Boskie Buenos

"Oczekuje cudu" - podsumowywały z wyprzedzeniem okładki kolorowych pisemek, przedstawiając trenera Maradonę w pozie męczennika. Zwycięstwo albo śmierć. Mecz o wszystko. Spotkanie ostatniej szansy. Jako Polak, jestem od dzieciństwa absolutnie przyzwyczajony do tych określeń, wręcz na nie impregnowany, natomiast gdzie jak gdzie, ale w Argentynie to szok. Szok trwał przez pierwsze czterdzieści pięć bezbramkowo bezbarwnych minut. Zająłem się kontemplacją zajmujących jedną trzecią ekranu, pojawiających się co kilka minut reklam. Polecano głównie środki przeciwbólowe, i nie dziwota, zważywszy na to, co działo się na pozostałej części ekranu.
Czyta się kilka minut

Na początku drugiej połowy biało-niebiescy geniusze zdobyli gola. Wtedy zaczęły się dziać rzeczy dziwne. Przestałem dobrze widzieć. Najpierw pomyślałem, że to anomalia związana ze zmianą strefy czasowej, odmiennym rodzajem flory bakteryjnej itp. Ale nie - przyczyna, dla której obraz meczu staje się coraz bardziej rozmazany, była natury obiektywnej. Obiektywy były regularnie zalewane niemal horyzontalnymi strugami wody, gdyż natura zdecydowała się dodać swoje trzy pesos do desperackiego południowoamerykańskiego widowiska. Od czasu do czasu w ramach transmisji telewizyjnej było widać strzępy akcji: piłkę zatrzymującą się w najbardziej ekscentrycznych kierunkach, dryblerów zaskoczonych brakiem kontaktu z podłożem, bramkarzy czujnie pływających od słupka do słupka - z wiatrem i pod wiatr. Mecz zrobił się wręcz niesamowicie żywiołowy.

Kiedy Peruwiańczycy wyrównali pod koniec meczu - boski Diego w strugach deszczu bezsilnie kopnął bidon. Maradona na pewno płakał, ale któż był w stanie to dostrzec? I wtedy, w doliczonym czasie gry, w wichrze chaosu podtopionego pola karnego, nadludzkim natężeniem siły woli, Martin Palermo przepchnął piłkę przez ścianę wody. Za ścianą była pusta bramka dzielnych Peruwiańczyków. Cud doszedł do skutku. Buenos krzyczy: goooooooooooooooooooooooool!

Argentyna trenera Maradony dostanie kolejną ostatnią szansę. Wyrok odroczono. Boliwijski arbiter gwizdnął po raz ostatni. Znaczy - możemy ruszać na próbę. Nurkujemy w ulewie wzdłuż Avenida Corrientes. Momentalnie bosko mokrzy, ślizgając się po podwodnych chodnikach dwunastomilionowej metropolii, liczymy chlapnięcia stóp w kałużach: raz dwa raz dwa raz dwa raz dwa raz dwa raz dwa raz dwa raz dwa raz dwa raz dwa raz dwa raz dwa raz dwa!

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz

TP Online: Dostęp roczny online

ilustracja na okładce: Jerzy Skakun dla „TP”

Artykuł pochodzi z numeru TP 42/2009