Reklama

Beton i szare komórki

Beton i szare komórki

07.04.2009
Czyta się kilka minut
Janusz Lewandowski: Ruszyliśmy w 1989 r. w poszukiwaniu straconego czasu. Sprostanie kryteriom UE dowodzi, że się udało. Ale są wyjątki - najbardziej rażące to drogi, koleje i szerokopasmowy internet. Z Januszem Lewandowskim rozmawiał Ryszard Holzer
R

Ryszard Holzer: Od kiedy wiedział Pan, że będziemy w Unii?

Janusz Lewandowski: Na początku lat 90., kiedy zaczęły się pierwsze flirty z ówczesną Europejską Wspólnotą Gospodarczą, kojarzyła się ona z klubem krajów bogatych, niemal egzotycznym, który selektywnie dobiera sobie tych nieco uboższych: Hiszpanię, Portugalię, Grecję czy Irlandię.

Uchwalenie przez Radę Europy kryteriów kopenhaskich w czerwcu 1993 r. było drogowskazem dla Europy postkomunistycznej. I zaproszeniem - o ile spełnimy kryteria. Byłem wtedy w rządzie i z przykrością uświadomiłem sobie, że wyczerpał się polityczny mandat reform.

W naszej części Europy reformatorzy przegrywali wybory, choć w sensie ekonomicznym reformy wygrywały, a zmiany były nadal konieczne. Unia Europejskajako cel, dźwignia cywilizacyjna i szansa materialna - uzupełniła ów deficyt politycznej mocy. Wszystko świadczyło o tym, że Polacy chcą ulokować swą przyszłość w Unii, widząc w tym niekoniecznie tylko korzyść własną, ale i bezpieczną lokatę dla swoich dzieci i wnuków. Powszechne przyzwolenie, by zmierzać do tego celu, dodało siły kolejnym rządom, by iść szlakiem koniecznych reform.

Ten mechanizm zadziałał chyba w całej Europie postkomunistycznej...

Napisałem kiedyś artykuł o tym, że w dobie transformacji naturalna jest luka pomiędzy koniecznością ekonomiczną a mandatem politycznym. Bo interesy status quo zawsze są lepiej okopane politycznie, lepiej reprezentowane niż interesy przyszłości, które są zamglone, trudne do wytłumaczenia i niepewne.

To jest odpowiedź na prawdziwy skądinąd zarzut, że rządy pookrągłostołowe wolnorynkowymi reformami złamały mandat, jaki otrzymały od wyborców.

Nie spełniliśmy oczekiwań europejskiej lewicy, że Solidarność, przejmując władzę, odkryje jakąś "trzecią drogę". Obierając kurs na kapitalizm, zawiedliśmy tych, którzy wierzyli w lepszy socjalizm. W tę lukę legitymizacji weszły normy unijne, torujące drogę do członkostwa we Wspólnocie. Droga nie była miła, bo naruszała godność suwerennego kraju. Duża część aktywności parlamentu w Pradze, Budapeszcie czy Warszawie polegała na przekładaniu prawa unijnego na prawo krajowe. Był to legislacyjny plagiat, tyle że racjonalny i usprawiedliwiony.

Coś za coś.

To był warunek przynależności do klubu. To samo przeżyli Hiszpanie, Grecy - wszyscy, którzy przed nami przeskakiwali unijny próg. O tyle było to uciążliwe, że importowaliśmy unijne przeregulowanie. Unia dopiero teraz trzeźwieje, w dużym stopniu dzięki komisarzowi do spraw przemysłu, Günterowi Verheugenowi.

***

Czy to było takie oczywiste, że wejdziemy do Unii?

Nie było to oczywiste, ale upragnione! Żaden kraj w naszym regionie, z wyjątkiem Białorusi, nie chciał pozostać za drzwiami Unii. Oczywiście, wszędzie istniały marginesy, w rodzaju LPR-u i Radia Maryja, którym w negowaniu pomagała uciążliwość procesu akcesji. Było też inne zagrożenie. Otóż Polska bardzo powoli zamykała rozdziały akcesyjne. Długo byliśmy maruderem, co w końcu lat 90. zaczęło irytować unijnych pupili, zwłaszcza Czechów i Węgrów. Wyczuwało się klimat, o którym wstyd dziś przypominać: "a może byśmy tak bez tej Polski...". To niebezpieczeństwo zażegnała Danuta Hübner, narażając się z kolei na zarzut, że w rokowaniach za szybko się poddaje.

Jeśli pewnego dnia wnuki zapytają Pana: "Dziadku, a właściwie dlaczego nas przyjęli do tej Unii", to co im Pan odpowie?

Że z obowiązku moralnego Zachodu wobec Wschodu. To było odkupienie winy Jałty przez liderów, którzy pamiętali jeszcze II wojnę światową, ale wyrośli w czasie zimnej wojny. Myślę o generacji Margaret Thatcher i Helmuta Kohla. Obowiązek otwarcia na Wschód był też pokłosiem 1989 r., czyli Jesieni Ludów. Na Zachodzie obawiano się, że "ruchy tektoniczne" na Wschodzie zdestabilizują ich dostatnie życie. Tymczasem okazało się, że Polacy znaleźli bezkrwawą drogę do wolności. Nie narazili bezpieczeństwa Zachodu. Poszerzył się obszar demokracji. Zadośćuczynieniem mogło być więc tylko ponowne zjednoczenie kontynentu.

Wchodząc do Unii, popełniliśmy jakieś poważne błędy? Na przykład wskutek zbyt dużych ustępstw w kwestii ekologicznej?

Większym błędem byłoby pozostanie poza Unią i spóźnione wejście wraz z Rumunią i Bułgarią. My się nie targowaliśmy przecież o zasady Unii, tylko o wyjątki od zasad, zwane okresami przejściowymi. Zderzyły się dwie filozofie negocjacji. Jedna nakazywała targ do upadłego, by uniknąć nazbyt wysokich kosztów dostosowania. Górę wzięła jednak druga, która zasadzała się na przekonaniu, że nagroda czekająca na mecie, w postaci korzyści z członkostwa, przewyższa uciążliwości okresu dostosowań. W przeliczeniu na pieniądze, oznaczało to miliardowe kwoty z funduszy strukturalnych zamiast milionów na tzw. pomoc przedakcesyjną. Dla kraju, który rozminął się z powojennym Planem Marshalla, ale po 50 latach otrzymał unijną rekompensatę, czas grał ogromną rolę.

To dlaczego zależy nam na dalszym poszerzeniu Unii? Przecież - mówiąc cynicznie - ten sam tort będzie do podziału na większą liczbę łakomczuchów.

Na cyniczne pytanie cyniczna odpowiedź brzmi: dopóki to rozszerzenie nie obejmuje Ukrainy i Turcji, to i tak będziemy głównym beneficjentem. Ale oprócz tego...

...niezręcznie nam być hamulcowym? Lepiej, żeby to robili Niemcy czy Francuzi?

Nam byłoby bardzo niezręcznie, bo byliśmy w przedpokoju, pukaliśmy do drzwi i możemy sobie wyobrazić stan ducha społeczeństw tych krajów. Zwłaszcza że atrakcyjność Unii można opisać językiem Mickiewicza: ile ją trzeba cenić, ten tylko się dowie, kto jej nie ma! Gdy się już przekroczy próg Unii i zadomowi, jak społeczeństwa zachodnie, sprawa się uzwyczajni, wygoda członkostwa jest dana, zastana i przez to mniej ceniona. My potrafimy zrozumieć tych, co czekają i pukają. Ale oprócz tego chcemy być politycznym przewodnikiem wschodnich sąsiadów.

***

Czy kolejny budżet unijny, ten, który przygotuje wybierany za kilka tygodni europarlament, będzie trudniejszy?

Tak. Od czasu decyzji o przyłączeniu Europy Środkowo-Wschodniej jest coraz trudniej, ponieważ radykalnie zmienia się geografia Unii. Odwróciły się proporcje pomiędzy krajami bogatymi (płatnikami) a krajami na dorobku (beneficjentami). Wspólnota europejska powstawała jako klub bogatych, który w pewnym momencie politykę rolną uzupełnił o politykę regionalną, żeby podciągnąć południowe Włochy, potem Hiszpanię, Grecję, Portugalię i Irlandię. Teraz ilościowo w UE dominują biedni.

Hiszpanie, którzy byli dotąd naszymi głównymi sojusznikami, jeśli chodzi o zwiększanie środków pomocowych, przechodzą z pozycji beneficjenta na pozycję płatnika. W związku z tym zmienia się sposób patrzenia na budżet na Zachodzie. Jest to jednak fałszywa perspektywa, gdyż rachunek obecności w Unii nie ogranicza się do przepływów pieniężnych. Zachód korzysta z otwartych rynków eksportowych, możliwości bezpiecznej lokaty kapitału, która podwyższa globalną konkurencyjność tamtejszych korporacji...

Dzisiaj przepaść dzieli 67 mld euro funduszy strukturalnych dla Polski od 35 mld dla Hiszpanii, a wszystkie inne kraje sytuują się poniżej 30 mld euro. Tylko nadzwyczajne nieudacznictwo może pozbawić nas tej szansy!

Słyszałem mnóstwo opowieści o tym, jak bez sensu wydaje się unijne pieniądze.

Mamy już wiele niebieskich tablic z unijnymi gwiazdkami, które informują, że coś tam zostało zbudowane dzięki unijnemu dofinansowaniu. Do 2013 r. od tych tablic jeszcze się zaroi. O tym, jak wydawać fundusze, powinna decydować mądrość lokalna i krajowa, a w mniejszym stopniu wskazania Brukseli. Ta mądrość niekiedy zawodzi, bo podpowiada np. oddzielne inwestowanie w gminne oczyszczalnie ścieków, zamiast zespolić wysiłki. Pomimo tego, moja misja w Brukseli polega m.in. na tym, by nam się tamtejsi urzędnicy jak najmniej wtrącali w polski użytek z eurofunduszy. A chcieliby!

Niestety, dużo pieniędzy "idzie w gwizdek" - na mało praktyczne szkolenia czy bezużyteczne konferencje. Teoretycznie jest to inwestowanie w szare komórki, bardziej przystające do XXI wieku niż inwestowanie "w beton", jak nazywa budowę autostrad Jerzy Buzek. Niestety, szalenie brakuje nam jednak tego "betonu"! Dopóki nie podciągniemy naszej infrastruktury transportowej do europejskich standardów, potrzebne są maksymalne nakłady w tej dziedzinie.

***

Beton jest ważniejszy?

Ruszyliśmy w 1989 r. - mówiąc językiem Prousta - w poszukiwaniu straconego czasu. Sprostanie kryteriom UE dowodzi, że się udało. Ale są wyjątki - najbardziej rażące to drogi, koleje i szerokopasmowy internet. Tu nam Europa uciekła i ucieka nadal. Warto o tym mówić choćby w obliczu tego wielkiego przedsięwzięcia cywilizacyjnego, a nie tylko sportowego, jakim jest organizacja Euro 2012. Wtedy Polska powinna być krajem przyjaznym komunikacyjnie dla setek tysięcy ludzi.

Dzisiejszy standard europejski to bezkolizyjne drogi i szybka kolej, która wyręcza samolot w zasięgu do 500 kilometrów. Wsiadając do takiego pociągu w środku Brukseli ląduję w środku Paryża w godzinę i 27 minut. Jak się spóźni o parę minut, to przepraszają! Dlatego trudno się pogodzić z pięciogodzinną podróżą z Gdańska do Warszawy, na porównywalnej trasie. Chyba tylko Intercity do Krakowa zbliża się do europejskich standardów, o ile nie staje na stacji Włoszczowa. Bijemy rekordy w liczbie tragicznych wypadków na polskich drogach. To jest nasz garb cywilizacyjny.

Chciałbym zrozumieć, co się dzieje z tą nieszczęsną infrastrukturą...

Wszędzie, gdzie trzeba przełamywać zastane układy i zmieniać rzeczywistość, decyduje odwaga podpisu. Trzeba wziąć odpowiedzialność i czekać na konsekwencje. Nie oczekując oklasków, bo u nas rozlicza się decydentów, a toleruje zaniechanie, co zachęca do bezczynności i zniechęca do ryzyka. Nie byłoby polskiego przełomu bez determinacji Balcerowicza i lojalności jego zespołu. Szli codziennie do pracy, a nie po to, by przekładać papierki. Podobnie było z rozruchem prywatyzacji - średnia wieku około 30 lat, średni porządek w papierach, poczucie misji od Pana Boga, ale żelazna wola poruszania się do przodu. Dziś te same urzędy obsiadła kasta urzędników, a karierę robi tak zwana dupokrytka - brzydkie słowo, ale oddające urzędową mentalność: pismo uzasadniające, dlaczego czegoś nie można zrobić. Ono jest paralizatorem administracji, bo jeżeli taki Grabarczyk - który jako minister infrastruktury z pewnością podobnych pism dostaje wiele - podejmie decyzję, to natychmiast tym tropem idzie NIK i rozmnożone służby specjalne. Szczególnie instynkt śledczy pobudza partnerstwo publiczno-prywatne, bardzo przydatne w budowie infrastruktury, ale u nas traktowane jako zwiastun korupcji.

Ciągle jesteśmy w pościgu cywilizacyjnym. Trzeba wykorzystać unijne zasilanie, które może załatać lukę braku kredytów komercyjnych i uruchomić mnożnik inwestycyjny. Paradoksalnie, słabsza waluta wymnaża złotówki z każdego euro, a kryzys obniża koszty inwestycji. Dlatego fundusze unijne powinny być skutecznymi pakietami antykryzysowymi. Wykorzystanie tej cywilizacyjnej szansy wymaga przełamania inercji, która jest owocem owej pedagogiki karanego czynu i bezkarnego zaniechania. Polityk w roli ministra musi tak dobrać sobie ludzi, by nie rzucali mu kłód pod nogi. Wtedy wykorzystamy szansę, jaką stwarza Unia.

Nikt nam tych pieniędzy nie odbierze? Niemcy nie powiedzą, że mają problemy i składki wstrzymują?

Nie mogą i nie chcą. Będzie jednak bój o to, co po 2013 r. Siedmioletnia perspektywa finansowa narodziła się wraz z polityką regionalną, która wymaga przewidywalności i planowania w długim terminie. Dominujące stanowisko w Parlamencie Europejskim jest takie, żeby dopasować ten czasokres do pięciu lat mandatu parlamentarnego. Dla Polski i dla krajów, które czerpią korzyści z polityki regionalnej, jest to niewygodne, bo skraca okres pewności finansowej. Po 2-3 latach znowu trzeba siąść do stołu. Zaś klimat budżetowy się zagęszcza z uwagi na wspomniane proporcje między płatnikami i beneficjentami. Coraz trudniej jest liderom Zachodu wytłumaczyć daniny finansowe dla Wschodu, który rzekomo zabiera miejsca pracy zamożnym i przez to droższym krajom. Zależy nam na podtrzymaniu dotychczasowych zasad.

Lepiej nie ruszać tego, co jest?

Tak, bo służą nam reguły, które umożliwiły historyczny awans Hiszpanii czy Portugalii. Gdyby te reguły się nie zmieniły, a nie będzie jeszcze w UE ani Ukrainy, ani Turcji, to Polska miałaby do 2020 r. kolejne 90 mld euro. Takie dwie siedmiolatki pozwoliłyby wybudować Polskę i nadrobić wszelkie zaległości komunikacyjne, edukacyjne czy ekologiczne. Śmiało moglibyśmy wejść do klubu płatników netto, bo to jest perwersyjna miara sukcesu w Unii - przemiana z beneficjenta funduszy w sponsora słabszych.

***

Czy w dobie kryzysu nie zaczną odradzać się bariery protekcjonistyczne na Zachodzie?

Kryzys zawsze wzmaga egoizm narodowy. Nie tylko ekonomia cierpi, bo widać, jak kłopoty gospodarcze psują politykę, choćby w państwach bałtyckich czy na Węgrzech. Wraz z zapaścią niedawnych gospodarczych tygrysów i destabilizacją polityczną, pojawiła się w zachodnich mediach nuta zniecierpliwienia: "a może błąd zrobiliśmy, żeśmy ich przyjęli?". Na szczęście szybko dostrzegli, że stanowimy naczynia połączone. We własnym interesie muszą asekurować nowych kuzynów ze wschodu. Mnie cieszy, że przestali wrzucać Polskę do wspólnego worka z krajami, które są w nieporównanie gorszym położeniu.

Nie wyobrażam sobie scenariusza dezintegracji Unii, ale jej liderzy muszą odpowiedzieć na lęki, jakie dopadły mieszkańców Dublina, Aten, Budapesztu czy Rygi. Uzgodniona akcja rządowych gwarancji dla oszczędności bankowych pokazuje, że jest to możliwe. Następnym krokiem jest unijny fundusz pomocowy dla Wschodu, wzmocnienie Międzynarodowego Funduszu Walutowego oraz uzgodnienie listy inwestycji, które będą finansowane ze wspólnej kasy. Polska jest na tej liście.

Czy instynktowną odpowiedzią na te lęki mieszkańców Dublina czy Aten jest protekcjonistyczna odpowiedź Sarkozy’ego?

Jest, niestety. Unia jest wnioskiem z historii, z wojen, z pamięci o ideologii nienawiści, a do takiego sprawdzianu nie była przygotowana. Nie ma czegoś takiego jak elektorat europejski. Jest elektorat francuski i odpowiedzialność Sarkozy’ego. Jest elektorat polski i odpowiedzialność Tuska. Nasz rząd będzie rozliczany z tego, czy w kryzysie robi coś dla Polaków, a Sarkozy z tego, co zrobi dla Francuzów. Ale w Paryżu i Warszawie wiedzą, że nikt nie poradzi sobie z dzisiejszymi zagrożeniami w pojedynkę - a może nawet zaszkodzić, jeśli zastosuje lekarstwo, które zatruje sąsiada. To wniosek z kryzysu lat 30.

Ostatni szczyt unijny był zaprzeczeniem egoizmu.

Dano sobie ważny znak nadziei: nie będziemy uciekali w protekcjonizm. Ale sprawdzian trwa. Rośnie ciśnienie, rozmaite branże chcą się schronić pod opiekuńcze skrzydła państwa. Unia zawsze się rozwijała poprzez kryzysy, które zmuszały do szukania nowych rozwiązań. Musiała wreszcie spaść na ziemię z obłoków zwanych oryginalnie konstytucją, a potem traktatem lizbońskim i powściągnąć nieco ambicje, by dyktować całemu światu zadania klimatyczne. Nowy traktat - który jest potrzebny, ale nie jest warunkiem istnienia Unii - zrodził po drodze mnóstwo kłopotów. Skłaniał do blokowania spraw ekonomicznych, których wiele odłożono, żeby nie drażnić Francuzów czy Holendrów, a oni i tak zagłosowali przeciw!

Teraz przyszedł autentyczny sprawdzian, jakiego dawno nie było. Bo rozszerzenie Unii, wbrew obawom, przeszło bezboleśnie. Ostatnia dekada była okresem zaufania, rozwoju, obrastania w piórka oraz rosnących globalnych ambicji. I nagle pojawiły się aż trzy wyzwania. Pierwsze to czołgi rosyjskie w Gruzji, co ujawniło groźniejszą twarz Rosji, zauważalną nawet dla zachodnich wielbicieli Putina. Drugie to była wojna gazowa, która sprawiła, że w kuchenkach obywateli krajów członkowskich zabrakło gazu. A trzecie to światowy kryzys. Pojawiły się wyzwania tak realne i namacalne dla ludzi, że stają się sprawdzianem użyteczności Unii w oczach mieszkańców naszego kontynentu. Tym samym są próbą jakości europejskich elit.

Janusz Lewandowski jest europosłem PO, wiceprzewodniczącym komisji budżetowej Parlamentu Europejskiego. Były minister przekształceń własnościowych w rządzie Jana Krzysztofa Bieleckiego.

Ten materiał jest bezpłatny, bo Fundacja Tygodnika Powszechnego troszczy się o promowanie czytelnictwa i niezależnych mediów. Wspierając ją, pomagasz zapewnić "Tygodnikowi" suwerenność, warunek rzetelnego i niezależnego dziennikarstwa. Przekaż swój datek:

Dodaj komentarz

Usługodawca nie ponosi odpowiedzialności za treści zamieszczane przez Użytkowników w ramach komentarzy do Materiałów udostępnianych przez Usługodawcę.

Zapoznaj się z Regułami forum

Jeśli widzisz komentarz naruszający prawo lub dobre obyczaje, zgłoś go klikając w link "Zgłoś naruszenie" pod komentarzem.

Zaloguj się albo zarejestruj aby dodać komentarz

© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]