Reklama

Zbyt wielki świat

Zbyt wielki świat

01.08.2016
Czyta się kilka minut
Chcemy zejść do piwnicy i przeczekać nadejście historii, tak jak kiedyś przeczekiwało się nalot. Ale to się nie uda. Jesteśmy zbyt mali, a świat stał się zbyt wielki. Nie przeczekamy historii w naszych narodowych i państwowych norach.
W

Wiele, wiele lat temu przyjechałem pierwszy raz do Austrii. Oczywiście do Wiednia. Mieszkam na południu Polski, w dawnej Galicji, więc próbowałem się poczuć w dawnej cesarsko-królewskiej stolicy tak, jakby to była moja stolica. Leczyłem w ten sposób kompleksy prowincjusza. Niemniej miałem poczucie, że wszystkie te wspaniałości wybudowano i urządzono w sporej części za pieniądze galicyjskich chłopów, których nędza w tamtych czasach była przysłowiowa. Krążyłem zachwycony między Heldenplatz a Stephansplatz i podziwiałem. Imperialność mieszała się ze swojskością, bo wokół słyszałem oprócz niemieckiego wszystkie słowiańskie języki plus oczywiście węgierski. Podobało mi się to. Nocą stawałem między Chorwatami i Rosjanami w kolejce po gorącą kiełbasę. Taksówkami na ogół jeździli wąsaci Polacy. Rano na chodnikach leżało mnóstwo psich kup i ten widok również wzmacniał poczucie swojskości. No ale jak już powiedziałem, było to wiele, wiele lat temu...

Jednak już wtedy miałem dziwne poczucie, że to miasto jest zbyt wielkie. Że jest nierzeczywiste ze swoim pięknem i przepychem. Że nie pasuje do tego kraju, że jest ponad miarę. Że zawiera w sobie więcej fikcji niż rzeczywistych treści. W pewnym sensie było bezwstydne i wyzywające. Pytałem siebie: czyż upadłe imperia nie powinny zachowywać się nieco skromniej? Czyż nie powinny znaleźć dla swojej klęski formy nieco bardziej wytwornej? Czyż nie powinny zachować się bardziej elegancko? Tymczasem miałem do czynienia ze starą kokotą, która za pomocą pudru i szminki próbuje unieważnić upływ czasu. Wydawało mi się, że jest to zarazem groteskowe i wzniosłe. Śmieszne i heroiczne. Ale podobało mi się to wszystko, ponieważ było niezwykle literackie. W postaci tego miasta zawarty był dramatyzm; owo dziwne napięcie, które właściwe jest naturze człowieka, napięcie między tym, kim byliśmy, kim jesteśmy, a tym, czym chcielibyśmy być. Napięcie między miejscem naszego pochodzenia a miejscem, w którym umieściło nas życie.

Wilki, Tatarzy i dynastie

Wiem, o czym mówię, ponieważ pochodzę z kraju opanowanego pasją przeszłości i pragnieniem wielkości. Nikt tu nie jest zadowolony z miejsca, które przyszło mu zajmować. „Szewc zazdrości kanonikowi, że biskupem został” – to stare powiedzenie wciąż jest aktualne. Przeszłość nas więzi. Zwłaszcza ta, która wydaje się być większa, bardziej heroiczna niż teraźniejszość. Tęsknimy do niej, wierzymy, że można ją wskrzesić. Wierzymy, że powrót do niej pomoże odzyskać nam siły, które rzekomo utraciliśmy. Uważamy, że w minionym tkwią odpowiedzi na przyszłe. Wszak świat jest zły, wrogi, nieobliczalny, obcy, a przecież kiedyś taki nie był. Przecież kiedyś to my dyktowaliśmy warunki, kiedyś to nas się bano, z nami liczono i żaden najazd obcych nam nie groził, ponieważ to my wyznaczaliśmy granice świata.

Spacerując po cesarskim Wiedniu nie mogłem nie myśleć o przeszłości swojego kraju. O czasach historycznych, a zarazem zmitologizowanych. O wiekach, gdy Polska sięgała – jak się to poetycko oraz imperialnie określa – „od morza do morza”. Morza to były wprawdzie dość ciasne i śródlądowe, bo Bałtyckie i Czarne, ale jednak. Tak więc miejski, mieszczański Wiedeń, najbardziej miejskie z miast tej części świata, w połowie lat 90. kazał mi rozmyślać o czasach, gdy moja ojczyzna panowała nad bezkresem puszcz i stepów, a niedźwiedzi i wilków było zapewne więcej niż mieszkańców płacących podatki. Bawiłem się tą myślą, porównując losy Habsburgów i Jagiellonów. Sytuacja tych drugich wydawała mi się nawet ciekawsza, bo przecież sąsiedztwo wilków i Tatarów bardziej działa na wyobraźnię niż polityka matrymonialna jako główne narzędzie władzy i podboju. Wówczas wydawało mi się, że prowadzę jedynie nostalgiczną grę wyobraźni. Że snuję melancholijną opowieść i przywołuję minione obrazy, by nie uległy zapomnieniu, tak jak wspomina się dzieciństwo, by chronić i budować własną tożsamość. Ale przecież nie chciałem, by dzieciństwo powróciło. Już wtedy byłem na to za stary.

Kowalski, Gruber i Jones

Ale to były inne czasy. Europa żyła przyszłością. Za wszelką cenę pragnęła odgadnąć, co ją czeka, i była tej wiedzy ciekawa. Mam też wrażenie, że nie czuła przed tą wiedzą lęku. A w każdym razie nie dawała tego po sobie poznać. Zresztą prawdziwa odwaga na tym polega, że, owszem, boimy się, ale mężnie idziemy naprzód, naprzeciw przyszłości. Ona przecież i tak nadejdzie, i lepiej spotkać ją twarzą w twarz, niż żeby miała nas zastać tchórzliwie ukrytych w ciemnej dziurze. Lub we własnej na poły prawdziwej, na poły wyimaginowanej przeszłości.

To wszystko minęło. Cofamy się. Próbujemy się skryć jak ślimak w swojej skorupie. Wybieramy przeszłość. Żeby było jak kiedyś. W zaciszu dobrze strzeżonych granic. Najlepiej za jakimś kordonem sanitarnym. Za jakąś nową żelazną kurtyną. W mocarstwie, którego wszyscy się boją, albo chociaż w kraju, do którego nikt się nie wślizgnie. Żebyśmy mogli spotykać tylko sobie podobnych. Żeby rano na ulicy był tylko pan Kowalski, pani Gruber, pan Jones. Żeby nie trzeba było uśmiechać się do obcych. Bo to jest najgorsze: udawanie. Bo wreszcie chcemy być sobą. I nareszcie możemy, bo nie jest to już żaden wstyd. Tak jak w moim kraju, gdzie szef rządzącej partii o uchodźcach ma do powiedzenia tyle, że roznoszą choroby, a hierarchowie kościelni w udręczonych tłumach uciekinierów przed wojną, głodem i śmiercią widzą jedynie religijną konkurencję oraz forpocztę terroryzmu. Albo w Zjednoczonym Królestwie, gdzie parę dni po Brexicie próbowano podpalić dom Polaków, a na ścianach pojawiają się obelżywe napisy w rodzaju „Go back to your fucking country”. Tak jest u Kowalskich i Jonesów. Jak jest u Gruberów – nie mnie sądzić. Ale żyję na tym świecie już 56 lat i straciłem złudzenia, że Kowalskich, Gruberów i Jonesów więcej dzieli, niż łączy.

Oczywiście mamy prawo się bać. Mamy prawo zamknąć się w swoich domach i nie wpuszczać nikogo za próg. Oczywiście czujemy obrzydzenie i niechęć na widok obcych, nie czując wstrętu na widok własnych podłych uczynków. Bo to są nasze uczynki. Oczywiście, możemy wybierać własnych reprezentantów, którzy nas z podłych uczynków rozgrzeszą. Powiedzą nam to wszystko, co chcemy usłyszeć. Że jesteśmy lepsi, wyjątkowi i jedyni. Że do tej pory oszukiwano nas i prowadzono na manowce. Że zmierzaliśmy ku katastrofie, ale teraz nadszedł czas powrotu do prawdziwych wartości. Bo jedyną nadzieją na ocalenie jest właśnie powrót. Do mitycznego „niegdyś”. Do czasów, gdy byliśmy szczęśliwi. Do dzieciństwa, gdy mogliśmy czynić, co nam się podobało, nie ponosząc odpowiedzialności.

Wędrówki ludów

Wybieramy reprezentantów, którzy zarządzają naszym strachem. Nie potrafią nic innego. Sami są pełni lęku, więc skutecznie odczytują, przewidują i generują nasze obawy. Strach i władza są jak syjamskie bliźnięta. Im bardziej się boimy, tym większych tchórzy wybieramy. Poświęcą wszystko, by władzy nie utracić. Poświęcą nas, poświęcą kraj, poświęcą kontynent. Będą obiecywali nam wielkość, a zostaniemy „with our fucking countries”. Coraz mniejszymi, coraz bardziej swoimi, i coraz bardziej „fucking”.

Tak, wiem, za dużo o polityce. Nie jesteśmy na wiecu, nie jesteśmy w parlamencie ani w telewizji. Ale piszę te słowa po Nicei i Stambule, i czuję na karku gorący oddech rzeczywistości. Nie uciekniemy od niej. Nie uciekniemy przed nią w lekturę, tak jak nie zamkniemy przed nią granic naszych coraz bardziej strachliwych państw. Bo niby jak? Najpierw zamkniemy na klucz furtkę do ogrodu? Potem zamkniemy drzwi wejściowe? Potem włączymy alarm? A gdy strach podejdzie nam do gardeł, zgasimy światło i zejdziemy do piwnicy? Jak podczas wojny, gdy bezsilni i bezwolni przesiadywaliśmy w ciemnościach, oczekując, aż skończy się nalot?

Nasze kraje są małe. Jak zahipnotyzowane przeglądają się w powiększającym lustrze przeszłości. Nie mogą oderwać wzroku od świata, który kończył się za płotem, za rogatkami, za furtką, którą można było zamknąć na klucz. Uparcie odwracają wzrok od świata, który tak szybko, tak nieoczekiwanie zogromniał. Całe kontynenty, które jeszcze niedawno były jedynie źródłem legend, surowców i niewolników, stoją u bram. Jesteśmy tylko półwyspem na skraju wielkiego afroazjatyckiego lądu. Nie pomyliłem się. Afroazjatyckiego. Przecież w dzisiejszych czasach morze, nawet Śródziemnomorze, jest znikomą, w gruncie rzeczy, śródlądową przeszkodą.

Przez tysiąclecia nasz półwysep był zaludniany przez przybyszów, wędrowców i najeźdźców ze Wschodu. Jesteśmy ich potomkami. Pamięć wielkich wędrówek ludów powinniśmy mieć w genach. Powinniśmy zdawać sobie sprawę, że świat nigdy nie zastyga w bezruchu, że ludy wciąż będą się przemieszczać. Powinniśmy sobie zdawać z tego sprawę, że to my, ludzie Zachodu, wymyśliliśmy środki i udoskonaliliśmy narzędzia umożliwiające ten proces. To my rozsyłamy na cały świat opowieści o naszym nieprzyzwoitym bogactwie, sytości i spokoju. Rozdaliśmy nędzarzom całej Ziemi telewizory, wyświetliliśmy im na nich nasz pornograficzny dostatek, nasze lubieżne samozadowolenie, nasze bezwstydne bezpieczeństwo. W istocie to my sprowokowaliśmy tę nową wędrówkę ludów.

A teraz chcemy zejść do piwnicy i zgasić światło. Przeczekać nadejście historii, tak jak w zeszłym wieku przeczekiwało się nalot. Ale to się nie uda. Jesteśmy zbyt mali, a świat stał się zbyt wielki. Nie przeczekamy historii w naszych piwnicach, w naszych narodowych i państwowych norach. Gdy z nich wyjdziemy (jeśli ktoś nas wcześniej nie wywlecze), nie poznamy naszego starego świata.

Opowiem wam życie

No ale miało być o literaturze... Cóż – jest bezradna. Nie zmienia świata. Zarządcy strachu nie czytają książek. Czytają gazety, biografie tyranów i oglądają telewizję. Nie znaczy to jednak, że my, zwykli ludzie, mamy postępować tak samo. Opowieści uczą odwagi. Chociażby dlatego, że pokazują nam świat, w którym żyją nie tylko sojusznicy i wrogowie. Nasze życie jest bardziej skomplikowane niż życie zwierząt, które mają wybór jedynie między atakiem a ucieczką. Literatura czyni nasz los stokroć bardziej złożonym. Sprawia, że nie do końca jesteśmy w nim uwięzieni.

Wiele, wiele wiosen temu miałem okazję spędzić jakiś czas w więzieniu. Był to mój prywatny wybór i nie mam do nikogo pretensji. W zamknięciu największą torturą jest bezmiar czasu, który został ci odebrany. Nie jesteś jego właścicielem. To tak, jakby skradziono ci samo życie, jakby połowicznie i bezboleśnie cię uśmiercono. Żyjesz jak zombie i obsesyjnie przeliczasz minuty i dni, które mają smak kurzu i ciężar kamienia. Ale więźniowie są mądrzy. Więźniowe, moi koledzy, opowiadali. Mówili bez przerwy. Opowiadali własne życie, cudze przygody, widziane niegdyś filmy. Najlepsi za cichą zgodą strażników wędrowali nocami od celi do celi, by snuć historie do samego świtu. Płaciliśmy im papierosami. Ale ich opowieści warte były złota. Unicestwiały nadpsutą, nadgniłą materię czasu, w której nas uwięziono. To było czarodziejskie.

Bandyci, złodzieje, zabójcy opuszczali swoje życie, na te nocne godziny porzucali swój los. Może nawet wychodzili ze swoich wytatuowanych ciał i wędrowali niczym czyste dusze z nurtem opowieści. Zyskiwali nowe życie, które trwało do świtu, dopóki o szóstej nie odezwały się w kamiennych korytarzach elektryczne dzwonki. Nigdy wcześniej ani później nie widziałem, aby opowieść świeciła tak jasno w miejscu tak ciemnym.

Niedługo po wyjściu z więzienia napisałem pierwszą w życiu książkę. ©

Mowa wygłoszona podczas uroczystości wręczenia Austriackiej Nagrody Państwowej w dziedzinie literatury europejskiej 29 lipca na Uniwersytecie Mozarteum w Salzburgu. Laudację na cześć laureata wygłosiła austriacka pisarka i członkini jury nagrody – Evelyn Schlag.

​Tytuł i śródtytuły oraz skróty pochodzą od redakcji.

 

Autor artykułu

Andrzej Stasiuk / Fot. Grażyna Makara
Urodził się w 1960 roku w Warszawie. Mieszka w Beskidzie Niskim. Prozaik i eseista. Autor Murów Hebronu, Dukli, Opowieści galicyjskich, Dziewięciu, Jadąc do Babadag, Taksimu, Dziennika...

Napisz do nas

Chcesz podzielić się przemyśleniami, do których zainspirował Cię artykuł, zainteresować nas ważną sprawą lub opowiedzieć swoją historię? Napisz do redakcji na adres redakcja@tygodnikpowszechny.pl . Wiele listów publikujemy na łamach papierowego wydania oraz w serwisie internetowym, a dzięki niejednemu sygnałowi od Czytelników powstały ważne tematy dziennikarskie.

Obserwuj nasze profile społecznościowe i angażuj się w dyskusje: na Facebooku, Twitterze, Instagramie, YouTube. Zapraszamy!

Newsletter

© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]