Najprawdopodobniej pobudki są dość niskie, ale w pełni zrozumiałe, te same, które podnoszą słupki oglądalności jeździe figurowej na lodzie. Nikt nie wie, o co chodzi w jeżdżeniu solo, a zwłaszcza parami, w dziwnych zaostrzonych ciżmach, nikt tulupów, skoków kopanych, piruetów siadanych i innych rittbergerów nie kuma, ale każdy na kanapie przed telewizorem bezpieczny liczy na efektowny upadek zawodnika, najlepiej z zawodniczką do kupy. Nie piszę, że świadomie, broń Boże, intencjonalności biernym fanom łyżwiarstwa telewizyjnego nie zarzucam, gdzieżbyż, ale podświadomie? Jest przyjemnie, jak ktoś się solidnie wyrąbie figurowo na lodzie, nieprawdaż? Ktoś inny, znaczy. I po co się tyle trenowało? Czy warto było szaleć tak? Zawodnik, zawodnik i po zawodach. Następny, proszę! W proch się obrócisz, figurancie łyżwiarski... I oficjalne charakterystyczne onomatopeiczne: ojoj, ale na nią upadł, bidulek.
Do czego brnę, złośliwą satysfakcję – skuś baba na dziada – szerokim masom społecznym imputując? Dokąd zmierzam, mentalną Winterreise odbywając przez Planty warstewką śniegu pokryte? Co chcę uzyskać, par excellence purcellowskiego Geniusza Zimna lekkomyślnie e-e-e-e-e-wokując? Otóż nie mogę się oprzeć refleksji, że to bardzo mocno zinternalizowana potrzeba śmiechu, nawet przez (cudze) łzy każe nam wyjść z domu i bacznie rozglądać się wokół w stosunkowo jak dotąd lutym miesiącu. Niby szybko robi się ciemno, ale nie na tyle ciemno, żeby nie zauważyć, jak przechodzień po drugiej stronie ulicy spontanicznie zmienił pozycję na horyzontalną... i już jest karnawałowo, i kupa śmiechu, że leży, że on leży, a ja jeszcze nie. Pod śnieżkiem ślisko jak cholera, bo dozorca po złości tym syfem, co to zwykle, nie posypał, a dla odmiany żwirkiem też się nie chciało, i fajno! Najfajniej pod Uniwersytetem Jagiellońskim na planciastych alejkach i innych nabrzmiałych krokiem wielkich umysłów uliczkach i zaułkach. Można się tam zaczaić, popatrzeć na ludzi, i sobie nawyobrażać w długi, figurowo śliski, zimowy wieczór, że hej. O, Bachtin bach! O, Bystroń wywinął orła! O, Bergson leży jak długi, siaty mu się posypały! Śmiech, komizm i krotochwile zimową porą odbywane. Oto odpowiedź na słynne pytanie z „Miasteczka South Park”: „What would Brian Boitano do”? ©
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.


















