńskim i Czechowiczem, wygrywa konkurs na wiersz żołnierski. Tadeusz drukuje wiersze religijne w piśmie Sodalicji Mariańskiej i pastisze poetyckie w lewicowych "Czerwonych Tarczach". Parodiuje Iłłakowiczównę, Wierzyńskiego i Przybosia.

Pod koniec sierpnia 1939 r. pakuje walizkę. Ma wyjechać i rozpocząć naukę w Liceum Leśniczym i Drzewiarskim. Wkrótce już wiadomo, że zamiast liceum czeka go fizyczna praca w Radomsku i konspiracja. Dopiero cztery lata później trafi do lasu, dokładniej: do Kompanii Leśnej "Buk" Batalionu "Las".

Pisanie i strzelanie

Jako kapral podchorąży "Satyr" zostaje mianowany referentem kulturalno-oświatowym. W Radomsku redaguje "Czyn zbrojny", w lasach między Wartą i Pilicą wiesza na pniach gazetkę obozową "Głos z Krzaka". Po roku zostaje oddelegowany na przepustkę, podczas której ma napisać "coś, co upamiętni los oddziału". Powstają "Echa leśne", tom krótkich form: fraszki, obrazki, parodie, proza poetycka, kronika, wspomnienia żałobne i wiersze. Ironia obok patosu, żart obok hymnu. Rękopisy przepisuje na maszynie łączniczka Filis, czyli Wiesława Kozłowska, z którą ożeni się w 1949 r.

Między pisaniem a strzelaniem obiera ziemniaki, wygniata wszy. A wszystko w grupie, w tłoku, w stadzie. "Tak strasznie nienawidzę stada, za to tylko że jest stadem" - notuje w dzienniku. Nasila się w nim wrażenie, że zbiorowość go nie formuje, ale niszczy.

Latem 1944 r. dowiaduje się, że Janusz, który pracował w wywiadzie AK i jeździł na misje zwiadowcze do Rzeszy, został aresztowany przez gestapo. Tymczasem oddział szykuje się do Akcji "Burza". Kolejne tygodnie sierpnia upływają na oczekiwaniu rozkazu. "U nas cisza i spokój jak na wakacjach, zresztą obóz partyzancki jest dla mnie w tej chwili przynajmniej miłą wycieczką, mało urozmaiconą. Oczywiście są perspektywy walki, ale nikt nie płonie chęcią do heroicznych czynów" - zapisuje kapral Różewicz 7 sierpnia. W dzień siedzi bez koszuli przed namiotem i kąpie się nago w chłodnej rzece, wieczorami zabija komary. Są potańcówki i pogadanki. Komendant gani żołnierzy: nakazuje unikać takich słów jak "k...wa" oraz "pier...ć", hamować obcesowe komentarze w stosunku do kobiet, przyszyć brakujące patki i guziki.

Dopiero 20 sierpnia kompania może ruszyć. Maszerują dniami i nocami, nie wiedząc dokąd, w kółko. Różewicz ma tak odparzone i odbite stopy, że nie może iść. Z każdym dniem czuje się gorzej, z osłabienia chwieją mu się zęby. Warszawa płonie, a on notuje: "Właściwie powinienem się dziś lub jutro otruć, to wszystko nie ma najmniejszego sensu".

Wkrótce potem dowództwo oskarża go o szerzenie komunistycznej propagandy. Dowodem rzeczowym ma być artykuł, który Różewicz ogłosił pół roku wcześniej w "Głosie Zbrojnym". Komendant doradza mu zniknąć. Na początku listopada 1944 r. Różewicz opuszcza oddział. Po raz kolejny myśli o samobójstwie.

Po przejściu do cywila dowiaduje się, że na Januszu wykonano egzekucję. Ukochany starszy brat został rozstrzelany na łódzkim cmentarzu 7 listopada 1944 r. Tadeusz i Stanisław wyznaczają sobie zadanie: ukrywać wiadomość przed matką. Po latach Tadeusz znajdzie fotografię matki z napisanym jej ręką zdaniem: "rok 1944 okrutny dla mnie". Zrozumie, że niczego nie udało im się ukryć.

Ubranie, koc i kawałki mydła

W styczniu 1945 r. Różewiczowie mieszkają w Częstochowie. W zmrożonym powietrzu unosi się dym. Po Alejach Najświętszej Marii Panny nie można chodzić: w asfalt wgniecione są ciała Niemców, na których odbiły się gąsienice czołgów. Pewnego dnia Tadeusz zatrzymuje się, patrząc na wóz ciągnięty przez jeńców. Kołysze się na nim sterta zwłok bez mundurów, nagich albo w kalesonach. Obijają się o siebie głucho. Zmarznięte, zczerniałe, zżółkłe, zakrwawione, zmiażdżone. "Furgony porąbanych ludzi / którzy nie zostaną zbawieni".

Latem ciał już nie ma. Różewicz zdaje eksternistycznie maturę. Zarabia, publikując w gazetach satyry na bieżące tematy. Nocami myśli o kolegach, którzy zostali w lesie. >

W październiku 1945 r. jedzie do Warszawy dopełnić formalności związanych z ujawnieniem się. Nigdy nie widział stolicy, teraz ogląda jej resztki, miejsce po mieście. W tym czasie sprowadził się już do Krakowa, w którym kamienice i kościoły są dziwnie niewzruszone. Patrzy na Bazylikę Mariacką i wyobraża sobie, że jest rozsypaną stertą cegieł.

Zamieszkuje w Domu Literatów na Krupniczej. Jego sąsiadami są pisarze i poeci, których czytał i podziwiał w młodości. Na schodach kłania się Gałczyńskim i wdowie po Witkacym. Mieszkanie dostaje dzięki protekcji Przybosia, który z przyjemnością wszedł w rolę jego mecenasa. Będzie jej później, w czasie sporu w latach 60., bardzo żałował. Różewicz od dawna uważał go za mistrza - to od niego nauczył się pisać, skreślając każde zbędne słowo. Przez Przybosia poznaje studentów Hannę i Mieczysława Porębskich, którzy przekonują go do zapisania się na historię sztuki zamiast na polonistykę.

Zanim zaczną się wykłady, nowy student musi zdobyć porządne cywilne ubranie. Zgłasza się do magazynu Czerwonego Krzyża z bilecikiem wypisanym przez prezesa: "Proszę wydać zdolnemu poecie Tadeuszowi Różewiczowi jedno ubranie, jeden koc i cztery kawałki mydła do prania. Pan Różewicz jest czarujący" ("Próba rekonstrukcji"). Dostaje granatową marynarkę w prążki i za duże kremowe spodnie. Nosi do tego saperki jeszcze z lasu.

Porębscy wprowadzają go do środowiska awangardowych artystów. Zaprzyjaźnia się z malarzami: Tadeuszem Kantorem, Jerzym Tchórzewskim, Tadeuszem Brzozowskim, Jerzym Nowosielskim, Marią Jaremą. Odwiedza pracownie, ogląda stadia powstawania dzieła: gruntowanie i rozpinanie płótna, szkicowanie, mieszanie farb. Podoba mu się zmysłowość malarstwa. Znajomości Różewicza z ludźmi sztuki okażą się trwalsze niż z literatami. Do Nowosielskiego przez kilkadziesiąt lat będzie wysyłał listy i kartki, relacjonujące aktualne nastroje, plany, podróże, lektury, grypy i bóle głowy.

Po zajęciach na uczelni prowadzi w swoim pokoju na Krupniczej jednoosobowe studia nad poezją. Czyta polską klasykę, uważnie wybiera po jednym wierszu i analizuje strofa po strofie, wers po wersie, słowo po słowie. Uczy się zasad, które będzie łamać.

W 1947 r. publikuje pierwszy tom poezji, "Niepokój". Typograficzną okładkę w trzech kolorach - pomarańczowym, czarnym i białym - projektuje Mieczysław Porębski. Tomik staje się podobną sensacją w dziedzinie poezji, co nowele Tadeusza Borowskiego w dziedzinie prozy. Do obydwu Tadeuszów przykleja się etykietę "nihilistów". Szybko się zaprzyjaźniają.

Zaciekawiony debiutem Leopold Staff zaprasza Różewicza do swojego krakowskiego mieszkania. Rozpoczyna się trwająca aż do śmierci starszego poety przyjaźń, która zaciera granicę między mistrzem i uczniem. W tym samym roku Różewicz dostaje pełen uznania list od Czesława Miłosza. W odpowiedzi Tadeusz dzieli się poglądami na powojenną polską poezję: "Najgorsze to, że nie tylko krytyka, ale redakcje są ślepe na to, co się dzieje na świecie (...) no i mamy taki taniec szkieletów, zwyrodniałe poemaciska, diabli wiedzą, o czym, i spory o rym (dosłownie)".

Na starych pozycjach

Już niedługo spory się skończą, a poematy zwyrodnieją do reszty. Różewicz powoli będzie się przekonywać, że jego twórczość nie jest najlepiej widziana w oficjalnym życiu literackim, nawet jeśli próbuje ją dostosować do obowiązującej formy i treści. Napisze poemat o Karolu Świerczewskim, sztukę o Marianie Buczku, wiersze o robotnikach i komunistycznej odnowie, reportaże ze Śląska - ale to wciąż nie wystarczy.

"Odrodzenie", w którym Przyboś publikował jego poezję i prozę, w 1947 r. przenosi się do Warszawy i zmienia redaktora na Jerzego Borejszę. Ten uważa, że twórczość Różewicza to "głupstwa", których nie warto publikować. Coraz częściej poeta otwiera koperty z odrzuconymi przez redakcje swoimi utworami.

Dotychczas w zebraniach i seminariach młodych literatów Różewicz brał udział rzadko. Teraz ich wprost unika. Nie pojawia się w styczniu 1949 r. w Szczecinie na Zjeździe ZLP. Ironicznie pisze do potępionego tam Borowskiego: "jak Ci się udał Zjazd w Szczecinie?". Przyjaciel odpowiada z wisielczym humorem: "[Stefan Żółkiewski] uznał moją twórczość za młodzieńczą, wytknął i napiętnował immoralizm, zostawił sobie furtkę na później słowami, że »trudno go jeszcze ocenić«. Będzie łatwiej, jak mnie stukną po głowie". W liście z marca Różewicz podsumowuje: "To wszystko jest takie śmieszne, że czasem łzy same do oczu napływają".

W roku 1950, na Zjeździe warszawskim, Wiktor Woroszylski omawia wiersz "Chmury mosiężne i czarne". W jego interpretacji utwór wyraża poddanie się katastrofizmowi, a więc nastrojom obcej literatury burżuazyjnej. Rok później Woroszylski będzie narzekać na "upór Różewicza, który już kilka lat trwa na starych pozycjach, kokietując nas nadzieją, że kiedyś się do nas zbliży". Ucznia będzie bronił Przyboś: "To jest prawdziwa poezja socjalistyczna".

W końcu lat 40. pesymista i formalista Różewicz zaczyna starania o stypendium do Paryża. Otrzyma je dopiero w 1957 r. Tymczasem dostaje inną ofertę: wyjazd do Budapesztu w ramach wymiany kulturalnej.

Rok 1950 spędza na Węgrzech jako dokumentujący socjalistyczne przemiany reporter. Pisze stamtąd do Przybosia: "Jest to praca dla chleba - idzie mi ona bardzo opornie. Wprawdzie redaktorzy »dodatków kulturalnych« do dzienników chwalą sobie te reportaże, ale ja odnoszę się do tego sceptycznie. Jednak »życie z wierszy« stało się zupełnie niemożliwe. (...) Mieszkanie w Krakowie zlikwidowałem i zamierzam po powrocie osadzić się w jakimś prowincjonalnym mieście". Na prawie 20 lat osiada w Gliwicach, gdzie jego żona ma pracę i mieszkanie. Właśnie urodził im się pierwszy syn, Kamil.

Matka odchodzi

Gliwice są jeszcze czyste i zielone, pełne trawników i rabatek. Różewicz ma nadzieję, że w oddaleniu od zatrutego życia literackiego, od redakcji i kawiarni, wieców i posiedzeń, będzie mógł spokojnie pisać.

Nie jest to możliwe. Mieszka nie tylko z żoną i synem (a wkrótce synami - w 1953 r.

rodzi się Jan), ale też teściową i matką. Nie zawsze może pracować w osobnym pokoju - w zimie nie ma pieniędzy, żeby go ogrzewać. Marzy o pustelni, celi, w której mógłby się zamknąć na pół roku.

Dręczą go myśli, że nie zarabia na rodzinę, że nie dość czasu jej poświęca. Że jest politycznym dezerterem. Mimo wszystko między 1950 a 1954 r. wydaje aż cztery tomiki. W przymusowym milczeniu śledzi ich negatywne recenzje.

Kiedy w 1955 czyta w "Nowej Kulturze" "Poemat dla dorosłych" wcale nie czuje ulgi. Raczej wstręt. Zbyt dobrze pamięta, dlaczego Ważyka nazywano "terroretykiem", żeby teraz uwierzyć w jego cudowne nawrócenie. Od razu siada do pisania karykatury "Kryształowe wnętrze brudnego człowieka", w której znajdą się takie wersy: "Zarzynałem niewinnych / lecz nóż mój / był czysty jak łza". Krytycy nie rozumieją, o kim i o czym jest wiersz.

Po październiku 1956 r. z niechęcią obserwuje masowe posypywanie głów popiołem. "Ohydna gnojówka, która mi przez tyle lat zalewała usta, oczy, nos - ta gnojówka teraz znów rozlewa się po redakcjach, związkach, wydawnictwach, radiach. »Odnowa«" - wścieka się w dzienniku. Nie zamierza wracać do życia literacko-towarzyskiego, zostaje w Gliwicach i pisze. A raczej skreśla kolejne wersje słów i zdań w szkolnym zeszycie w kratkę. Wyjmuje wiersze sprzed tygodni, miesięcy, lat, i czyści je ze zbędnych słów, zaznacza strzałkami nowy kierunek wersów. Męczy się nad prozą, która nie będzie doceniona, nie wejdzie do kanonu lektur ani do podręczników historii literatury. I wciąż ma poczucie, że pracuje źle, za mało, poniżej swoich możliwości. "Pisarz ze mnie kiepski - obserwator żaden... (...) Nie potrafię wydusić z siebie kilku zdań, a myślę o pisaniu książek. Główna rzecz to zorganizowanie czasu. Z tym najgorzej" - żali się w dzienniku w czerwcu 1957 r.

Niecały miesiąc wcześniej, kiedy włącza radio w porze wiadomości, dopada go urywek zdania: "zmarł w Skarżysku Kamiennej nestor poetów polskich, Leopold Staff". Nie słucha dalej, wychodzi z domu. Następnego dnia po pogrzebie odwiedza mieszkanie poety. Siedzi kwadrans w jego pokoju.

W tym czasie powoli umiera na raka jego matka. Najpierw odwiedza ją w szpitalu, potem opiekuje się nią w domu. Jest upalne lato, od rana powietrze parzy i dusi, słońce nie pozwala pracować, zlepia myśli. Żona i synowie są na wakacjach, on musi zostać. Powraca do niego myśl o wyjeździe na wieś, o spacerze leśną ścieżką albo zimnym brzegiem morza. To marzenie, zamiast ulgi, przynosi poczucie winy wobec cierpiącej matki. Pisze o sobie w dzienniku: "grzeszny", "nikczemny". O matce: "moje kochane dziecko". Notuje wszystkie jej dolegliwości, za życia rozpoczęty rozkład ciała. Zapisuje z trudem wypowiadane przez nią zdania, na zmianę okrutnie świadome i dziecinnie naiwne. 16 lipca 1957 r. w pustą kratkę kalendarzyka (imieniny Marii i Benedykta, rocznica konferencji poczdamskiej) wpisuje czarnym atramentem: "Mama umarła o godz. 10.20 rano".

Na mszy żałobnej nie może się modlić, stracił wiarę już dawno i nieodwołalnie.

Kiedy w wierszu "Ale kto zobaczy..." powróci do obrazu matki z tych ostatnich dni, opisze go kolorami: siny kitel, biały szpital, białe dziąsła, żółte ręce, granatowe wargi. I zakończy tak dziwnym w jego poezji westchnieniem: "ach chciałbym ją nosić na sercu / i karmić słodyczą".

Worek siana

Pogłębia się jeszcze jego depresja, nigdy nie leczona, traktowana jako stan świadomości, "smutek zwierzęcia (człowieka niewierzącego)", jak napisze do Jerzego Nowosielskiego w maju 1969 r. Jeszcze przed śmiercią matki, w czerwcu 1957 r. notował w dzienniku: "Osypuje się bez przerwy. Coś osypuje się, spada. Nie mogę się wyzwolić; jestem zamknięty, zamknięto mnie, zamknąłem się. Życie moje składa się z nielicznych przebudzeń i ciągłej mordęgi - jakby zostało już przed 20 laty okaleczone, przełamane. Jestem zrównoważonym szaleńcem". W 1958 r. nawiązuje korespondencję z przebywającym na emigracji pisarzem Pawłem Mayewskim. W liście z grudnia 1959 r. tłumaczy swój stan ducha: "Wie Pan, ja właściwie jestem »wesoły« - wesoły tak, jak może być człowiek z naszego pokolenia (urodziłem się w r. 1921), taki co widział w młodości różne rzeczy. Człowiek »ocalony«". Ale kiedy w 1960 r. wyjeżdża na stypendium do Włoch, oznajmia w liście: "Zdaje mi się, że tu odzyskałem wiele z tego, co odebrała mi wojna"...

Zazwyczaj jednak podróże nie wytrącają go z depresji. Poza krajem czuje się źle, obco, nerwowo. Wynagradzają mu to jedynie muzea, które zwiedza zachłannie. W połowie lat 60. dostaje kolejne zaproszenia na premiery swoich sztuk i promocje przekładów. Wielu z nich nie ma siły wykorzystać. W 1967 r. rezygnuje z wyjazdu do Paryża, gdzie miał omówić plany wydawnicze u Gallimarda i odebrać zaliczkę sprzed pięciu lat: "W gazetach podano, że nie pojechałem, bo byłem »chory«... ale to tylko moja dusza jest chora (naprawdę), a ja jestem zdrów jak koń. (...) jestem poraniony strasznie i od lat właściwie czołgam się, wlokąc za sobą papierowe - już - wnętrzności" (list do Pawła Mayewskiego, 12 marca 1967 r.).

Do Paryża przyjeżdża rok później, w maju 1968 r. Ogląda manifestacje, wraki podpalonych samochodów i rosnące pod oknami śmieci. Przypatruje się rewolcie przychylnie, ale ostrożnie. List do Mayewskiego zaczyna od pytania: "Czy można pisać listy ze związanymi rękami?", a dalej relacjonuje: "Od kilku dni strajk generalny, walki, barykady. Mam Hotel w centrum tych ruchów - obok Odeonu, gdzie mieszczą się komitety studenckie. A przecież żyję nie tu, nie na tym świecie. Żyję zamknięty - tamtym wstydem, strachem, pogardą".

Z Paryża wraca już nie do Gliwic, ale do Wrocławia. Zamieszkuje w bloku na ulicy Glinianej, na parterze. Wiesza na ścianach obrazy Nowosielskiego, które przez lata otrzymywał od przyjaciela w prezencie, zawijane na poczekaniu w szary papier.

W nowym mieszkaniu prześladuje go hałas: tramwaje zaraz za oknem, wrzeszczące dzieci i trzepanie dywanów na podwórku, pociągi odjeżdżające z pobliskiego dworca. Wciąż coś wytrąca go z rytmu pracy, którą określa w listach jako przymus i walkę z papierem.

Odpoczywa na spacerach w ogrodzie botanicznym lub zoo. Czasem - jak w Gliwicach - wybiera się z żoną na przedmieścia, żeby poczuć się jak na wsi. Kiedyś nawet przynosi z łąki worek siana i wypycha sobie nim poduszkę do spania.

Dręczą go irracjonalne lęki. Czasem boi się wejść do bloku: "Kiedy widzę, że ktoś stoi pod drzwiami domu (np. dozorczyni z sąsiadką), zawracam, krążę 10-15 minut, zanim zdobędę się na odwagę i wejdę do sieni mojego domu. Upokorzony, zmęczony. Czy wolno mi o tym powiedzieć Żonie? Czasem pyta: »co się stało? Tak dziwnie wyglądasz?«, a ja się boję, po prostu się boję" - zwierza się

Mayewskiemu w maju 1970 r.

Opuścić piękną salę

Gdzieś obok powstaje opozycja. Różewicz znowu nie bierze udziału. Ani w podziemiu, ani w karnawale. Nie wstępuje do komitetów, nie podpisuje. Odmawia wieczorów autorskich, wywiadów. Drukuje mało. W 1989 r.

tłumaczy się Nowosielskiemu: "Tak mi zbrzydła »literatura« i »środowisko«, że całkiem zerwałem z tym. Albo śmierdzący, plujący xxxxxxxx, albo inny xxxxxxxx szmondak, albo grafoman, idol, każdy mnie poucza, »piętnuje«"...

Przed 75. urodzinami, 5 września 1996 r., oznajmia: "Jurku wydaje mi się, że dojrzewamy... mówimy coraz mniej, chciałbym osiągnąć taką doskonałość, żeby mówić trzy słowa na dzień... jedno rano, jedno w południe, jedno wieczorem... ale nie wiem, jakie".

Chociaż już w 1957 r. wydano jego "Poezje zebrane", dopiero w latach 90. zaczyna być traktowany jak klasyk. Dostaje tytuły, obywatelstwa, medale i nagrody. W roku 2000 Nike za tom-tren "Matka odchodzi". Potwierdza się to, co pisał w liście do Mayewskiego 30 lat wcześniej: "Matka jest w środku całej mojej twórczości".

W ostatnich latach wciąż rzadko udziela wywiadów, ale kiedy już się na nie zgadza, więcej w nich dystansu do siebie, ironii, żartu. Nie daje się sprowokować do przyjęcia roli autorytetu. Kiedy w 2007 r. odbiera doktorat honoris causa na wrocławskiej Akademii Sztuk Pięknych, mówi kokieteryjnie: "czasem i ja chcę być dzieckiem... choćby teraz... żeby opuścić piękną salę, znakomitych gości, i wrócić do swoich zabawek".

Korzystałam m.in. z książek "Walka o oddech" T. Drewnowskiego, "Różewicz" Z. Majchrowskiego, "Tadeusz Różewicz, Zofia i Jerzy Nowosielscy. Korespondencja" w oprac. K. Czerni oraz wypowiedzi i listów Tadeusza Różewicza drukowanych w prasie.

Kalina Błażejowska (ur. 1987) jest absolwentką dziennikarstwa i filmoznawstwa UJ. Stale współpracuje z "Tygodnikiem".

Czytasz ten tekst bezpłatnie, bo Fundacja Tygodnika Powszechnego troszczy się o promowanie czytelnictwa i niezależnych mediów. Wspierając ją, pomagasz zapewnić "Tygodnikowi" suwerenność, warunek rzetelnego i niezależnego dziennikarstwa. Przekaż swój datek:

Autor artykułu

Kalina Błażejowska
Absolwentka dziennikarstwa i filmoznawstwa, autorka nominowanej do Nagrody Literackiej Gryfia biografii Haliny Poświatowskiej „Uparte serce” (Znak 2014). Laureatka Grand Prix Nagrody...

Dodaj komentarz

Usługodawca nie ponosi odpowiedzialności za treści zamieszczane przez Użytkowników w ramach komentarzy do Materiałów udostępnianych przez Usługodawcę.

Zapoznaj się z Regułami forum
Jeśli widzisz komentarz naruszający prawo lub dobre obyczaje, zgłoś go klikając w link "Zgłoś naruszenie" pod komentarzem.

Zaloguj się albo zarejestruj aby dodać komentarz

© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]