Szanowny Użytkowniku,

25 maja 2018 roku zaczyna obowiązywać Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016 r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia dyrektywy 95/46/WE (określane jako „RODO”, „ORODO”, „GDPR” lub „Ogólne Rozporządzenie o Ochronie Danych”). W związku z tym informujemy, że wprowadziliśmy zmiany w Regulaminie Serwisu i Polityce Prywatności. Prosimy o poświęcenie kilku minut, aby się z nimi zapoznać. Możliwe jest to tutaj.

Rozumiem

Reklama

Zmieniamy świat na lepsze

Zmieniamy świat na lepsze

19.02.2017
Czyta się kilka minut
Anna Kertyczak: NGOsy są niezależne od sytuacji politycznej i działają inaczej niż obciążona nadmierną biurokracją administracja publiczna.
Fot. Natalia Kertyczak / FED
M

MICHAŁ SOWIŃSKI: Dużo mówi się ostatnio o NGOsach. Jak najłatwiej wytłumaczyć, co to właściwie jest?
ANNA KERTYCZAK: To trudne zadanie, zwłaszcza jeśli ktoś nie miał wcześniej styczności z tego typu organizacjami. Stereotyp panuje taki, że NGOsy to ci, którzy mają pieniądze na różne działania – a z naszej perspektywy jest dokładnie odwrotnie, bo pieniędzy często brakuje! Organizacja pozarządowa to grupa ludzi, która dobrze ze sobą współpracuje i robi to, co wynika z ich pasji i przekonań. Może zabrzmi to trochę górnolotnie, ale celem działania NGOsów jest zmiana świata na lepsze, choćby w minimalnym stopniu. A konkretne działania zależą już od poszczególnych organizacji – mogą zajmować się wszystkim: od nauki, przez ekologię, działania społeczne, psychologiczne, aż po kulturę i sztukę. Praca w NGOsach bywa trudna i niewdzięczna, dlatego silne przekonanie o słuszności swoich działań oraz pasja są niezbędne.
Skąd zatem bierze się pieniądze na działania?
Nasza organizacja, czyli Fundacja Edukacja dla Demokracji, jest nietypowa, gdyż mamy w tej chwili dwa programy regrantingowe, które polegają na redystrybucji pieniędzy wśród innych organizacji. Pieniądze te pozyskujemy w dużej mierze od Polsko-Amerykańskiej Fundacji Wolności, a także w postaci dotacji przydzielanych w ramach krajowych czy międzynarodowych konkursów grantowych (ogłaszanych m.in. przez Ministerstwo Spraw Zagranicznych). Prowadzimy też odpłatną działalność pożytku publicznego i zbieramy darowizny od osób prywatnych, to jednak niewielki procent naszego budżetu. Są organizacje, w których takie przychody – lub też przychody z działalności gospodarczej – pozwalają finansować poszczególne zadania.
Pojawiają się czasem głosy krytyczne związane z funkcjonowaniem całego trzeciego sektora. Jak Pani ocenia funkcjonowanie tego systemu?
Aby organizacje trzeciego sektora mogły sprawnie działać, potrzebna jest stabilność finansowa.
I nie chodzi tu wyłącznie o zapewnienie podstawowych potrzeb związanych z działaniem danej instytucji, ale przede wszystkim o możliwość sensownego rozwoju i spokojnego planowania dalszych działań. Jeśli w styczniu piszemy projekt, żeby w marcu dowiedzieć się, czy dostaniemy pieniądze na działania, które możemy rozpocząć w maju, a musimy skończyć w listopadzie i rozliczyć w grudniu – do tego w międzyczasie napisać kolejny wniosek w oparciu o wnioski z działań, których jeszcze przecież nie skończyliśmy – to trudno mówić o komfortowym planowaniu. W przypadku programu RITA, którego jestem koordynatorką, mamy dużo większy komfort, bo jest on planowany w dwuipółrocznej perspektywie. Ale domyślam się, że pyta pan o tak zwany koniunkturalizm działań NGOsów...
Tak, chodzi mi o zjawisko zwane w środowisku „grantozą”, czyli podporządkowanie swoich działań wyłącznie zamówieniom publicznym czy programom grantodawczym.
To niewątpliwie duży problem, ale też z drugiej strony ciężko nie ulec tej pokusie, bo takie finansowanie jest czasem jedynym sposobem na utrzymanie zespołu. To trudne pytanie – czy zwalniamy część osób, ale skupiamy się wyłącznie na naszych celach, czy też szukamy różnych pobocznych, tymczasowych zleceń, które może nas nie satysfakcjonują, ale zapewniają byt. Nie prowadzę statystyk, ale wydaje mi się, że znaczna część organizacji potrafi mimo wszystko utrzymać zdrową równowagę.
To zapytam jeszcze ogólniej – dlaczego NGOsy są potrzebne? Instytucje publiczne nie wystarczają?
Po pierwsze, NGOsy w dużej mierze pozostają niezależne od bieżącej sytuacji politycznej. Po drugie, ludzie, którzy w nich pracują, mają silne poczucie misji. To widać w praktyce – trzeci sektor działa inaczej niż administracja publiczna, choćby dlatego, że nie jest nadmiernie obciążony biurokracją. Po trzecie, możemy być dużo bardziej elastyczni (proces podejmowania decyzji jest prostszy), więc efektywniej zarządzamy środkami. Po czwarte, łatwiej się prowadzi kilkanaście niż kilkaset projektów. Mamy dzięki temu większą niż urzędnicy możliwość prowadzenia konsultacji i rozwiązywania problemów na bieżąco.
W ramach programu RITA odbyło się już kilkaset projektów.
Zbliżamy się do tysiąca. Ciągle pojawiają się nowe.
Programy są kierowane na Wschód, czyli gdzie?
To program kierowany na 10 krajów, byłych republik Związku Radzieckiego. Ostatnio z oczywistych powodów większość finansowanych przez nas projektów realizowanych jest na Ukrainie.
Który z programów najbardziej zapadł Pani w pamięci?
Lubię szczególnie te, które mają charakter lokalny – nie są spektakularne, ale odczuwalnie pomagają mieszkańcom. Tak było w przypadku programu rozwoju przedszkoli w Gruzji. Stowarzyszenie Edukator z Łomży, we współpracy z gruzińskim partnerem, zdołało otworzyć wiele placówek w małych miejscowościach i wioskach, pokazując jednocześnie, że przedszkole to coś więcej niż tylko przechowalnia dla dzieci.
Inny przykład to projekt Stowarzyszenia Magurycz, dotyczący remontu cmentarzy na Ukrainie, przy okazji którego realizatorom udało się zaktywizować lokalne społeczności, pokazując, że dziedzictwo kulturowe jest wspólne.
Zakres działań jest olbrzymi – co oznacza „wspieranie działalności obywatelskiej”?
Projekt przede wszystkim musi odpowiadać na prawdziwe potrzeby ludzi i opierać się na realnym partnerstwie. Nie robimy „desantu” polskiej oświaty czy kultury na Wschód. Polska organizacja może podsuwać pomysły, ale druga strona – ukraińska, białoruska, gruzińska czy tadżycka – także włącza się w planowanie i decyzje. Dzięki temu widzimy autentyczne potrzeby lokalnych społeczności.
Jakie rodzaje pomocy dominują?
Głównie te związane z problemami społecznymi, co jest charakterystyczne dla całego regionu. To była sfera bardzo zaniedbana, wręcz stygmatyzowana w czasach Związku Radzieckiego. Osoby niepełnosprawne czy mające specjalne potrzeby bardzo często siedzą całymi dniami w domu i nie ma dla nich żadnej oferty – ani na rynku pracy, ani w przestrzeni społecznej czy kulturalnej. W Polsce, choć oczywiście nie jest idealnie, sporo zostało zrobione w tym zakresie. To w dużej mierze zasługa organizacji, które przez lata wypracowały wiele pomysłów, a teraz się nimi dzielą. W ten sposób możemy wprowadzać drobne zmiany, a to jedyny sposób na ulepszanie świata.
Po tylu latach działania programu RITA widać jego efekty?
Widać, choć są one trudno mierzalne.
Dlaczego?
Przede wszystkim ze względu na olbrzymi obszar działania, ale też bardzo różnorodny zakres finansowanych projektów. Nie da się tego pogrupować czy wpisać w tabelki. Ale też nasz program nie stawia sobie za cel całościowego reformowania sytemu, np. opieki nad osobami niepełnosprawnymi na Białorusi – to zdecydowanie ponad nasze możliwości. Poza tym niektóre projekty są finansowane z kilku różnych źródeł, nie możemy więc rezultatów przypisywać tylko sobie. W programie RITA sukcesy są zazwyczaj lokalne – np. w danej wsi udało się otworzyć nowe przedszkole albo w danym mieście przyjęto strategię rozwoju. To jedyny sposób na pokazywanie pozytywnych zmian.
A jak przez te lata zmienił się obszar, na którym działacie?
Co kraj, to inna historia. Od paru lat w ramach programu prowadzimy szkolenia, które roboczo nazywamy „swatki” – chodzi o przygotowanie nauczycieli i nauczycielek do polsko-ukraińskiej wymiany młodzieży. Od dwóch lat mamy niestety problem z naborem chętnych na szkolenie np. we Lwowie z powodu toczącej się tysiąc kilometrów dalej wojny. Tłumaczymy, że te lęki są kompletnie nieuzasadnione, ale niewiele to daje. Inna historia, z Rosją: naszą Fundację proponuje się tam umieścić na liście organizacji niepożądanych, więc współpraca jest bardzo trudna, czasami wręcz niemożliwa.
Zmiany geopolityczne są chyba szczególnie widoczne z perspektywy Pani pracy?
Tak, widać ciemne chmury, i to nie tylko nad Europą Wschodnią, ale też nad naszym regionem, nie wyłączając Polski. Zmieniają się choćby elementy w naszej polityce zagranicznej, co zawęża polskim organizacjom pole działania we współpracy z wieloma krajami. Słabną polskie ambicje dyplomatyczne względem niektórych krajów Kaukazu czy Azji Centralnej – zamykane są programy wsparcia dla tych regionów. Podobnie jest w przypadku Rosji czy innych bliższych nam sąsiadów.
„Polskie doświadczenie transformacji to coś, czym warto się dzielić”, piszecie na Waszej stronie. Pomijając na chwilę kontekst bieżącej sytuacji politycznej – na czym polega wartość polskich doświadczeń?
Jak by na to nie spojrzeć – żyjemy w kraju, w którym wiele rzeczy działa. Niezależnie od tego, jak będziemy oceniać sam proces transformacji, faktem jest, że znajdujemy się kilka kroków do przodu względem wielu innych państw. Bynajmniej nie chodzi tu o podejście bezkrytyczne – wręcz przeciwnie, powinniśmy mówić o błędach czy niedociągnięciach, bo to też ma olbrzymią wartość. Jednakże gdy jedzie się do Tadżykistanu czy Azerbejdżanu, to różnice widać gołym okiem – choćby w kwestii rozwarstwienia społecznego, ale też bardzo silnego scentralizowania całego życia kraju. Decentralizacja – z czego rzadko zdajemy sobie sprawę – jest cenną zdobyczą polskiej transformacji.
Podobnie jest w kwestii edukacji. Ale transformację rozumiemy szerzej – gdy program powstawał, chodziło oczywiście o te przemiany z początku lat 90., teraz kluczowe są polskie doświadczenia jako członka Unii Europejskiej.
Polska jest wystarczająco atrakcyjnym wzorem?
Tak. Kraje starej Unii, choć bogatsze i lepiej rozwinięte pod wieloma względami, są jednocześnie bardzo odległe – także kulturowo czy społecznie, a ich doświadczenia nie przystają do doświadczeń mieszkańców Tadżykistanu czy Gruzji. Dla nas te różnice oczywiście też są widoczne i czasami trudne do przeskoczenia, ale staramy się nad tym pracować i uczyć się od siebie nawzajem.
Kultura demokracji to kluczowe dla programu RITA pojęcie. Czy nie jest tak, że o ile ekonomicznie transformacja nam się udała, o tyle kultury demokratycznej nam zabrakło?
Protesty społeczne, które w ciągu ostatniego roku przetoczyły się przez Polskę, pokazują, że jednak mamy mocno rozwiniętą kulturę demokratyczną. Nastały ciężkie czasy w wielu miejscach na świecie, ale na tym tle Polska wydaje się pozytywnym przykładem – takie głosy docierają do mnie z różnych stron, szczególnie ze Wschodu.
Docenia się, że kontrowersyjne decyzje polityczne nie pozostają bez echa, że są marsze, gesty solidarności, listy poparcia, petycje... Odczuliśmy to także osobiście, gdy pojawiły się różne insynuacje pod adresem organizacji pozarządowych. To wszystko również jest cennym doświadczeniem, które staramy się przekazywać innym.
Nie boi się Pani, że Polska, która do tej pory pomagała rozwijać demokrację na Wschodzie, sama wkrótce będzie musiała prosić o pomoc?
Przez lata eksportowaliśmy pewne standardy, ale może przez to zaniedbaliśmy własne podwórko? Nie wydaje mi się jednak, że proszenie o pomoc z zewnątrz będzie konieczne. Raczej my – polskie organizacje pozarządowe – powinniśmy się skonsolidować i szukać wspólnie niestandardowych rozwiązań, bo też sytuacja jest niecodzienna.
Co można zrobić?
Przede wszystkim NGOsy muszą zacząć mówić o sobie w jasny i przejrzysty sposób, a nie grantowo-projektową nowomową. Nie mówić, że „kierujemy wiele różnorodnych działań do grup beneficjentów z regionu Małopolski”, tylko wyraźnie, konkretnie pokazać zmiany, jakich dokonujemy.
To trudne zadanie, bo stoimy pod ścianą, ale być może właśnie dlatego będziemy w stanie mówić do ludzi zrozumiałym językiem.
Dobrym przykładem są zbiórki społecznościowe (tzw. crowdfunding) organizowane przez NGOsy na bieżącą działalność – choćby ta Polskiego Forum Migracyjnego, które przygotowało bardzo czytelny opis nie tylko swojej działalności, ale i korzyści płynących z ich działań dla społeczeństwa i państwa polskiego.
Czy w przypadku licznych kryzysów ustrojowych trzeci sektor może okazać się kołem ratunkowym dla demokracji?
Bez szeroko zakrojonej współpracy organizacje nie udźwigną tego zadania. Co z tego, że będą kontrolować różne procesy polityczne albo prowadzić konsultacje społeczne, jeśli nikt nie będzie chciał ich słuchać? Ale można budować odpowiednią świadomość wśród obywateli – to podstawa wszelkich dalszych działań.
Najbliższe lata będą próbą ognia dla NGOsów?
Od przełomu 2015 i 2016 r. zgromadziliśmy aż nadto dowodów, że dotychczasowe praktyki ulegają przewartościowaniu. Choćby przykład konkursów publicznych – nieoczekiwane zmiany terminów, kryteriów, faworyzowanie organizacji, które, zgodnie z regulaminami, powinny odpaść z konkursu jeszcze na etapie formalnym... To wszystko wymusza na nas nowy tryb działania.
To może na koniec coś optymistycznego?
Paradoksalnie właśnie w tej sytuacji widzę szansę na rozwój trzeciego sektora, który musi w wielu aspektach wymyślić się na nowo – poszukać innych źródeł finansowania, ale też innych kanałów komunikacyjnych. Sama się tego obawiam, ale liczę, że wyjdziemy z tej sytuacji wzmocnieni. ©

ANNA KERTYCZAK jest absolwentką filologii ukraińskiej i studiów wschodnich na Uniwersytecie Warszawskim. Z Fundacją Edukacja dla Demokracji związana od 2007 r., trenerka. Kieruje programem „RITA – Przemiany w regionie” oraz zajmuje się działaniami w obszarze edukacji globalnej. Lubi zgłębiać tajniki komunikacji i fundraisingu. Członkini Związku Ukraińców w Polsce.

Czytasz ten tekst bezpłatnie, bo Fundacja Tygodnika Powszechnego troszczy się o promowanie czytelnictwa i niezależnych mediów. Wspierając ją, pomagasz zapewnić "Tygodnikowi" suwerenność, warunek rzetelnego i niezależnego dziennikarstwa. Przekaż swój datek:

Autor artykułu

Krytyk literacki, stale współpracuje z Tygodnikiem Powszechnym. Redaktor literacki Conrad Festival, doktorant na Wydziale Polonistyki UJ. Prowadzi podkast literacki „Book’s not dead”.

Dodaj komentarz

Usługodawca nie ponosi odpowiedzialności za treści zamieszczane przez Użytkowników w ramach komentarzy do Materiałów udostępnianych przez Usługodawcę.

Zapoznaj się z Regułami forum

Jeśli widzisz komentarz naruszający prawo lub dobre obyczaje, zgłoś go klikając w link "Zgłoś naruszenie" pod komentarzem.

Zaloguj się albo zarejestruj aby dodać komentarz

© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]