"Za" i "przeciw" nowej ustawie o kinematografii

Nareszcie!
Czyta się kilka minut

Żeby skomentować nową ustawę o kinematografii, trzeba najpierw zdać sobie sprawę ze znaczenia materii, jakiej ona dotyczy, tzn. kina narodowego. Otóż w dzisiejszym audiowizualnym świecie (choćby był to świat “nowej audiowizualności", nieustannie się przeobrażającej) społeczeństwa czerpią wiedzę o sobie samych, a tym bardziej o innych społeczeństwach - w znacznym stopniu z filmów. Takiej wiedzy zaś nie warto, a nawet nie można powierzać żywiołowi, poddanemu gustowi zbiorowości. Żywioł taki bowiem, jak poucza doświadczenie, wysuwa zwykle na przód produkty liche, łatwe w odbiorze, bliskie zbiorowym stereotypom. Kinematografia, która ma produkować obrazy i fabuły formujące nową, adekwatną i trafną, a więc zawsze ryzykowną wiedzę o zbiorowości, wymaga pomocy. Musi być dotowana. Kraje Europy Zachodniej od dawna znalazły rozsądne i skuteczne sposoby rozwiązania tego problemu. Od dawna też najwyższa była pora, by tak zaczęło dziać się i u nas.

Wszystko wskazuje na to, że uchwalona właśnie ustawa jest najrozsądniejszym krokiem w tym kierunku. Przede wszystkim, wzorem wspomnianych państw zachodnich, Wielkiej Brytanii czy Francji, ustanawia powołaną do takiej pomocy instytucję: Polski Instytut Sztuki Filmowej, który ma wypracowywać i gromadzić środki dla wspierania kinematografii. Na środki te, obok dotacji i przychodów z własnej działalności, ma się też składać opodatkowanie instytucji czerpiących zyski z kinematografii: kiniarzy, dystrybutorów, telewizji, operatorów telewizji kablowej. Określający to artykuł 19. ustawy opiera się na sprawdzonych wzorach i wydaje się zgodny z poczuciem sprawiedliwości. Jeśli chcemy mieć kino mówiące coś nowego i prawdziwego - nam o nas samych i innym o nas, musimy znaleźć na to środki.

Inna sprawa, jak to będzie realizowane. Oczywiste jest bowiem, że centralizująca formuła, która przyznaje ogromne uprawnienia decyzyjne kilku osobom - tutaj dwu zwłaszcza: ministrowi i dyrektorowi nowo powołanego Instytutu - zawiera w sobie równie duże niebezpieczeństwo: podatność na korupcję, układy koleżeńskie, pole niejasnych interesów. Ale to są normalne niebezpieczeństwa demokracji, zwłaszcza demokracji tak niedojrzałej jak nasza. Nie ma jednak lepszej drogi: jeśli będziemy pilnować przejrzystości i czystości tych nowych instytucji, nie tylko pomożemy naszemu kinu, ale i przybliżymy dojrzałość naszej demokracji.

Tadeusz Lubelski

***

Prawo inżyniera Mamonia

Nowa ustawa przewiduje utworzenie Instytutu Sztuki Filmowej finansowanego z podatku płaconego przez nadawców programów telewizyjnych (1,5 proc. wartości emitowanych reklam). Bardzo mnie to martwi, bo ja nie chodzę na filmy polskie w ogóle. Nudzą mnie po prostu. Nic się nie dzieje. Bardzo niedobre dialogi są. W ogóle brak akcji jest. To jest po prostu dłużyzna. A ponieważ nie ja jeden tak myślę, producenci filmowi ponosili straty. Dlatego domagali się, aby ich działalność subwencjonować i takie subwencje wywalczyli. Pozornie będą je płacić bogaci właściciele stacji telewizyjnych. Jak się jednak chwilę zastanowimy, to dojdziemy do wniosku, że “podatek od emisji reklam telewizyjnych" jest typowym “zobowiązaniem przerzucalnym", które zwiększy cenę opłat za oglądanie telewizji. Dlatego odpowiedź na pytanie, kto zapłaci za komfort filmowców, mogących - po uchwaleniu ustawy - spokojnie robić filmy oglądane wyłącznie przez nich, jest prosta. Ja zapłacę. Pan zapłaci. Pani zapłaci. My zapłacimy. Normalnie zapłaci społeczeństwo. To są nasze pieniądze, Drodzy Czytelnicy, a posłowie je właśnie wydali. I w ogóle nie pytali nas o zgodę.

Michał Zieliński

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Najniższa cena przed promocją 29,90 zł

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz

TP Online: Dostęp roczny online

Ilustracja na okładce: Przemysław Gawlas & Michał Kęskiewicz dla „TP”

Artykuł pochodzi z numeru TP 22/2005