Alim Kajtajew już nie wróci

Przed igrzyskami zimowymi w Soczi coraz częściej wybuchają w Rosji bomby. To odpryski małych wojen toczonych od lat na Kaukazie Północnym. Oto opowieść o rosyjskim Kaukazie: o islamistach, specoperacjach i zwykłych ludziach.

13.01.2014

Czyta się kilka minut

Po operacji rosyjskich sił specjalnych. Miejscowość Ogni, Dagestan, 3 października 2011 r. / Fot. Maria Turchenkova / POLARIS / EAST NEWS
Po operacji rosyjskich sił specjalnych. Miejscowość Ogni, Dagestan, 3 października 2011 r. / Fot. Maria Turchenkova / POLARIS / EAST NEWS

Kiedy Doku Umarow – przywódca kaukaskich ekstremistów, stojący na czele Emiratu Kaukaskiego – powiedział, że „to igrzyska na kościach muzułmanów zabitych przez Rosjan”, i kiedy następnie wezwał do rozlewu krwi, stało się jasne, że nastąpią ataki terrorystyczne.

Bomby wybuchły – w Wołgogradzie, na dworcu kolejowym i w trolejbusie. Zabiły i zraniły dziesiątki ludzi. Soczi – kurort położony w Kraju Krasnodarskim, graniczący z Gruzją i otoczony górami Kaukazu – to trudny cel dla terrorystów. Roi się tu od służb specjalnych i policji, miasto jest objęte monitoringiem, zastosowano wielkie środki ostrożności. Ale krew terroryści mogą przelać w metropoliach całej Rosji, by na chwilę Rosja – o której tu, na Kaukazie Północnym, mówi się, jakby była obcym krajem – „poczuła”, jak wygląda życie w takich republikach jak Dagestan, Kabardo--Bałkaria, Inguszetia.

A tu śmierć wszystkim już spowszedniała. Co kilka dni ktoś ginie. Słowa „atak terrorystyczny” czy „operacja specjalna” są tak powszechne, jak „dzień dobry” i „dziękuję”. Bomba może wybuchnąć w marszrutce albo na straganie. Rosyjskie służby specjalne i policja organizują zasadzki na bojowników, związanych z islamskim podziemiem. Bojownicy zabijają policjantów i ludzi ze służb specjalnych. Działają też lokalne mafie. Ludzie mówią, że na Kaukazie są „eskadrony śmierci”: grupy, które swoje porachunki załatwiają, strzelając w tył głowy.

W KAŻDEJ RODZINIE KTOŚ ZGINĄŁ

Kaukaz Północny to miejsce, gdzie zachwiały się porządki. Część gór – zdawałoby się tak dzikich, że nietkniętych stopą człowieka, zamieniono w poligony. Wiele ścieżek i dróg jest zaminowanych. Do wielu miejscowości nie ma wstępu – ze „względów bezpieczeństwa” są to tzw. zamknięte enklawy, gdzie panuje „paszportowy reżim” (mogą wjechać tylko mieszkańcy). Mimo to w ludziach – choć zmęczonych cierpieniem – czuje się jakieś dobro. Gość staje się członkiem rodziny. Matki rodzą więcej dzieci niż w Europie, często rok po roku. I boją się, czy któreś z nich kiedyś nie zginie.

Symbolem wojny na Kaukazie Północnym jest Czeczenia: republika należąca do Federacji Rosyjskiej, która podczas dwóch wojen (1994-96 i 1999–2009) zupełnie się wykrwawiła; została zrównana z ziemią.

Wiele utworów poświęciła Czeczenii kultowa w Rosji grupa rockowa DDT: jej wokalista Jurij Szewczuk śpiewa o mieście spalonym, gdzie nie ustaje bój, gdzie żyć już nie można, chyba że siedząc w piwnicy, ale mimo to kobieta rodzi w tym mieście dziecko. I jest jeszcze o rosyjskich chłopcach, którzy mając po 18 lat, dostają kulę i „ojczyzna podaruje za to plastikowy wieniec na mogiłę”.

Trudno pojąć to, co czują dziś mieszkańcy Czeczenii. W każdej rodzinie kogoś zabito lub ktoś zaginął. Ludzie boją się, że wojna wróci. Młoda mieszkanka Kaukazu Północnego opowiadała mi historię pewnej Czeczenki: kobieta ta długo nie mogła mieć dzieci, aż w końcu zaczęła rodzić: chłopca po chłopcu. Podczas wojny jedna ze „specoperacji” w jej miejscowości pochłonęła dziesiątki ofiar. Żołnierze wrzucili ciała do dołu (zwanego tu „jamą”), ludności cywilnej kazali identyfikować ofiary. Czeczenka wyciągała z jamy jednego chłopca, drugiego i mówiła: „ten mój”, „i ten mój”. Ludzie krzyczeli, żeby zabrać tę kobietę, bo oszalała. Ale ktoś powiedział: „Zostawcie, to naprawdę jej dzieci”.

Tymczasem w rosyjskiej propagandzie Czeczenia to republika sukcesu: odbudowana z przepychem (z kamienia i plastiku), z drapaczami chmur i arterią imienia Putina. Taką Czeczenię pokazują rosyjskie media, do takiej Czeczenii zaprasza turystów jej prezydent Ramzan Kadyrow, by sprawdzili, jak tu bezpiecznie.

Bo wojna umilkła w Czeczenii. Ale – jak nowotwór – przez lata rozlewała się i wciąż rozlewa na sąsiednie republiki. Małe wojny – w Dagestanie, Kabardo-Bałkarii, Inguszetii – toczą się do dziś, tyle że po cichu. Ludzie mają ładne domy, biznesy, jeżdżą drogimi autami, a równocześnie co kilka dni kogoś się porywa czy zabija.

POKOLENIE BEZ OJCÓW

Marina, obrończyni praw człowieka (imię zmienione, na jej prośbę), która musiała uciekać z Kabardo-Bałkarii, gdyż jej syna nękano, wożąc autem z workiem na głowie, mówi: – Ta wojna to walka z islamem... Oficjalny islam, koncesjonowany przez państwo, istniał tu w czasach ZSRR i nie cieszył się autorytetem. Potem, po upadku ZSRR, zjawili się nowi muzułmanie. Ludzie głęboko wierzący, dlatego w wielu kwestiach nie zgadzający się z państwem. A u nas nie lubi się żadnej opozycji: ani politycznej, ani islamskiej, ani tych, którzy walczą przeciw korupcji.

W meczetach na Kaukazie Północnym jest wielu młodych ludzi – nawet w takim mieście jak Władykaukaz (stolica Osetii), które uchodzi za „świeckie”. Tymczasem w Dagestanie i Inguszetii rzadko można spotkać kobietę bez chusty na głowie; wiele twarzy okrywa hidżab. Młodzi wyznawcy islamu przyglądali się wydarzeniom w Czeczenii, a potem w coraz bardziej islamizującym się Dagestanie. Niektórzy walczyli w wojnie czeczeńskiej: po stronie bojowników lub władz. Radykalizowali się: albo w walce za islam, albo przeciw islamowi.

Walery Chatażukow, prawnik i obrońca praw człowieka z Nalczyka (stolica Kabardo-Bałkarii), nie ma wątpliwości: tutaj trwa wojna. Wojna między młodymi wyznawcami islamu, policją i służbami specjalnymi. Początek dał jej rok 2005 i wydarzenia, które przeszły do historii jako „napad na Nalczyk”: 13 października 2005 r. setka uzbrojonych młodych ludzi, dowodzonych m.in. przez przywódcę podziemia Anzora Astiemirowa, zaatakowała budynki rządowe. W przygotowaniach brał udział słynny czeczeński komendant polowy Szamil Basajew. Ofiary były po obu stronach: zginęli policjanci, pojmanych bojowników rozstrzelano.

Marina wspomina, jak trupy młodych mężczyzn leżały na ulicy. Wieczorem 13 października i następnego dnia układano je w wagonie kolejowym, ciała stłoczone w masę. Rodzicom kazano wchodzić do wagonu, na identyfikację. Ale ciał nie wydano, potajemnie je skremowano.

Chatażukow: – W 2012 r. w samej Kabardo-Bałkarii zabito 138 osób; to bojownicy i policjanci. Siedem osób uprowadzono. O tylu wiem, bo ich krewni zgłosili się do nas z prośbą o pomoc, ale zaginionych może być o wiele więcej. Dla republiki niemającej miliona mieszkańców to zatrważające statystyki.

Chatażukow mówi o wojnie domowej w republice: po przeciwnych stronach są ludzie tej samej narodowości. Często z jednej rodziny: ojciec jest policjantem, syn bojownikiem. Prawnika niepokoją prognozy na przyszłość: dorasta bowiem pokolenie dzieci, które wychowuje się bez ojców. Ojca zabiły „przeklęte męty (policjanci)” albo „podli islamiści”. – Jeśli statystycznie przyjąć, że w rodzinie jest dwoje dzieci, choć na Kaukazie rodziny są liczniejsze, to co roku osieroconych zostaje 300 dzieci – mówi Chatażukow.

A ludzie mogą chcieć zemsty. Wierzą, że na przemoc można reagować tylko przemocą. Na pytanie o takie wydarzenia, jak atak na Dubrowkę (w 2002 r. czeczeńscy separatyści wzięli zakładników w moskiewskim teatrze) czy na szkołę w Biesłanie (w 2004 r. czeczeńscy terroryści uczynili zakładnikami dzieci w szkole w Osetii Północnej), Marina odpowiada bez wahania: – Gdy ktoś ciągle krzywdzi twoje dziecko, ty też skrzywdzisz jego dziecko.

PORUSZYŁEM NIEBO I ZIEMIĘ

Opowieść Achmeda Kajtajewa pokazuje, co na Kaukazie Północnym znaczy pojęcie „zaginiony bez wieści”. Przewija się ono we wspomnieniach o tym regionie, w książkach; jest nawet refrenem jednej z piosenek DDT.

– Chciałbym sobie jakoś wytłumaczyć, zrozumieć, dlaczego porwano mojego brata. To nie daje mi spokoju – Kajtajew, mężczyzna przy kości, o zmęczonej twarzy, sterany pracą na budowie, zaczyna mówić. Zastrzega, że tę historię opowiadał już dziesiątki razy. Ale mówi z takimi emocjami, jakby był to pierwszy raz.

Kajtajew: – Ja, mój brat Alim i jego kolega Ismaił, obaj młodsi ode mnie, wychowywaliśmy się na jednym podwórku. Brat i Ismaił byli przyjaciółmi, w przedszkolu i szkole. Gdy Ismaił dorósł, miał już na koncie jakieś przestępstwo. Nie wiem, o co w tej historii chodziło, coś z bronią. W każdym razie odsiedział wyrok w Rosji i wrócił do Nalczyka. Pewnie wtedy służby wzięły mojego brata pod obserwację. W dodatku brat pomagał pewnej kobiecie, muzułmance, która wychowuje sama dwójkę dzieci, bo jej mąż zginął w „specoperacji”. Coś jej w domu naprawił, przywiózł, takie męskie prace. Pewnego dnia ta kobieta zadzwoniła do mnie i mówi: „Alimowi coś się stało, dwie godziny temu miał oddać mi auto, nie zjawił się, a jest punktualny”. I tak Alim przepadł bez wieści. Przepadł też jego kolega z dzieciństwa. Poruszyłem niebo i ziemię: słałem pisma do służb specjalnych i policji, spotykałem się z dziennikarzami i prawnikami. Rozmawiałem z pracownikami komitetu ds. walki z ekstremizmem. Cisza. O Alimie nikt nic nie wie. W końcu, podczas ostrzejszej wymiany zdań, pracownik MSW krzyknął: „Jeśli był taki niewinny, to skąd miał w kieszeni te podejrzane klucze?”. Zrobiło mi się słabo. Skąd on wiedział, co Alim miał w kieszeni, jeśli wszyscy twierdzą, że jego los jest nieznany?

– Wierzę, że Alim żyje. Rodzina wierzy do ostatniej chwili, nawet jak wszyscy wokół stracili nadzieję. Choć nikt z porwanych nie wrócił jeszcze żywy – mówi Achmed Kajtajew.

Na pytanie o Alima Kajtajewa, Walery Chatażukow zawiesza głos: – Praktyka pokazuje, że po tak długim czasie nie ma nadziei. Uważam, że na tym chłopaku wykonano wyrok.

Timur Kuaszew, dziennikarz z Kabardo-Bałkarii, śledzi sprawę Alima. Podziwia jego brata za wytrwałość w poszukiwaniach. Ale także on nie łudzi się, że chłopak wróci. Porwania, „specoperacje” – to, zdaniem dziennikarza, realia wojny domowej. Kuaszew: – Władze republiki uważają, że 13 października 2005 r. muzułmanie wypowiedzieli im wojnę. I do dziś zachowują się tak, jakby ta wojna trwała.

WIADOMOŚĆ Z TELEWIZJI

Matka Spartaka, chłopaka z Kabardo-Bałkarii, ma twarz spuchniętą od płaczu. W oczach – cierpienie. Wygląda staro jak na swój wiek. Jej syna zabito w „specoperacji”. Mówią, że postarzała się w jeden dzień.

Matka Spartaka poprosiła przyjaciółkę, by pierwsza weszła do kostnicy. Nie wierzyła, że tam jest syn. Przyjaciółka kiwnęła głową: „Tak, to on”. Trup miał ślady porażenia prądem, złamaną szczękę i żebra. Zwisała ręka wyrwana z barku.

Rodzeństwo Spartaka należy do pokolenia okaleczonych, którzy będą chcieli mścić śmierć bliskich. Matka myśli więc o wywiezieniu małych (na razie) dzieci do siostry, mieszkającej w Egipcie. Nie chce więcej krwi.

Historia Spartaka jest podobna do dziesiątków opowieści, które słyszy się od rodziców na Kaukazie Północnym.

Ona, matka Spartaka, ma 37 lat. Do dziś pamięta ból, w którym w wieku 17 lat rodziła pierworodnego. O jego śmierci dowiedziała się najpierw z telewizji. Nikt nie przyszedł, by powiedzieć jej o tym w twarz. – Przyjaciółka syna zapytała, czy Spartak jest w domu. Odrzekłam, że nie. Powiedziała na to, że w telewizji pokazali jego charakterystyczny podkoszulek i telefon, i że zginął podczas akcji antyterrorystycznej – opowiada matka.

Matce stanął przed oczami wieczór sprzed kilku dni, gdy syn wszedł do niej do pokoju i spytał: „Czy mogę się koło ciebie położyć, mamo?”. Zdziwiło ją to, przejęło. Co się dzieje? Uciszyła młodsze dzieci, zasnęła obok Spartaka. Ostatni raz.

Matka mówi, że Spartak nie należał do podziemia (o co podejrzewały go służby specjalne). – Robił w domu za niańkę. Pieluchy rodzeństwu zmieniał, moja najmłodsza córeczka ma pół roku. Gdzież on miał czas na bycie w podziemiu? – mówi matka.

Kontrolowała syna: sprawdzała kieszenie spodni przed wrzuceniem do prania, w domu musiał meldować się na czas, przedstawiał kolegów, z którymi się spotykał, wiedziała, kto do niego dzwoni. Mówi, że syn był po prostu wierzącym muzułmaninem. I nie chce słyszeć, że zginął on w „specoperacji”: – Musieli wziąć go na przesłuchanie i torturować, był zmasakrowany, pokryty sadzą. Były ślady od prądu. Zabili, a potem upozorowali strzelaninę na daczy.

Chatażukow: – W Kabardo-Bałkarii wykonuje się wyroki śmierci na ludziach należących do podziemia bądź podejrzanych o to. Bez sądu.

WOJNA PERMANENTNA

Chatażukow twierdzi, że islamskie podziemie w republice jest dziś radykalniejsze niż w 2005 r. Choć studiował biografie młodych ludzi, którzy do niego trafiają, nie umie ocenić, jak rodzi się bojownik. Bo nie ma reguł: czasem to chłopcy z biednych rodzin, czasem dobrze wykształceni i majętni. Zostają salafitami. Niektórzy nie wahają się zabijać.

Chatażukow: – Nawet w mordercach, którzy żyją z zabijania ludzi, odzywa się głos sumienia. Jak to się dzieje, że młody człowiek sukcesu chwyta za broń i strzela do innych?

Zdaniem Chatażukowa odpowiedź jest jedna: każe im to ideologia. Zabijasz i trafiasz do raju Allaha.

Służby specjalne i policja obserwują młodych muzułmanów. Podejrzany jest każdy, kto: modli się w meczecie, gdzie spotykają się salafici; pomaga wdowom po bojownikach, którzy zginęli w ataku na Nalczyk w 2005 r.; utrzymuje znajomości z kimś z podziemia (nawet jeśli mężczyźni uczą się na jednym roku). Chatażukow: – Jak liczne jest podziemie w republice? Dlaczego islam się tu radykalizuje? Niestety, nikt nie prowadzi takich badań. Kiedyś namówiłem dziennikarza do nagrania audycji radiowej na ten temat, z udziałem ekspertów. Ale ją ocenzurowali. Wiadomo tylko, że członkowie podziemia zajmują się reketem, biznesmeni muszą się im opłacać.

Timur Kuaszew, dziennikarz z Kabardo-Bałkarii, mówi, że w jego kraju trwa wojna permanentna: – Państwo nie przyznaje się, ilu ludzi umiera na Kaukazie Północnym. Nikt tu nikogo nie sądzi, tu nie ma takiej instytucji jak sądy. Tu się strzela.

W tej wojnie nie ma prostych podziałów na dobrych i złych, na ofiary i prześladowanych. Służby specjalne obserwują i często prześladują radykalniejszych muzułmanów, ale ktoś przecież urządza zasadzki na policjantów. Islam też nie jest jednorodny: wśród wyznawców są podziały na salafitów, zwolenników sufizmu i ludzi, o których mówi się: „on się po prostu modli”. Doku Umarow – uznany za terrorystę także w środowisku muzułmańskim – to postać niezwykle kontrowersyjna.

A jak skomplikowanym kawałkiem ziemi jest Kaukaz Północny, pokazuje – znowu – choćby historia matki Spartaka. Kobieta, dziś pogrążona w bólu z powodu śmierci syna, dowiedziała się o przeszłości swego drugiego męża. Mąż, wojskowy, walczył na wojnie w Czeczenii – po stronie rosyjskiej. Przyznał, że zabijał tam takich samych chłopaków jak Spartak. 


MAŁGORZATA NOCUŃ jest redaktorką „Nowej Europy Wschodniej”, dziennikarką „TP”. Tekst powstał dzięki stypendium Fundacji Współpracy Polsko-Niemieckiej.

Dziękujemy, że nas czytasz!

Wykupienie dostępu pozwoli Ci czytać artykuły wysokiej jakości i wspierać niezależne dziennikarstwo w wymagających dla wydawców czasach. Rośnij z nami! Pełna oferta →

Dostęp 10/10

  • 10 dni dostępu - poznaj nas
  • Natychmiastowy dostęp
  • Ogromne archiwum
  • Zapamiętaj i czytaj później
  • Autorskie newslettery premium
  • Także w formatach PDF, EPUB i MOBI
10,00 zł

Dostęp kwartalny

Kwartalny dostęp do TygodnikPowszechny.pl
  • Natychmiastowy dostęp
  • 92 dni dostępu = aż 13 numerów Tygodnika
  • Ogromne archiwum
  • Zapamiętaj i czytaj później
  • Autorskie newslettery premium
  • Także w formatach PDF, EPUB i MOBI
79,90 zł
© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]
Dziennikarka, reporterka, ekspertka w tematyce wschodniej, zastępczyni redaktora naczelnego „Nowej Europy Wschodniej”. Przez wiele lat korespondentka „Tygodnika Powszechnego”, dla którego relacjonowała m.in. Pomarańczową Rewolucję na Ukrainie, za co otrzymała… więcej

Artykuł pochodzi z numeru TP 03/2014