Nie udzielam tego sakramentu, choć tyle razy przy nim byłem i znam wzorowe małżeństwa. Nie tylko ja zresztą, na ogół każdy z nas zna takie. Na ogół nie wiemy, czy zawsze byli wzorowym związkiem. Włączam tu pytanie „czy zawsze?”, włączam je dla urealnienia tego, co chcę napisać. A chcę napisać, że tak, że jednak zawsze. Decyzja bycia razem, decyzja budowania wspólnoty nie jest prosta, bo bycie razem nie jest proste. Czasem decyzja bywa spontaniczna, oczywista we wczesnym etapie, potem ulega roztopieniu, aż do całkowitego zaniknięcia. Niestety, taka jest rzeczywistość. Pewnie nie zawsze. Są ludzie dla siebie stworzeni, są ludzie, którzy po prostu wiedzą, jak się tworzy wspólnotę, są w tym mistrzami. Krótko mówiąc, są (a więc mogą być) wspaniałe małżeństwa. Ale wspominam o nich nie po to, żeby potępiać tych, którzy takiego wspólnego życia nie mają.
To jest sztuka, która – jak każda sztuka – raz wychodzi lepiej, raz gorzej, a czasem wcale nie wychodzi. Często biegłość w sztuce istnienia we dwoje wymaga czasu i cierpliwości. Czasem tego czasu już nie staje. Często ten czas się marnuje, a potem już go nie ma.
Znamy małżeństwa fatalne, bez szans, lub z pogrzebanymi szansami. Jedni się nabrali, inni (często oboje) zaczynali w dobrej wierze, albo nie zdawali sobie sprawy, z kim wiążą swoje życie, albo wiedzieli, lecz tym się kompletnie nie przejmowali. Znamy niedojrzałych, albo i cyników, szukających tego, co jest do wzięcia bez woli dawania samemu czegokolwiek, i odwrotnie: dawania wszystkiego bez zwracania uwagi na egoizm drugiej strony, bo w miłości ważne jest nie tylko dawanie, lecz także zdolność przyjmowania. Są całe traktaty na ten temat. Są specjaliści terapeuci, którzy pomagają, i są ludzie, którzy takiej pomocy bynajmniej nie szukają, albo szukają i nie znajdują. Problem rozpadających się małżeństw jest złożony.
Założeniem wynikającym z Ewangelii jest stałość, nierozerwalność. Nie można tej sprawy załatwić krótkim stwierdzeniem, że wymaganie nie jest możliwe, skoro widzimy, że jest. Kościół katolicki niewątpliwie zrobił wiele, by rozróżnić związki dobrowolne, świadome, od tych, które z różnych powodów takich cech nie mają. To jest ważne. Procesy badające prawidłowość małżeństw odegrały kolosalną rolę w życiu wielu ludzi. Dziś jednak to wszystko wydaje się niewystarczające. Związki, zdawało się dobre, rozpadają się, więź małżeńska zdaje się nie wytrzymywać naporu sytuacji życiowych, sądy kościelne są bezradne albo krytykowane za nadmiar wyrozumiałości.
Myśli prostego księdza są być może naiwne. Jako prosty ksiądz myślę, że uzdrowienie sytuacji przyniesie samo życie. Po prostu ślub sakramentalny będą zawierać z czasem tylko ci, dla których sakrament coś znaczy. Sakrament, którego kształt, forma, słowa, mają pociągający urok i realny sens, do którego jednak przystępują ludzie, którzy z innymi sakramentami dawno stracili życiową łączność, będzie stopniowo tracił (już traci) zwolenników. Kryzys sakramentu małżeństwa, może mniej spektakularny niż inne kryzysy, ale obecny coraz wyraźniej, może (nie musi!) stać się punktem zwrotnym, momentem odkrycia, co ten sakrament znaczy. Zmieni to w nauczaniu Kościoła akcenty. Ludzie niemający „ślubu kościelnego” będą traktowani zwyczajnie (zresztą już są traktowani bez porównania łagodniej niż kiedyś), ślub sakramentalny zaś przestanie być wyznacznikiem pozycji towarzyskiej. I proszę Was, nie mówcie mi, że w ten sposób pomniejszy się rola Kościoła w naszych domach. Ja myślę, że wprost przeciwnie, wzrośnie. W końcu tego sakramentu udzielają sobie sami małżonkowie. Kapłan im tylko błogosławi.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

















