Szanowny Użytkowniku,

25 maja 2018 roku zaczyna obowiązywać Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016 r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia dyrektywy 95/46/WE (określane jako „RODO”, „ORODO”, „GDPR” lub „Ogólne Rozporządzenie o Ochronie Danych”). W związku z tym informujemy, że wprowadziliśmy zmiany w Regulaminie Serwisu i Polityce Prywatności. Prosimy o poświęcenie kilku minut, aby się z nimi zapoznać. Możliwe jest to tutaj.

Rozumiem

Reklama

Wzorzec metra

Wzorzec metra

26.03.2018
Czyta się kilka minut
KS. PIOTR KRAKOWIAK SAC: Trzeba odebrać śmierć i odchodzenie wyłącznie sterylnej medycynie. Włożyć w tę opiekę ducha i ciepło domowe.
P

PRZEMYSŁAW WILCZYŃSKI: Kiedy po raz pierwszy zetknął się Ksiądz ze śmiercią?

KS. PIOTR KRAKOWIAK: Późne lata 80., pisałem pracę magisterską o eutanazji, przygotowywałem się też do wyjazdu na misję. W ramach przygotowań przechodziłem szkolenie medyczne w szpitalu na warszawskiej Pradze.

Pewnego dnia przywieziono do nas starszą panią. Jak się okazało, chciała pomóc córce w myciu okien. Wypadła z dziesiątego piętra, a gdy znalazła się u nas, wciąż żyła. Starsza, doświadczona lekarka, uczestnicząca jeszcze w powstaniu warszawskim, powiedziała: „Zostawcie ją, bo jej każdy organ jest zniszczony”, mając na myśli zaprzestanie działań ratunkowych. A ja, młody student, „nafaszerowany” filozoficzną wiedzą, rozstrzyganiem tych wszystkich dylematów etycznych, krzyknąłem: „Co pani mówi, przecież to jest ­eutanazja!”. „Synu – usłyszałem – klęknij przy tej pani i módl się o jej dobrą śmierć”.

Byłem przy niej do końca. Nie zapomnę wydobywających się z jej ust różowawych bąbelków śliny zmieszanej z krwią, coraz słabszego oddechu. Odeszła po kilkunastu minutach. Skonfrontowałem wtedy swój młodzieńczy idealizm z realizmem. I z mądrością tej starszej lekarki.

Wkrótce poznał Ksiądz legendarnego twórcę gdańskiego modelu hospicjum domowego, ojca polskiego ruchu hospicyjnego – ks. Dutkiewicza.

Praca, którą pisałem, traktowała o gdańskim hospicjum. Postać ks. Eugeniusza była mi znana, choćby z łamów „TP”. Jako pierwszy krajowy duszpasterz hospicjów wykonał gigantyczną pracę. Odwiedzał je wszystkie, ale też „przeorał” seminaria, opowiadając klerykom, czym jest opieka paliatywna i hospicyjna.

Podczas któregoś z urlopów uznałem, że skoro piszę o gdańskiej placówce, muszę też odwiedzić jej szefa. Powiedział mi jedną rzecz: literatura owszem, ale musisz też odwiedzić chorych... Tak trafiłem z nim do mych pierwszych pacjentów w domowych hospicjum.

Potem były święcenia, po których nie było już mowy o misjach w Afryce, ale o misji kapelana gdańskiego ośrodka.

Początek lat 90. – co to był za czas dla polskiego ruchu hospicyjnego?

Wcześniej działało ledwie kilkanaście ośrodków w miastach. To był czas rozwoju kolejnych placówek. Ale też zmiany mentalności ludzi, łagodzenia lęków. ­Fenomenem lat 90. były hospicja domowe, zapoczątkowane w 1983 r. przez ks. Dutkiewicza. Gdański model opieki, w którym najważniejsza była praca zespołowa i udział świeckich – lekarzy, pielęgniarek, rehabilitantów, psychologów, wolontariuszy – przyjmował się w wielu miejscach.

Ważnym elementem było też powstanie Ogólnopolskiego Forum Ruchu Hospicyjnego, które postawiło sobie m.in. za cel zintegrowanie społecznego ruchu wolontariuszy z nowoczesną opieką paliatywną.

Dlaczego to ważne?

Cała idea polega na tym, by odebrać śmierć i odchodzenie wyłącznie zimnej, sterylnej medycynie. By włożyć w tę opiekę ducha, ciepło domowe i zaangażowanie profesjonalistów różnych dziedzin oraz dobrą energię wolontariuszy.

W 2002 r., po śmierci ks. Dutkiewicza, został Ksiądz dyrektorem gdańskiego hospicjum. Wkrótce powstała Fundacja Hospicyjna.

I tak jak ks. Dutkiewicz ruszył dużo wcześniej do seminariów, Fundacja postanowiła trafić do społeczeństwa. Hasło „Hospicjum to też Życie” pojawiło się w prasie, radiu, telewizji, a potem w internecie.

Dziś to hasło wydaje się być oczywistością – wtedy było novum.

Zanim zostałem dyrektorem hospicjum, pracowałem jako psycholog w klinice ­onkologii. Widziałem lekarzy i pielęgniarki, którzy byli dumni ze swojej pracy. Potem szli do hospicjum, i wyczuwało się początkowo wśród nich podświadome być może przeświadczenie, że „to koniec”, że w zasadzie medycyna nie ma tu nic do gadania. A przecież hospicjum to miejsce, w którym można kapitalnie wykorzystać kompetencje dla dobra chorego.

Do hasła „Hospicjum to też Życie” trzeba też było przekonać wolontariuszy. Proszę pamiętać, że tamte czasy to był – jeśli chodzi o masowy ruch wolontaryjny – głównie Jurek Owsiak i Caritas, skupiający w dodatku w dużej mierze ludzi młodych. Fundacja trafiła do szerokiego odbiorcy z przekazem: „Halo, wolontariat to też kapitalna sprawa dla osób 50 plus, 60 plus i więcej”. Dzisiaj mamy już wolontariuszy po siedemdziesiątce, osiemdziesiątce. Moja mama, która ma 83 lata, i jest liderką wolontariatu w hospicjum, mówi: „Synu, jak ja tam idę, to czuję się zdrowsza”. W dodatku mobilizuje koleżanki, które robią coś dobrego, zamiast ograniczać się wyłącznie do odwiedzania kościołów i słuchania jednej rozgłośni radiowej...

„Hospicjum to też Życie” – co to właściwie dla Księdza oznacza?

Zawsze mnie dziwiło, że ludzie, którzy odwiedzali mnie w gdańskim hospicjum po raz pierwszy, mieli grobowe miny i ściszali głos, jakby wkraczali do kostnicy.

Jak Ksiądz reagował?

Nie musiałem reagować. Sami dostrzegali, że my tu żyjemy: razem się modlimy, robimy koncerty, śmiejemy się i bawimy. Widzieli, że to nie lazaret ani „umieralna”, ale miejsce ważnego do końca życia.

Na czym polega niezwykłość tej opieki?

Na wspomnianej współpracy zespołu różnych specjalistów z wolontariuszami. Ale też na egalitarnym podejściu: gdy pracowałem w klinikach, obserwowałem niebotyczny wręcz dystans między profesorami, doktorami i np. sprzątaczkami. A istotą pracy hospicjum jest siła zespołu: ludzie mówią sobie po imieniu, ufają sobie, zdejmują z siebie te korony i zdania typu: „Ja, wielki doktor”. Co nie oznacza, że w każdym hospicjum funkcjonują takie zespoły, a w każdym szpitalu panują zhierarchizowane relacje. Ale na pewno polski ruch hospicyjny jest pod tym względem zdecydowanie kilka kroków przed innymi dyscyplinami medycyny.

W jakim punkcie dzisiaj jesteśmy?

Mamy połamane różne tabu: rozmowa o śmierci, odchodzeniu jest już czymś normalnym. Mamy gęstą sieć placówek, tysiące wolontariuszy. Na mapie europejskiego ruchu hospicyjnego wyglądamy imponująco, nawet na tle Zachodu.

Hospicjum prowadzi też kampanie społeczne, choćby „Opiekun rodzinny – nie musi być sam”.

Chodzi o zauważenie roli ludzi, którzy o stanie chorego wiedzą zwykle najwięcej. Opiekunowie – ludzie zwykle w wieku około 50 plus – są często nie tylko samotni, ale też umęczeni do granic wytrzymałości. Badania pokazują, że nierzadko umierają przed swoimi podopiecznymi! Nie dbają o siebie, nie badają się, bo całą uwagę koncentrują na chorych.

Fundacja chce zwrócić uwagę na problemy tej grupy. W Hospicjum w Gdańsku już kilkakrotnie organizowane były dni profilaktyki – lekarze wolontaryjnie udzielali konsultacji i przeprowadzali trudno dostępne dla opiekunów badania.

Te setki tysięcy osób są dziś niemal pozostawione same sobie, również przez państwo. Wzorem wsparcia dla nich i dla ich podopiecznych może być polski ruch hospicjów domowych. Nieprzypadkowo to Fundacja zwraca uwagę na ten problem. ©℗

Ks. PIOTR KRAKOWIAK SAC jest założycielem i długoletnim prezesem Fundacji Hospicyjnej, krajowym duszpasterzem hospicjów.

Hospicyjny chory: „Myślałem, że już nigdy nie zobaczę słońca, bo w domu mieszkam na trzecim piętrze, bez windy. A tu jest piękny ogród, ­wokół tyle uśmiechniętych twarzy, obok codziennie siedzi moja żona. Jestem szczęśliwy”.

Mąż chorej: „Żona swoje ostatnie dni spędziła w luksusie i bez bólu. Bardzo ją kochałem, ale nawet ja nie byłem jej w stanie tego dać”.

Lekarz: „Nasi podopieczni kontakt z zaganianym personelem przećwiczyli już w innych miejscach. Tu mamy dla nich czas”.

Pielęgniarka: „Wychodząc ze szpitala, zamykam za sobą drzwi. ­Wychodząc z hospicjum, nie robię tego. Najbliżsi to akceptują, znają imiona moich hospicyjnych dzieci”.

Wolontariusz-więzień: „Dzięki umierającym przekonałem się, jak ważna jest każda chwila życia. Ja tyle ich zmarnowałem”.

HOSPICJUM TO TEŻ ŻYCIE

Czytasz ten tekst bezpłatnie, bo Fundacja Tygodnika Powszechnego troszczy się o promowanie czytelnictwa i niezależnych mediów. Wspierając ją, pomagasz zapewnić "Tygodnikowi" suwerenność, warunek rzetelnego i niezależnego dziennikarstwa. Przekaż swój datek:

Autor artykułu

Przemysław Wilczyński / Fot. Grażyna Makara
Dziennikarz działu krajowego „Tygodnika Powszechnego”, specjalizuje się w tematyce społecznej i edukacyjnej. Jest laureatem Nagrody im. Barbary N. Łopieńskiej i – wraz z Bartkiem Dobrochem...

Dodaj komentarz

Usługodawca nie ponosi odpowiedzialności za treści zamieszczane przez Użytkowników w ramach komentarzy do Materiałów udostępnianych przez Usługodawcę.

Zapoznaj się z Regułami forum
Jeśli widzisz komentarz naruszający prawo lub dobre obyczaje, zgłoś go klikając w link "Zgłoś naruszenie" pod komentarzem.

Zaloguj się albo zarejestruj aby dodać komentarz

© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]