Szanowny Użytkowniku,

25 maja 2018 roku zaczyna obowiązywać Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016 r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia dyrektywy 95/46/WE (określane jako „RODO”, „ORODO”, „GDPR” lub „Ogólne Rozporządzenie o Ochronie Danych”). W związku z tym informujemy, że wprowadziliśmy zmiany w Regulaminie Serwisu i Polityce Prywatności. Prosimy o poświęcenie kilku minut, aby się z nimi zapoznać. Możliwe jest to tutaj.

Rozumiem

Reklama

Cena życia

Cena życia

20.02.2012
Czyta się kilka minut
Historie szukających schronienia Żydów i pomagających im Polaków są zawsze nieoczywiste: pokazują ludzkie motywacje i wybory dokonywane w warunkach granicznych.
E

Ella Sendowska, która ocalała z Holokaustu, ukrywając się w Warszawie i okolicach, napisała w powojennej relacji: „stosunek Polaków do ukrywających się Żydów był różny. Byli tacy, którzy przechowywali tylko dla wielkich zarobków, ale spotkałam również takich, którzy bezinteresownie opiekowali się Żydami. Znaleźli się i tacy, którzy bez żadnej korzyści dla siebie, tylko aby zaspokoić uczucie nienawiści, denuncjowali Żydów. Osobną kategorię stanowili »szmalcownicy« i tzw. »pośrednicy«, którzy zarabiali na nieszczęściu żydowskim. (...) W okresie mego ukrywania się spotkałam się z różnymi typami” (Archiwum Yad Vashem, O.3.862 Ella Sendowska).

Zostawmy chwilowo na boku te rozmaite „typy” i przyjrzyjmy się tym ludziom, którzy pomagali Elli oraz setkom czy tysiącom innych Żydów. Wielu Polaków w czasie okupacji niemieckiej wykazało się bowiem niezwykłą odwagą i – często wbrew opinii środowiska, pomimo codziennego strachu i zagrożenia karą śmierci dla całej rodziny – decydowało się ukrywać Żydów, skazanych przez Niemców na śmierć. Motywacje do pokonania strachu były rozmaite i różnorodne, tak jak i ludzie, którzy udzielali pomocy.

Pieniądze

Nie da się uszeregować owych motywacji w kategoriach frekwencyjnych – od najczęstszych do najrzadszych. Na podstawie setek przeczytanych relacji mogłabym ostrożnie stwierdzić, że najczęstszą motywacją pomocy było ratowanie dla pieniędzy. Był to rodzaj transakcji handlowej, o tyle nietypowej, że trzeba było z jednej strony wycenić strach, a z drugiej – życie ludzkie. Te szacunki były rozmaite – zależnie od możliwości płacącego i od potrzeb czy zachłanności pomagającego. Dla każdego Żyda w Polsce w roku 1942 było absolutnie oczywiste, że jeśli chce szukać ratunku poza gettem, to warunkiem koniecznym (ale nie wystarczającym) jest posiadanie pieniędzy lub innych zasobów, którymi można będzie opłacać pomoc.

Nie należy dopatrywać się w takiej transakcji czegoś negatywnego czy uwłaczającego. Było jasne, że osoba decydująca się chować Żydów ponosi dwa rodzaje kosztów: materialne i niematerialne. Materialne to koszty utrzymania – bo przecież trzeba było kupować jedzenie dla ukrywających się i nieposiadających kartek, więc zakupy robiono na czarnym rynku, o wiele drożej. W materialnych kosztach trzeba też ująć opiekę medyczną, odzież i rozmaite inne codzienne wydatki. Koszty niematerialne to przede wszystkim strach, ale również niewygoda, ciasnota, znoszenie nieustannej obecności obcych ludzi, wynikające z tego napięcia i konflikty, brak prywatności, konieczność opiekowania się, wynoszenia nieczystości, przedłużająca się „gościna” – i wynikające ze zmęczenia i utrudzenia psychologiczne przeciążenie odpowiedzialnością.

Pomoc udzielana za pieniądze, o ile mieściła się w standardach transakcji i dotrzymywania zawartej umowy, była – w moim przekonaniu – najzupełniej w porządku. Podobnie uważali ukrywający się Żydzi: malarz pokojowy z Drohobycza, Hersz Bettman, po ucieczce z obozu pracy znalazł miejsce u Ukraińca, Iwana Pyska, przechowującego 46 Żydów w trzech schronach: trzydzieści kilka osób ukrywało się w piwnicy, siedem – pod wanną, a „jedna para w osobnym schronie, który Pysk zrobił w klatce schodowej. Kobieta była taka gruba, że musiała mieć własny schron, do innych się nie mieściła...”. Bettman doceniał postawę Ukraińca: „Pysk brał za to pieniądze od nas, robił to dla interesu, ale i odwagi trzeba było sporo i sprytu” (AYV O.3.2187 Hersz Bettman).

Umowa o ukrywaniu była najczęściej ustna, zakładała wzajemne zaufanie i honorowe wywiązanie się z zawartego kontraktu. Do rzadkości należały porozumienia spisane, takie jak w przypadku doktora Ludwika Landaua. Ten lekarz ukrywający się w Zbarażu zawarł umowę z przedwojennym policjantem Kinachem, który zgodził się go ukrywać „na z góry określonych i spisanych warunkach: miałem mu zapewnić dożywotnie utrzymanie, mieszkanie w moim domu, dwa ubrania i dwie pary butów rocznie, poza tym na bieżąco płacić 50 dolarów miesięcznie” (AYV, O.3.1770 Ludwik Landau). Niestety, po miesiącu Kinach wymówił schowek.

Wypowiedzenie umowy zdarzało się często i było motywowane, chyba przede wszystkim, strachem lub chciwością. Strach jest całkowicie zrozumiały i oczywisty – ludzie chcieli pomóc i decydowali się przyjąć kogoś pod swój dach, ale po jakimś czasie okazywało się to jednak zbyt trudne i obciążające, jak w przypadku Edwarda Tila ze wsi Króle Duże, u którego ukrywała się Rywka Chus z mężem: „Po tygodniu Til zaczął nas prosić, byśmy odeszli, że on się boi. Niemcy szukają wszędzie Żydów, ostrza karabinów wbijają w słomę i siano po stodołach. On prosił i błagał, żebyśmy sobie poszli, on się boi, on ma małe dzieci i nie może ich narażać” (AYV, O.3.1398 Rywka Chus).

Gdy do głosu dochodziła chciwość i gospodarz zaczynał domagać się coraz więcej – można było spełniać jego żądania, o ile umożliwiały to zasoby, lub odejść i szukać innego miejsca do ukrycia. Oczywiście trzeba wziąć pod uwagę sytuację zależności, przewagi i władzy. Nieczęsto zdarzało się, że Żyd mógł po prostu „odejść” i znaleźć inne miejsce. Znajdował się w sytuacji podległości, to ukrywający miał władzę i dyktował warunki. Ryzyko odejścia było zawsze ogromne i niosło jednak nowe zagrożenia, dlatego Żydzi najczęściej byli zmuszeni do podporządkowania się żądaniom opiekunów. Spirala żądań rosła, nakręcana przez chciwość, bezkarność i możliwość wykorzystania „okazji”. Ukrywanie Żyda było bowiem nierzadko okazją do wzbogacenia się.

Miłość i seks

Prócz – najczęstszej i najbardziej zrozumiałej – finansowej motywacji do pomagania, były oczywiście i inne powody ratowania Żydów. Mogły się one łączyć i uzupełniać, a także zmieniać w czasie. Pomoc udzielana początkowo z pobudek finansowych mogła wytworzyć wzajemne więzi i relacje, zmienić się w przyjaźń, a nawet miłość – i stać się pomocą całkowicie bezinteresowną. Miłość mogła dotyczyć nie tylko kobiet i mężczyzn, ale także dzieci – wciąż pozostaje do napisania historia przedwojennych niań i opiekunek ratujących żydowskie dzieci. Jedną z takich niań była Ukrainka Ołena Worona, wędrująca w czasie akcji wysiedleńczej z Chrostkowa do Kopyczyniec, by odnaleźć i ratować żydowską dziewczynkę, której była wcześniej piastunką. „Pierwsze jej słowa, gdy padłyśmy sobie w objęcia i wypłakałyśmy się, były: »gde ja bude, to ty budesz, szto ja bude isty – Ty budesz isty«. Powiedziałam, że nie mam nic pieniędzy. »Nie pytam ciebie« – była jej odpowiedź” – wspomina Fania Cypora Kiperman (AYV, O.3.2235). Ołena troszczyła się nie tylko o materialne potrzeby swojej wychowanki: „żeby mi się nie nudziło, Ołena wystarała się i sprowadziła do mnie na strych 16-letnią dziewczynkę żydowską, Fanię Goldhirsh”.

Zdarzały się także przypadki ukrywania w zamian za seks. Ten temat należy jednak do holokaustowych tabu i niewiele informacji znajdziemy w źródłach, a niemal żadnych w relacjach dotyczących własnych przeżyć. Czasem można natrafić na wzmianki dotyczące osób trzecich, jak w relacji Broni Walberg Spielvogel, która wspomina: „Jeden szewc Ukrainiec, miał już blisko 50 lat, przechował młodą dziewczynkę, 16-letnią, córkę tragarza. Leżała u niego ukryta na przypiecku, w nocy wstawała, sprzątała i gotowała dla niego. Ten szewc żył z nią i po wyzwoleniu też nie dał jej odejść od siebie, ale po jakimś czasie ona wyjechała” (AYV, O.3.2219).

Wiara

Motywacją do pomagania Żydom były także przekonania religijne, najczęściej głęboka wiara, jak ta pani Gilowej i jej matki, które w małym mieszkanku na ul. Marszałkowskiej w Warszawie ratowały dwie siostry Lilienstein. Maria Goldberg (z d. Lilienstein) w swojej relacji wspomina: „U pani Janiny Gilowej zamieszkałam razem z siostrą. Takich ludzi szlachetnych to w ogóle nie ma i nie było. Pani Hausmanowa, matka Gilowej, wzięła nas i chociaż tam było tylko 2 pokoje, to umieściły nas i byłyśmy tam zupełnie jak własne dzieci. Traktowały nas jak siostry. Bez grosza pieniędzy, nic od nas nie brały, bośmy nie miały”. I dodaje refleksyjnie: „Obie były pobożne, mimo to że inteligentne i bardzo wykształcone, były bardzo pobożne i to nas uratowało widocznie. Ich wiara widocznie. (...) Oni narażali swoje dziecko jedyne, męża i matkę dla nas, ja bym tego nie zrobiła, a one do tego dawały nam jeść i pić” (AYV, O.3.2797 Maria Goldberg).

Inny przykład pomocy wynikającej z pobudek religijnych znajdujemy w relacji Szaloma Ben-Szemesza, kupca z Ejszyszek, który po ucieczce z getta w Raduniu znalazł się w zagubionej wśród błot polskiej kolonii w Korkuczanach. Tam Kazimierz Korkucz ukrywał kilkunastu Żydów, a w sąsiedniej wiosce, Lubikiszkach, Anna Bilkiewiczowa – kolejnych piętnastu. „Była to bardzo dobra i bardzo nabożna katoliczka. Z całego serca wierzyła, że 15 Żydów przechowa aż do końca wojny. Co niedzielę dawała do kościoła na mszę, żeby jej Bóg dopomógł w tym ukrywaniu Żydów. Niezwykła kobieta, Polka”. Niestety, napad AK na jej dom w lutym 1944 r. spowodował śmierć dziesięciorga podopiecznych Bilkiewiczowej (AYV, O.3.2295 Szalom Ben-Szemesz).

Dobroć

Do pomagania Żydom motywowały także inne powody, czasem zwykłe współczucie czy litość, kiedy indziej – dawne więzi, np. przyjaźni czy wdzięczności. Z wdzięczności za świadczoną przed wojną bezpłatną opiekę ratowała swojego lekarza pacjentka, niewidoma Maria Wołownik. Przyszła do doktora Rubina Pinusa (który nota bene po paraliżu dziecięcym miał bezwładną nogę i poruszał się o kulach) do obozu pracy w Łucku, „prowadzona przez 6-letnią dziewczynkę, Tereskę, córkę Volksdeutschki i Polaka, i powiedziała mi, że zrobiła dla mnie skrytkę. (...) Skrytka była w dużym piecu do wypieku chleba. Niewidoma wybiła na dole w piecu dziurę na pół metra wysoką”. Później Maria Wołownik przyjęła jeszcze żonę dr. Pinusa i jego brata z żoną; we czwórkę ukrywali się u niej 15 miesięcy aż do wyzwolenia (AYV, O.3.1692 Dr Rubin Pinus). Uboga białoruska chłopka, Wiera Korotkiewicz we wsi Niżne Morozy, przechowała krawcową Idę Lekach z wdzięczności za to, że ta uszyła jej przed wojną za darmo suknię ślubną (AYV, O.3.2017 Ida Lekach).

Zdarzała się też – zawsze zadziwiająca w czasie okupacji – zwyczajna ludzka dobroć. Doświadczył jej m.in. Szymon Zajfert Dzikowicz, którego pięcioosobową rodzinę ukrywała w Borysławiu przedwojenna znajoma, krawcowa Maria Dzikowicz. Zajfert wspomina w relacji: „Przez cały czas naszego pobytu pomagaliśmy jej w szyciu. Kobiety szyły i robiły na drutach swetry, ja kręciłem na wrzecionie nici ze lnu albo z wełny. (...) Ponieważ nic nie płaciliśmy – jedzenia było bardzo mało. Dzień w dzień na kolację gotowało się kartofle w łupach. Maryla dzieliła równo dla każdego. Jeżeli wypadło po pięć na osobę, dla siebie brała tak samo. Chleba nie jedliśmy prawie wcale. Jeżeli był, smakował jak coś niezwykłego! Na ogół głodowaliśmy. (...) Podczas niekończących się godzin rozmawialiśmy ze sobą głównie o jedzeniu. Opowiadaliśmy, jak i co się gotuje i jak się przyprawia potrawy. Był to główny temat naszych rozmów”. Pięcioro Żydów ukrywało się u Maryli dwa lata. „Była naszą opiekunką i dobrodziejką. Była człowiekiem stworzonym na obraz i podobieństwo boże. (…) Dla uczczenia świętej pamięci tego najszlachetniejszego człowieka, jakiego w życiu spotkałem – przybrałem jej nazwisko, bo nic innego dla niej zrobić nie byłem w stanie – jak tylko to jedno” – pisze autor w zakończeniu relacji (AYV, O.3.696, Szymon Zajfert Dzikowicz).

Podobnej bezinteresownej dobroci ze strony Iwana Kowalewskiego we wsi Kałdyki doświadczyła Pnina Potasznik, która wraz z koleżanką uciekła z getta w Wołożynie. Kręciły się po okolicznych wsiach „spuchnięte z głodu, obdarte. Bywało, że chłopi czasem wynosili coś do jedzenia. Najczęściej kazali uciekać. Nadeszła zima. Głodne, gołe, zziębnięte postanowiłyśmy popełnić samobójstwo. Utopić się. Marzyłyśmy tylko o jednym, móc raz jedyny jeszcze zjeść do syta. Odważnie weszłyśmy do pierwszej chaty z brzegu. (...). W tym momencie wyszedł z chaty starszy chłop i bez słowa zaprowadził nas do stodoły. Zlękłyśmy się okropnie, sądziłyśmy, że chce nas wydać w ręce policji. Siedziałyśmy, drżąc ze strachu. Raptownie otworzyły się drzwi, wszedł ten sam chłop i kazał nam iść za sobą. Wprowadził nas do izby, na nasz widok zgromadzona rodzina zaczęła płakać. Nie trudno sobie wyobrazić, jak wyglądałyśmy w tym momencie. Żona chłopa i ich pięcioro dzieci spoglądało na nas ze współczuciem. Nie zadawano nam żadnych pytań. Posadzono nas do stołu i nakarmiono. (...) Po kolacji zaprowadził nas znów do stodoły. Trudno opisać uczucie naszego szczęścia, kiedy pierwszy raz od szeregu miesięcy, syte, znalazłyśmy miejsce do spania i dach nad głową. Nie mogłyśmy zasnąć ze wzruszenia” (AYV, O3.1399 Pnina Potasznik). Dziewczęta mieszkały u rodziny Kowalewskich kilka miesięcy, później ukrywały się w innych miejscach, i obie przeżyły wojnę.

Ludzkość

Niezależnie od motywacji do pomagania każda tego rodzaju decyzja była okupiona ciągłym stresem i niepokojem, codziennym oswajaniem swojego strachu. Wspomniana już Rywka Chus – której Edward Til wymówił schronienie – pisze dalej, że po kilku tygodniach przyjął ich z powrotem i ukrywając 22 miesiące, stale walczył z własnym strachem, często powtarzając: „Ha, trudno, przyjdzie nam umrzeć w jednym grobie. Bardzo się martwił tym, że jesteśmy u niego, nie miał spokoju, bał się”. Rywka z mężem siedzieli w wędzarni na strychu, w zupełnych ciemnościach: „Nie rozumiem teraz, jak my wytrzymaliśmy to wszystko. Pamiętam, że zazdrościłam wtedy psu. Ma budę, w której może się położyć, nie musi zawsze siedzieć jak ja. Czemu nie jestem psem, myślałam. O ile lepiej jest być psem niż Żydem. (...) Edward Til nigdy nam nie powiedział złego słowa, zawsze zwracał się do nas »moi drodzy«” (AYV, O.3.1398, Rywka Chus).

Na warunki bytowe ukrywania się nie można było często nic poradzić – najczęściej było to ciasne pomieszczenie, komórka, miejsce za szafą czy pod łóżkiem, dziura w ziemi, nora pod chlewem czy strych – co było zrozumiałe, choć nieraz ciężkie do zniesienia. Jest jednak inny aspekt wpływający na jakość życia w kryjówce – stosunek ukrywających do ukrywanych. Relacja ta z oczywistych powodów była stosunkiem podległości, zależności, władzy. Jedna strona decydowała i rządziła, druga była całkowicie zależna i podporządkowana. Związki tego rodzaju mogły rodzić – i rodziły – pokusę wykorzystywania i nadużywania władzy. Żydzi byli często traktowani jak paczki przenoszone z miejsca na miejsce, jak uciążliwe przedmioty, lekceważeni, poniżani i wykorzystywani. Do rzadkości należały sytuacje, gdy ukrywający się Żydzi byli traktowani z szacunkiem. Irena Glanz, ukrywająca się z matką i bratem u Marii i Jana Małankiewiczów w Samborze, wspomina, że na strychu zachorowali na świerzb „i to w bardzo silnej formie. Ponieważ lekarstwa nie można było dostać bez recepty lekarza, Małankiewicz poświęcił się, posiedział z nami, zaraził się, dostał świerzbu i... receptę na maść” (AYV, O.3.2779 Irena Glanz).

Ten dodatek szacunku i ludzkiego traktowania odgrywał ogromną rolę psychologiczną – znajdującym się w bezmiarze upokorzenia i upodlenia Żydom przypominał, że dla niektórych pozostali nadal istotami ludzkimi. Pola Korngold tak podsumowała stosunek rodziny Majczaków do jej dziecka: „Ja płaciłam za dziecko. Ale to nie były tylko pieniądze. To była ludzkość, nie tylko pieniądze” (AYV, O.3.10109 Pola Krongold). Jeżeli więc ukrywający doświadczyli „ludzkości”, ludzkiego stosunku, daj Boże – szacunku, empatii, współczucia – wszystko inne było mniej straszne.

BARBARA ENGELKING jest kierownikiem Centrum Badań nad Zagładą Żydów, działającego przy Instytucie Filozofii i Socjologii PAN. Z wykształcenia psycholog, zajmuje się historią warszawskiego getta oraz zagładą Żydów na ziemiach polskich. Ostatnio opublikowała „Jest taki piękny słoneczny dzień... Losy Żydów szukających ratunku na wsi polskiej 1942–1945”.

Czytasz ten tekst bezpłatnie, bo Fundacja Tygodnika Powszechnego troszczy się o promowanie czytelnictwa i niezależnych mediów. Wspierając ją, pomagasz zapewnić "Tygodnikowi" suwerenność, warunek rzetelnego i niezależnego dziennikarstwa. Przekaż swój datek:

Dodaj komentarz

Usługodawca nie ponosi odpowiedzialności za treści zamieszczane przez Użytkowników w ramach komentarzy do Materiałów udostępnianych przez Usługodawcę.

Zapoznaj się z Regułami forum
Jeśli widzisz komentarz naruszający prawo lub dobre obyczaje, zgłoś go klikając w link "Zgłoś naruszenie" pod komentarzem.

Zaloguj się albo zarejestruj aby dodać komentarz

© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]