Busik do stolicy

Więc pruję busikiem na Wrocław. Niedziela złotej polskiej jesieni. Przystanek w połowie drogi. Wsiada mężczyzna dwudziestoparoletni, wielce krewki.
Czyta się kilka minut

Ujawnia powody: został „olany” przez poprzedniego kierowcę busa, działającego ponoć w warunkach recydywy. „Dobra, dogonimy go na dworcu, jeszcze go tam złapię. Z liścia dostanie, krwią się zaleje”. Ożywia się pan pod pięćdziesiątkę: „Ode mnie też go stuknij, drugi raz, dobrze?”. Krewki troszkę się obrusza, ale z humorem: „Jaki drugi raz? Ja dwa razy nie walę, nigdy. Raz a dobrze. Ze mną rozmowa krótka”. Pani z trójką synów nie może powstrzymać podziwu: „Po męsku trzeba. On się tak często nie zatrzymuje”. W busiku nastrój społecznego konsensusu, zwłaszcza trzej chłopcy patrzą na Punishera z podziwem, przyswajają wzorce zachowań, dialogu, konstruktywnego rozwiązywania konfliktów. A we mnie rodzi się rozdarcie, rozziew niby u Tewje Mleczarza. No bo z jednej strony – prakseologicznie rzecz ujmując – facet ma rację: czekał na przystanku, kierowca powinien się zatrzymać, się nie zatrzymał, kolejny raz zresztą, więc trzeba szofera przekonać, żeby na przyszłość się zatrzymywał, bo na tym polega praca kierowcy busika. Co ma zrobić pasażer, żeby nakłonić szofera do dobrej zmiany na przyszłość? „Traktat o dobrej robocie” podarować?

No ale z drugiej strony, w busiku poczułem się niemal niby egzulant, uwięziony w obcym ciele polskiego narodu z Perekiem pod pachą („Instrukcją obsługi”). Z transamorem-transmortem na uszach, a nie eskoeremefem z radia. W busiku wczuwałem się w przerafinowanego smukłością swych spodniorurek stałego bywalca Zbawiksa w poszukiwaniu straconego do wi-fi prefiksa, czy też w pogrążonego w Bunkrze z kości słoniowej prestiżowego reprezentanta akademickiego nauczycielstwa jagiellońskiego kij-wie-czego.

Dobrze, poleję teraz jak krowa po liściach: byłem obcy. Wielce obcy, niby predoktorancka kontrybutorka wielce-wielce internetowego periodyka-trójtygodnika na mentalnym wychodźstwie z Reykjawika, ja pierdykam, co to się gracko ospecjalizowała w esejach w przedmiocie wielce nam na klepisku rozkwitłej sceny tańca-nieruszańca. Ona, on, on i wiele jeszcze innych postaci elitarnego jednego procenta na kulturę było we mnie w busiku pełnym Polaków, co to w niedzielę końca września 2016 dojeżdżał do Wrocławia.

Miasta-stolicy europejskiej kultury, kongresów kultury, krasnali kultury, miasta festiwalu dialog, telefonii dialog, miasta wszechgalaktycznej olimpiady teatralnej, marszałka Przybylskiego, menedżera Stryjeńskiego i Poczekalni 2.0. My-Polacy pruliśmy na dworzec tam właśnie. Busikiem. Przed nami rysowała się wspólna przyszłość. ©

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz

TP Online: Dostęp roczny online

ilustracja na okładce: Jerzy Skakun dla „TP”

Artykuł pochodzi z numeru TP 40/2016