Black Friday, czyli co o nas mówi szał „czarnego piątku”

Skoro daje się z zyskiem sprzedawać mnóstwo produktów po cenach o połowę mniejszych niż zwykle, znaczy to, że na co dzień kupujemy je po cenach radykalnie zawyżonych. Sprzedawcy znają jednak kierujące nami prawo zachłanności.
Czyta się kilka minut
Tomasz Stawiszyński // Fot. Karol Paciorek dla „TP”
Tomasz Stawiszyński // Fot. Karol Paciorek dla „TP”

„Siedemnaście osób zginęło, a sto dwadzieścia pięć zostało rannych”. Tak mogłoby się zaczynać doniesienie o drogowym karambolu, katastrofie żywiołowej, ataku terrorystycznym, krwawej strzelaninie albo jakimś jeszcze innym nieszczęściu. Tymczasem jest to po prostu bilans ofiar tzw. czarnych piątków w samych tylko Stanach Zjednoczonych, liczony od roku 2006 do 2021, a publikowany na stronie internetowej pod wiele mówiącą nazwą blackfridaydeathcount.com (analogicznych statystyk, również bardziej aktualnych, obejmujących inne kraje, można znaleźć w sieci całkiem sporo).

Dużo to czy mało, biorąc pod uwagę globalny charakter tej akcji promocyjnej? Odbywa się ona wszak i w Afryce, i w Azji, i w Europie, i we wszystkich Amerykach, a nawet – last but not least – w Oceanii. Cóż, poniekąd już samo postawienie sprawy w ten sposób umieszcza nas w upiornie merkantylnej logice. Mówimy tu wszak o wielkich, sezonowych obniżkach cen, które – jak pokazują liczne, łatwo dostępne nagrania (kto chętny, niech wpisze w przeglądarkę: „black friday madness”) – zamieniają klientów w owładnięty szałem tłum. No bo jak to inaczej nazwać? Ostatecznie, jeśli ktoś gotów jest tratować innych ludzi, a zarazem samemu narażać się na ryzyko bycia stratowanym, wyłącznie dlatego, że może w sklepie nabyć jakieś gadżety w cenie o kilkadziesiąt procent niższej niż zazwyczaj, świadczy to bezspornie, że wyzwalają się w nim jakieś najpierwotniejsze instynkty. A nie ma chyba w człowieku nic bardziej pierwotnego, ba, nie ma nic bardziej pierwotnego we wszystkim, co żywe, aniżeli zachłanność właśnie. Biolodzy zgadzają się co do tego jednogłośnie: żyć to tyle, co nieustannie, permanentnie chcieć więcej i więcej, i więcej. Miejsca, pokarmu czy w ogóle – gratyfikacji.

Zawsze czujny marketing potrafi bardzo sprawnie wykrywać w nas podobne rejestry, aktywizować je, a następnie kierować nimi tak, żeby zapewnić sobie jak największe zyski. A że się przy tym ludzie będą tratować? Że zamienią się w rozemocjonowaną ciżbę, wyczekującą godzinami na otwarcie sklepu, a potem pędzącą na oślep, żeby zdobyć jak najwięcej przedmiotów? Cóż, przecież każdy jest kowalem własnego losu, nieprawdaż?

Owszem, sklepowych zamieszek zdarza się dziś o wiele mniej niż to jeszcze kilka czy kilkanaście lat temu bywało. Głównie dlatego, że czarnotygodniowe (stosunkowo niedawno z „czarnego piątku” chyłkiem zrobił się „czarny tydzień”) rabaty obowiązują teraz także w sprzedaży internetowej. Nic dziwnego, że od razu stały się rajem dla internetowych oszustów. Niedawno „Guardian” obliczył, że w poprzednim sezonie zarobili oni w Wielkiej Brytanii prawie dwanaście milionów funtów. Wzmożenie czuć jednak nie tylko w sieci – gdzie już po prostu nie sposób opędzić się od wyświetlających się naokoło kolorowych reklam – ale również w każdej galerii handlowej i każdym większym sklepie. Co, oczywiście, jest dopiero preludium do wielkiego grudniowego Święta Zakupów. Czy ktoś jeszcze pamięta, jak się to święto kiedyś, w dawnych czasach, nazywało?

No dobrze, sarkazm na bok. Nie popadając ani w rezygnację, ani w moralizm, ani też w ascetyzm (ostatecznie – któż z nas nigdy nie kupił sobie czegoś w dobrej promocji?), zwróciłbym tylko uwagę na pewną okoliczność towarzyszącą. Problematyczną nie mniej niż te wyżej wspomniane – oraz inne, o których się przy okazji „czarnych tygodni” wspomina – ale może niekoniecznie wybijającą się zaraz na pierwszy plan. Dotyczy ona zresztą nie tylko wyprzedaży i obniżek, ale i niektórych ogólniejszych cech późnego kapitalizmu. Mianowicie – skoro daje się z wielkim zyskiem (dla niektórych ponoć największym w roku) sprzedawać mnóstwo produktów po cenach często o połowę (albo i więcej) mniejszych niż zwykle, znaczy to niechybnie, że na co dzień kupujemy te produkty po cenach radykalnie zawyżonych. Owszem, ceny reguluje rynek itd., znamy to dobrze – niemniej widać przez ten pryzmat wyraźnie, że wielcy producenci oraz wielcy dystrybutorzy, wyznaczający reguły gry, mogliby, gdyby tylko chcieli, ordynować ceny bardziej adekwatne do realnej wartości produktów. A i tak by na tym zarobili.

Oni jednak – oczywiście – także podlegają bezwzględnemu prawu zachłanności – chcą więc zarabiać więcej i więcej (nigdy na odwrót). W tym celu muszą stale podtrzymywać zachłanność w konsumentach, czyli wytwarzać w nich skłonność do płacenia za produkty więcej i więcej, a także do kupowania ich więcej i więcej (nigdy na odwrót). I dlatego raz na jakiś czas na wszystko, co się da, ustalają cenę mniejszą niż zazwyczaj. Robią to wyłącznie po to, żeby w nas, by tak rzec, zachłanność podgrzać i zagęścić. Dzięki czemu z każdym kolejnym czarnym piątkiem nasz apetyt – prawem zachłanności – wciąż rośnie i rośnie. Nigdy na odwrót, ponieważ granice, jak wiadomo, mają wyłącznie portfele, żołądki oraz pomieszczenia, apetyty natomiast da się podsycać w nieskończoność.

Cała ta sytuacja przypomina więc trwającą bez mała dwanaście miesięcy maskaradę, a potem jeden krótki dzień albo tydzień, w którym nagle spadają maski. Wówczas okazuje się, że ktoś nas, mówiąc wprost, przez większą część roku robi regularnie w konia. My zresztą nie pozostajemy mu dłużni. Jedenaście miesięcy i trzy tygodnie grzecznie chodzimy po sklepach i nie folgujemy zanadto potrzebie posiadania, a w tym jednym tygodniu rzucamy się na wszystko w niepowstrzymanym ataku zachłanności. Słowem, tańczymy, jak nam zagrają. I tak właśnie kręci się wielka machina.

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Najniższa cena przed promocją 29,90 zł

1.00 zł
Najniższa cena z 30 dni przed obniżką 1.00 zł

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz
0.00 zł
Najniższa cena z 30 dni przed obniżką 29.90 zł

TP Online: Dostęp roczny online

Grafika na okładce: Nikodem Pręgowski dla „TP”

Artykuł pochodzi z numeru Nr 49/2024

W druku ukazał się pod tytułem: Prawo zachłanności