Reklama

Antylopy i Lud Tęczy

Antylopy i Lud Tęczy

w cyklu Strona świata
05.11.2019
Czyta się kilka minut
Drużyna Południowej Afryki znów wygrała Puchar Świata w rugby, dyscyplinie sportu, która jak żadna inna w tym kraju nabrała politycznego znaczenia, a mecze niezmiennie prowadzą do rozliczeń z przeszłością.
Rugbyści Południowej Afryki z Pucharem Świata (trofeum w rękach kapitana drużyny, Siyi Kolisiego), Jokohama, 2 listopada 2019 r. / Fot. Yomiuri Shimbun / Associated Press / East News
W

W finałowym meczu rozgrywanego w Japonii turnieju rugbyści z Południowej Afryki nie dali szans Anglikom. Gracze z Albionu w półfinale (okrzykniętym później najlepszym w całej historii rugby) pokonali drużynę Nowej Zelandii, broniącej tytułu najlepszej na świecie. Ale w finale ich polot i szybkość nie wystarczyły, by zrównoważyć siłę i wytrwałość „springboków” (niewielka antylopa od lat pozostaje herbem południowoafrykańskiej drużyny). Wygrywając w Japonii, Południowa Afryka zdobyła Puchar Świata po raz trzeci. Taką liczbą zwycięstw może pochwalić się tylko Nowa Zelandia, jedyna drużyna, którą w Południowej Afryce uważają za równie dobrą.

Po finałowym zwycięstwie w Johannesburgu, Pretorii, Durbanie, Port Elizabeth i Kapsztadzie zapanowała euforia. Pod ogromnymi ekranami ustawionymi na placach, ulicach, stadionach i w barach tysiące ludzi, białych i czarnoskórych, trąbiąc na vuvuzelach i wznosząc toasty kuflami piwa, świętowało triumf „springboków”.

„Przyszedł czas, że znów możemy w siebie uwierzyć i być z siebie dumni – cieszył się dobiegający dziewięćdziesiątki arcybiskup Desmond Tutu, weteran walki z apartheidem i laureat Pokojowej Nagrody Nobla z 1984 roku. – W takich dniach jak ten wiemy, że nie ma dla nas rzeczy niemożliwych i że możemy spełnić wszystkie nasze marzenia, jeśli tylko znów w siebie uwierzymy. Nasz ojciec, Nelson Mandela uśmiecha się dziś do nas z nieba”.

„Wspólnie możemy osiągnąć wszystko – powiedział po meczu kapitan „springboków” Siya Kolisi, pierwszy czarnoskóry gracz, który dostąpił tej godności. – Wiemy, co rugby znaczy w naszym kraju. I co znaczyło też”.

Biała gra

W podzielonej na rasy i narody Południowej Afryce rugby zawsze było sportem Afrykanerów, Burów, spadkobierców białych osadników, którzy od XVII wieku przybywali z Europy na Przylądek Dobrej Nadziei. Potomkowie Brytyjczyków, którzy ściągnęli na południe Afryki po Burach, a także przybysze z Indii grali w krykieta, czarnoskórzy Afrykanie – w piłkę nożną. Afrykanerzy-Burowie, lud pionierów i zdobywców, do dziś upierają się, że tamte dyscypliny nie oddają jednak tak dobrze ich charakteru i osobowości, a także talentów i umiejętności, jakie cenili sobie najbardziej – siły, szybkości, zwinności, przebojowości, odporności na trudy i ból, niezłomnej wiary w ostateczne zwycięstwo. A przede wszystkim więzi ze wspólnotą i zgodnym z nią współdziałaniu, bez czego niemożliwa była nie tylko wygrana, ale i przetrwanie.

W czasach apartheidu, państwowego ustroju rozdzielającego ludzi według koloru skóry, biali grali wyłącznie ze sobą. Czarnoskórzy i mulaci, tzw. Koloredzi, mieli własne drużyny i ligi, oddzielne boiska i szatnie. W meczach reprezentacji występowali tylko biali. Niezwykle rzadko zdarzało się, że do zespołu, w drodze absolutnego wyjątku, zapraszano Koloreda lub czarnoskórego, jeśli swoimi umiejętnościami przewyższał białych. Równie rzadko zaproszenia takie były przyjmowane, bo czarnoskóry zawodnik, który godził się zostać „springbokiem”, uchodził wśród swoich za zdrajcę i kolaboranta, a biali po zakończonym meczu nie przestawali uważać go za „kafra”, tanią siłę roboczą, której nie należy się prawo głosu.

Nic dziwnego, że czarnoskórym rugby kojarzyło się z prześladowaniami i upokorzeniami. Podobnie jak śpiewany przed meczami afrykanerski hymn państwowy, zielono-złote barwy koszulek, a nawet wizerunek antylopy, wybranej na herb drużyny. Jeśli czarnoskórzy przychodzili na mecze „springboków”, to tylko po to, by zagrzewać do walki ich przeciwników.

Afrykanerzy-Burowie zawsze uważani byli za jednych z najlepszych i najtwardszych graczy na całym świecie, a wyższość nad innymi drużynami utwierdzała ich w przekonaniu o własnej wyjątkowości. Tym boleśniejszym ciosem stał się dla nich ostracyzm, jakim świat postanowił ukarać ich kraj za dyskryminację rasową.

Ogłoszony pod koniec lat 60. bojkot Południowej Afryki oznaczał, że nikt nie przyjeżdżał grać na jej stadionach, nikt nie zapraszał południowoafrykańskich rugbistów do siebie. Wszystkie próby przełamania sankcji i organizowania międzynarodowych meczów kończyły się skandalami (apartheidowskie władze nie zgadzały się, by w składach zapraszanych drużyn Nowej Zelandii czy Anglii znajdowali się czarnoskórzy gracze) lub burzliwymi demonstracjami na ulicach Londynu czy Sydney. Wykluczeni południowoafrykańscy rugbiści nie mieli komu ani jak udowadniać swojej przewagi i powoli sami zaczynali w swoją potęgę powątpiewać.

Igrając z wrogiem

Banicja trwała ponad ćwierć wieku. Została zniesiona na początku lat 90., gdy apartheid w Południowej Afryce, podobnie jak komunizm w Europie Wschodniej, okazał się zbyt kosztowny i niemożliwy do utrzymania. Przeprowadzono pierwsze wolne wybory, w których głos czarnoskórych liczył się tak samo jak białych, a Nelson Mandela, uwolniony z więzienia (odsiadywał dożywocie za walkę z apartheidem) został pierwszym czarnoskórym prezydentem kraju.


Czytaj także: Olbrzym - Wojciech Jagielski o Nelsonie Mandeli


Świat odwołał bojkot Południowej Afryki, a symbolicznym powrotem na sportowe areny miał być turniej o Puchar Świata w rugby. Mandela postanowił wykorzystać zawody, by zjednać sobie ostatecznie białych, wciąż nieufnych wobec niego, jego ministrów i wszystkich czarnoskórych.

Zmusił więc swoich towarzyszy i rodaków, by zamiast życzyć „springbokom” wszystkiego, co najgorsze, wspierali ich. Tłumaczył, że zwycięstwo rugbistów będzie zwycięstwem całej Południowej Afryki. Mówił, że w nowej ojczyźnie jest miejsce także dla białych, dla Afrykanerów-Burów. Mówił, że są białym plemieniem Afryki. Razem z Desmondem Tutu opowiadał o Ludziach Tęczy, wielorasowej, wieloetnicznej, różnorodnej wspólnocie, której części, jak barwy tęczy, są ze sobą zespolone.

Niesiona dopingiem kibiców drużyna Południowej Afryki doszła do finału, w którym o miano najlepszej na świecie zmierzyła się z niepokonaną Nową Zelandią. Gracze „springboków” wygrali i po raz pierwszy zostali mistrzami świata. Wiwatujący na trybunach biali kibice zamarli widząc, jak Mandela, ubrany z zielono-złotą koszulkę z antylopą na piersi wręcza kapitanowi „springboków” Francois Pienaarowi Puchar Świata. Na trybunach zrobiło się cicho, ale zaraz wybuchła niesamowita wrzawa i cały stadion skandował imię Mandeli.

Brytyjski dziennikarz John Carlin napisał o tym książkę „Invictus – Igrając z wrogiem”, a Clint Eastwood nakręcił na jej podstawie film, któremu nadał tytuł „Niepokonany”.

Śmierć utopii

Zdobycie Pucharu Świata i krótka, bo zaledwie pięcioletnia prezydentura Mandeli przeszły do historii jako czas nadziei i niespełnionych snów.

W ostatnim roku zeszłego stulecia Mandelę zastąpił Thabo Mbeki, człowiek kostyczny, pozbawiony charyzmy, raczej zarządca niż przywódca. Za jego rządów, w 2007 roku, rugbiści z Południowej Afryki zdobyli Puchar Świata po raz drugi, ale nie towarzyszyła temu już taka euforia. 

W dwunastym roku po upadku apartheidu wiadomo już było, że cud się nie zdarzył, a Lud Tęczy Mandeli i Tutu nie powstał. Na zmianie ustroju skorzystali głównie dawni rewolucjoniści, którzy jako dygnitarze rządzącej teraz partii uwłaszczali się na państwowych posadach, przeprowadzali się do bogatych, niegdyś białych dzielnic, przejmując styl życia i maniery ich dotychczasowych mieszkańców. Mbeki tłumaczył, że tak trzeba: że im liczniejsza i zamożniejsza będzie czarnoskóra klasa średnia, tym bogatszy i spokojniejszy będzie też cały kraj.

Nie narzekali również specjalnie biali (uskarżali się głównie na prowadzoną przez władze akcję afirmatywną, ułatwiającą awanse czarnoskórym, niekompetencję nowych urzędników, korupcję, przestępczość), beneficjenci porządków rasowej dyskryminacji, z których apartheid (wprowadzony w 1948 roku) był tylko ostatnią odsłoną. Stracili władzę polityczną, ale zachowali własność, a trwające dziesięciolecia uprzywilejowanie nadal zapewniało im dostatek. Niezadowolona była za to biedota z Soweto, Mamelodi czy Crossroads, której coraz trudniej było zdobyć się na cierpliwość i wyrozumiałość, o co apelował najpierw Mandela, a potem Mbeki. Wolność, owszem, dobra rzecz – narzekali – ale do garnka się jej nie włoży.

W drużynie „springboków”, która w 1995 roku zdobyła Puchar Świata, grał tylko jeden niebiały zawodnik, Chester Williams. W drużynie z 2007 roku było dwóch. Zmarły we wrześniu Williams w wydanych wspomnieniach narzekał, że po wygranej w Pucharze Świata nadal spotykał się z rasistowskimi gestami i uwagami ze strony kolegów z boiska. Na meczach rugby, na które chodziłem zwykle na stadion Loftus w Pretorii, biali kibice wywieszali stare sztandary apartheidowskiego państwa, a nawet dawnych burskich republik, śpiewali stary hymn, „Die Stem”, a podczas nowego, „Nkosi Sikelele Afrika”, gwizdali.

W odpowiedzi ministrowie z nowego rządu domagali się, by w drużynie „springboków” liczba czarnoskórych graczy odpowiadała udziałowi czarnoskórych w blisko 60-milionowej ludności kraju, czyli mniej więcej trzy czwarte. 


Posłuchaj: Republika zawiedzionych nadziei - Wojciech Jagielski w podkaście "Tygodnika Powszechnego"


W 2008 roku w wyniku pałacowego przewrotu prezydenta Mbekiego obalił jego partyjny towarzysz, jowialny i lubiany, ale pazerny na pieniądze i niedbający o kulturę kancelaryjną Jacob Zuma. Za jego rządów, ale nie tylko z jego winy, sprawy, które i tak nie szły w południowoafrykańskim państwie najlepiej, zaczęły się paskudnie psuć. Rozpleniła się korupcja, kumoterstwo, na ignorancję i arogancję urzędników, bezrobocie, bandytyzm i beznadzieję narzekali już nie tylko biali, ale i czarnoskórzy. Z każdym rokiem powiększała się przepaść między ludźmi zamożnymi a biednymi. Do tego doszła najgorsza i najdłuższa od lat susza i zapaść energetyki, skutkująca irytującymi przerwami w dostawach prądu.

Kiepsko radziła sobie także drużyna „springboków”. Czarnoskórzy oskarżali rugbistów, że tęsknią za apartheidem, biali uskarżali się na nadmiar kolorowych graczy w drużynie i twierdzili, że powoływani są nie z powodu umiejętności, lecz koloru skóry. Jeszcze dwa lata temu ponosili porażkę za porażką. Jeszcze w zeszłym roku na 14 meczów przegrali siedem. Nowa Zelandia wygrała z nimi 57:0!

Nowy kapitan

Sprawy w południowoafrykańskim państwie szły tak fatalnie, że rządzący Afrykański Kongres Narodowy, partia Mandeli, uznał, że jeśli nie pozbędzie się Zumy, może nie wygrać kolejnych wyborów. Doszło do kolejnego pałacowego przewrotu i nowym prezydentem został Cyril Ramaphosa.

Wiele zmieniło się też w drużynie „springboków”. Z intronizacją Ramaphosy zbiegła się nominacja Rassiego Erasmusa na nowego trenera reprezentacji rugbistów. Sto dni później nowym, pierwszym czarnoskórym kapitanem drużyny, został 28-letni Siya Kolisi, który po triumfie w Jokohamie został okrzyknięty nowym bohaterem Południowej Afryki i symbolem pokolenia, które w dorosłość weszło już po epoce apartheidu.

Kolisi urodził się w biednym, czarnym osiedlu Zwide pod Port Elizabeth. Ojciec, nastolatek, kończył szkołę i wolał grać w rugby niż niańczyć dzieci. Matka umarła w wieku ledwie 16 lat. Przyszłego mistrza wychowała babka. Szczęściem Kolisiego było to, że wychowywał się w jednym z nielicznych w całym kraju miejsc, w którym rugby cieszyło się wśród czarnoskórych większą popularnością niż futbol. Któregoś dnia, na boisku w Zwide wypatrzyli go trenerzy z prywatnego, angielskiego liceum Grey High School, którzy szukali zawodników do szkolnej drużyny. Dzięki stypendium Siya mógł mieszkać, jeść i żyć jak biali. Gdyby nie to – przyznaje – nigdy nie zostałby mistrzem.

 „Za nic w świecie nie chciałbym zostać wybrany do drużyny tylko ze względu na kolor mojej skóry – powiedział w jednym z wywiadów, czym naraził się rządowym dygnitarzom. – Nie byłoby ze mnie żadnego pożytku, a inni gracze doskonale by to wiedzieli. Myślę, że Mandela też by tego nie chciał”.

Siya Kolisi gra w koszulce z numerem 6, takiej samej, jaką w 1995 roku nosił Francois Pienaar. W 1995 roku podobną koszulkę założył Mandela, a teraz Ramaphosa, który poleciał do Jokohamy na finałowy mecz, a przed podróżą wezwał rodaków, by modlili się za rugbistów. „Jesteśmy najlepsi na świecie! Ta wygrana pokazuje, co możemy osiągnąć, jeśli tylko wszyscy i zgodnie się o to postaramy” – wołał Ramaphosa.

Dziennikarze sportowi z Południowej Afryki twierdzą, że drużyna „springboków” nigdy jeszcze nie była tak kolorowa. Na turniej do Japonii trener Erasmus zabrał dwunastu czarnoskórych i Koloredów. Kibice na stadionach rugby śpiewają „Shosholozę”, pieśń czarnoskórych górników z kopalni złota, która stała się już piłkarskim hymnem.

„Ludzie potrzebowali tego zwycięstwa chyba bardziej niż w 1995 roku. Mają na co dzień tyle problemów, że łakną jakichś dobrych wiadomości, żeby zapomnieć o kłopotach” – przyznał w rozmowie z „Guardianem” południowoafrykański dziennikarz sportowy. „To przyniesie ulgę, ale tylko na chwilę – napisał jednak komentator polityczny Ralph Mathegka. – Zbyt jesteśmy podzieleni, zbyt cyniczni”.

Polecamy: "Strona świata" - specjalny serwis "TP" z reportażami i analizami Wojciecha Jagielskiego

Ten materiał jest bezpłatny, bo Fundacja Tygodnika Powszechnego troszczy się o promowanie czytelnictwa i niezależnych mediów. Wspierając ją, pomagasz zapewnić "Tygodnikowi" suwerenność, warunek rzetelnego i niezależnego dziennikarstwa. Przekaż swój datek:

Autor artykułu

Reporter, pisarz, były korespondent wojenny. Specjalista od spraw Afryki, Kaukazu i Azji Środkowej. Ponad 20 lat pracował w GW, przez dziesięć - w PAP. Razem z wybitnym fotografem...

Dodaj komentarz

Usługodawca nie ponosi odpowiedzialności za treści zamieszczane przez Użytkowników w ramach komentarzy do Materiałów udostępnianych przez Usługodawcę.

Zapoznaj się z Regułami forum

Jeśli widzisz komentarz naruszający prawo lub dobre obyczaje, zgłoś go klikając w link "Zgłoś naruszenie" pod komentarzem.

Polityka nigdy nie powinna mieszać się do sportu choć jestem realistą . Rugby to elitarny sport dlatego marzy mi się silna reprezentacja Polski w tej dyscyplinie. Na dzień dzisiejszy mam wielki szacunek dla 1-ligowej Sparty Jarocin.
Zaloguj się albo zarejestruj aby dodać komentarz

© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]