Bałam się drzew nade mną. Historia ucieczki z Kamerunu

Jej męża zamordowano, gdy była w szóstym miesiącu ciąży. Na granicy przeżyła gehennę, ale i tak jest wdzięczna - spotkała w Polsce wspaniałych ludzi i mogła wreszcie pożegnać strach.

27.08.2023

Czyta się kilka minut

Tatcher i jej syn Godwin na krakowskich plantach. Kraków, 27 lipca 2023 r. / JACEK TARAN
Tatcher i jej syn Godwin na krakowskich plantach. Kraków, 27 lipca 2023 r. / JACEK TARAN

Tatcher ma 21 lat. To, co miała najcenniejsze, zostawiła w Kamerunie. – Całe swoje życie – mówi.

Całe życie Tatcher to trzyletnia córka Lukrecja i jej nieżyjący już brat bliźniak. Drugi syn, Godwin, urodził się w Polsce. Innych dobrych wspomnień nie ma.

– Wychowywałam się w sierocińcu, wyszłam za mąż, gdy miałam 17 lat – gdy mówi, zasłania twarz dłońmi. Może płacze, a może to tylko wahanie i namysł, bo kiedy zabiera dłoń, uśmiecha się pogodnie do mnie i do małego Godwina. – Mój mąż był żołnierzem, to nas zgubiło – dodaje.

Przy granicy

W Kamerunie od lat trwa wojna między anglojęzycznymi secesjonistami a francuskojęzycznym rządem. Jej korzenie sięgają 1961 r., kiedy anglojęzyczny Kamerun Południowy zjednoczono z obszarami francuskimi.

W walkach straciły życie setki tysięcy ludzi, ponad milion zmuszono do ucieczki. W 2016 r. dziesiątki tysięcy osób z regionów anglojęzycznych rozpoczęło protesty m.in. przeciwko używaniu języka francuskiego w szkołach i sądach. Spotkało się to ze zbrojną reakcją rządu. Lokalny konflikt stał się idealnym podłożem dla działalności ekstremistów – włączyła się organizacja Boko Haram, której żołnierze bez trudu docierają tu z sąsiedniej Nigerii.

Tatcher jest chrześcijanką. Pochodzi z okolic miasta Bamenda, niecałe sto kilometrów od granicy. Tu żyje się najtrudniej. Starcia sił secesyjnych z rządowymi, porwania, gwałty – to codzienność.

– Mój mąż został zabity przez secesjonistów. Zostałam sama, w ciąży. Rodzina męża odwróciła się ode mnie. Po jego śmierci nie byłam im już potrzebna, chcieli też zabrać mi dzieci. Do tego terroryści żądali ode mnie okupu. Za co miałam im płacić, skoro mąż już nie żył? Nie mogłam dłużej żyć w takiej atmosferze, w takim miejscu. Jeszcze przed śmiercią mąż prosił, żebym uciekała z kraju, kiedy to tylko będzie możliwe. W naszej okolicy nie ma nikogo, kto spędziłby tu całe życie.

Miały być Niemcy

W czerwcu 2022 r. Tatcher podejmuje dramatyczną decyzję: zostawia Lukrecję pod opieką przyjaciółki. Poznały się w sierocińcu, w którym obie spędziły dzieciństwo, są dla siebie jak siostry. Sama w szóstym miesiącu ciąży wyjeżdża do Europy z myślą, by potem sprowadzić tam córkę.

W agencji turystycznej kupuje bilet na samolot do Mińska z przesiadką w Istambule. Wydaje na to oszczędności swojego nieżyjącego męża – około tysiąc pięćset euro. Dociera do Mińska. Tam ktoś, o kim Tatcher mówi „przyjaciel”, kontaktuje ją z cywilem obiecującym jej przerzut przez granicę. O Polsce jeszcze nic nie wie. Jest przekonana, że Europa to Niemcy i że to będzie jej punkt docelowy.

– W Mińsku powiedzieli nam, że zawożą nas na granicę Europy i jak tylko ją przejdziemy, będą Niemcy. Zostawili nas jednak w lesie. Nie miałam już wtedy wyjścia. Co mogłam zrobić tysiące kilometrów od domu? Powiedział: „Idź, tam jest granica”. Szłam. W ciemności i deszczu. Bałam się – mówi.

Tatcher długo szła z grupą ludzi z krajów muzułmańskich. Aż znaleźli się przy barierkach, które udało się im przekroczyć.

– Niedługo po tym zatrzymała nas polska straż graniczna – opowiada dalej. – Myślałam, że nam pomogą, a oni zabrali nam telefony, ładowarki, dokumenty i wszystko zniszczyli. Potem wywieźli nas z powrotem na Białoruś. Tam białoruscy żołnierze zagrodzili nam drogę, kazali wracać do Polski. Utknęliśmy.

Tatcher ponownie próbuje przekroczyć w lesie granicę. Znów kończy się tak samo: zatrzymanie przez straż graniczną, wypchnięcie na Białoruś, a tam kordon żołnierzy Łukaszenki.

Nikt nie chce z nimi rozmawiać, nikt nie chce przyjąć wniosków azylowych – co, jak dowie się później, jest obowiązkiem funkcjonariuszy.

Jak w celi

Podczas trzeciej próby przekroczenia granicy grupa stwierdza, że ciężarna Tatcher za bardzo ją spowalnia. Zostaje w lesie sama. Nie pamięta dziś, ile się po nim błąkała – może tydzień, może dwa.

– Pamiętam, że było ciągle zimno, chociaż to podobno było lato. Nie miałam już jedzenia ani picia. Raz znalazłam w lesie ludzkie zwłoki, wygrzebane z płytkiego grobu przez zwierzęta. Już wcześniej ludzie, z którymi szłam, mówili mi, że słyszeli o takich przypadkach, ale co innego zobaczyć to na własne oczy. Byłam bardzo słaba, bałam się, że niebawem spotka mnie ten sam los.

Po kilku dniach wędrówki Tatcher dociera do jakiegoś domu, za ogrodzeniem widzi ujadającego psa. Wie, że ktoś jest wewnątrz, ale na jej wołania nikt nie odpowiada. W końcu dostrzega przez zarośla światła kogutów radiowozu. Polscy policjanci przewożą ją najpierw do szpitala, a potem do zamkniętego ośrodka w Białymstoku. Tu składa wniosek o azyl.

Po radości przychodzi rozczarowanie. W ośrodku Tatcher nie wolno korzystać z telefonu, z nikim się kontaktować, wychodzić na zewnątrz.

– Byliśmy traktowani jak przestępcy. W małym pokoju stały piętrowe łóżka dla czterech osób. Było bardzo ciasno i tylko jedno małe okienko, które się nie otwierało, a za nim tylko mur i drut kolczasty. Wszystkie byłyśmy w ciąży – mówi Tatcher. – Nie rozumiałam, dlaczego nas zamknięto. Przecież nie zrobiłyśmy nic złego. Co jest złego w tym, że chcesz dobrego życia dla siebie i rodziny? W tym ośrodku było też dużo dzieci. One również ciągle pytały o to, dlaczego są w więzieniu.

Tatcher nie traci jednak nadziei i nie żałuje decyzji podjętej w Kamerunie: – Wierzyłam, że to tylko na chwilę, że to stan przejściowy. Co mogło gorszego mnie spotkać?

Tam została Lukrecja

We wrześniu 2022 r. Tatcher zostaje przeniesiona do otwartego ośrodka w Białej Podlaskiej. – Tam czułam się dużo lepiej, wreszcie nabrałam wiary, że sprawy idą w dobrą stronę. W Białej Podlaskiej mogliśmy wychodzić na miasto, nikt nas nie zamykał – opowiada.

Tu rodzi się Godwin. Matka zdrabnia jego imię po polsku: Godwinek.

Po urodzeniu syna Tatcher trafia do Warszawy. Ktoś daje jej kontakt do Fundacji Wolno Nam z Krakowa. Przyjeżdża, jest początek listopada 2022 r. Prowadzony przez fundację hostel Challenging Hope jest pierwszym miejscem, w którym czuje się bezpiecznie. Dotarcie do niego z przygranicznych lasów zajęło jej blisko trzy miesiące.

– Nie chcę wyjeżdżać z Polski. Widziałam straszne rzeczy, ale wszystko, co najlepsze, spotkało mnie tutaj. Tu urodził się mój syn. Bałam się lasu, dużych drzew kołyszących się nade mną, bagien. Bałam się, że moje ciało też zostanie w lesie, że rozszarpią je zwierzęta. Ale przez cały ten czas nie bałam się tak bardzo jak wtedy, gdy żyłam w Kamerunie. Strach to najmocniejsze wspomnienie, jakie stamtąd przywiozłam.

– A inne wspomnienia? – pytam.

– Kiedy byłam małą dziewczynką, taką jak teraz moja córka Lukrecja, marzyłam, żeby zostać lekarzem, chirurgiem. Życie jednak potoczyło się inaczej. Miałam trzy lata, kiedy trafiłam do sierocińca, moja rodzina uległa rozproszeniu. Dobrze się uczyłam, zdałam maturę, wyszłam za mąż, myślałam, że już będzie lepiej, ale śmierć męża przerwała wszystko. Nie poddałam się i teraz też się nie poddam. Mam cel. Sprowadzić Lukrecję do Polski.

Uda się

Agnieszka Widacka, wolontariuszka, która pomaga Tatcher okiełznać biurokrację i załatwić formalności, pokłada w swojej podopiecznej ogromne nadzieje. – Wierzę, że jej się uda – mówi. – Jest przedsiębiorcza, mówi biegle w dwóch językach zachodnich, po francusku i angielsku. Jest teraz w procesie rekrutacyjnym do jednej z zachodnich korporacji, która ma biuro w Krakowie.

Tatcher ma już przyznaną ochronę uzupełniającą. To rodzaj pomocy udzielanej w przypadkach, gdy powrót do ojczystego kraju mógłby się wiązać z zagrożeniem życia lub zdrowia. Ma też przyznaną kartę pobytu, która daje prawo podjęcia legalnej pracy. Na jej wydanie wciąż jednak czeka.

Procedura sprowadzenia Lukrecji do Polski jest długotrwała i kosztowna. – Potrzebujemy pieniędzy na opłacenie prawników, opłaty za pełnomocnictwo, notariusza, tłumaczenia przysięgłe – mówi Agnieszka Widacka. – Założyłam zbiórkę na rzecz Tatcher. Najtrudniej będzie z wizą dla dziewczynki. Najbliższa ambasada Polski znajduje się w Abudży w Nigerii, to ponad tysiąc kilometrów od jej obecnego miejsca zamieszkania. A jeszcze paszport! Potem trzeba opłacić przelot do Polski dla niej i dla opiekuna. To potrwa, ale wierzę, że się uda, że dziewczyny będą razem.

Tatcher uczy się języka. Wprawdzie polskie liczebniki wymawia z wyraźnym akcentem ukraińskim – Ukrainki są najliczniejszą grupą zamieszkującą hostel – ale nie można jej odmówić determinacji.

Na swoje utrzymanie chce zarabiać – szyje afrykańskie stroje, plecie warkoczyki. Przyjaciółka z Kamerunu przysyła jej afrykańską biżuterię, sandały, piękne, kolorowe chusty. Z tego, co uda się zarobić na sprzedaży, odkłada na sprowadzenie córki.

– Uciekłam z kraju, w którym ciągle się bałam, przeszłam przez las, w którym widziałam ludzkie zwłoki. Miałabym nie poradzić sobie z biurokracją czy brakiem pieniędzy? – pyta retorycznie Tatcher, nie przestając karmić piersią Godwinka. – Pewnie, że sobie poradzę. Jestem silna.©℗

Dziękujemy, że nas czytasz!

Wykupienie dostępu pozwoli Ci czytać artykuły wysokiej jakości i wspierać niezależne dziennikarstwo w wymagających dla wydawców czasach. Rośnij z nami! Pełna oferta →

Dostęp 10/10

  • 10 dni dostępu - poznaj nas
  • Natychmiastowy dostęp
  • Ogromne archiwum
  • Zapamiętaj i czytaj później
  • Wybrane teksty dostępne przed wydaniem w kiosku
  • Także w formatach PDF, EPUB i MOBI
10,00 zł

Dostęp kwartalny

Kwartalny dostęp do TygodnikPowszechny.pl
  • Natychmiastowy dostęp
  • 92 dni dostępu = aż 13 numerów Tygodnika
  • Ogromne archiwum
  • Zapamiętaj i czytaj później
  • Wybrane teksty dostępne przed wydaniem w kiosku
  • Także w formatach PDF, EPUB i MOBI
79,90 zł
© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]
Fotoreporter i dziennikarz, fotoedytor „Tygodnika Powszechnego”. Absolwent filologii polskiej na Uniwersytecie Jagiellońskim. Jego prace publikowane były m.in w „Gazecie Wyborczej”, „Vogue Polska”, „Los Angeles Times”, „Reporter ohne Grenzen”, „Stuttgarter… więcej

Artykuł pochodzi z numeru Nr 36/2023

W druku ukazał się pod tytułem: Bałam się drzew nade mną