Reklama

Wyobrażenie Boga

Wyobrażenie Boga

20.01.2020
Czyta się kilka minut
„TP” 51-52 / 2019
T

Tekst prof. Jana Woleńskiego „Gdyby istniał” z dodatku do bożonarodzeniowego „TP” daje okazję, by oczyścić nasze wyobrażenie Boga. Przykład matki nieskutecznie błagającej o ocalenie córki, który przytacza autor, ma na celu wykazanie, że przymioty Boga (wszechmoc, wszechwiedza i wszechdobroć) są wątpliwe. Niewiele jednak mówi o Bogu wiary chrześcijańskiej.

Czym różni się idea Boga Woleńskiego od Boga wiary biblijnej? Po pierwsze przymioty Boga wbrew temu, co twierdzi autor, mówią również wiele o świecie. Bóg w swojej wszechmocy i dobroci stworzył świat jako dobry, posiadający względną autonomię (Bóg nie ingeruje bezpośrednio w prawa natury) i skończony, co wynika z faktu, że świat jest stworzeniem. Przykład matki modlącej się za córkę, owszem, respektuje atrybuty Boga, ale nie uwzględnia autonomii i ograniczeń świata. Bóg, jak słusznie wskazuje autor, „nie był zdeterminowany żadnym uprzednim stanem jakiejkolwiek realności poza swoim własnym”, ergo mógłby spełnić prośbę matki. Ta konstrukcja nie uwzględnia jednak, że wyrazem Jego własnej realności jest właśnie autonomia świata, w tym wolność człowieka. Autonomia i wolność nie uwalniają od śmierci ani nie gwarantują powszechnej szczęśliwości, ale objawiają Boga, który jest miłością, i sprawiają, że miłość jest możliwa.

Po drugie, pominięte z credo wyznanie wiary w Chrystusa i Krzyż, które prof. Woleński uznał za niemające znaczenia, jest dla obrazu Boga chrześcijan kluczowe. Autonomia świata i wolność człowieka znajdują swoje dopełnienie w słowach credo: „Ukrzyżowany... za nas...”. Nie da się bez tej historii, która faktycznie nic nie mówi o Bogu filozofów, wypowiedzieć całej prawdy o Bogu wiary Abrahama, Izaaka, Jakuba, Jezusa. O Bogu, który wchodzi w historię, wszak nie według naszych oczekiwań i marzeń. Krzyż otwiera całkiem nowy horyzont, wprowadza nadzieję tam, gdzie po ludzku wszystko się kończy, gdzie świat okazuje się kruchy, zawodzi, boli, traci sens. Bóg wiary nie chroni przed śmiercią, ale przez miłość nadaje życiu sens.

Idea Boga w ciągu tysiącleci się doskonaliła, była nieustannie poddawana krytyce i się oczyszczała, tak jak teraz dokonuje się to w konfrontacji ze współczesnym ateizmem.

Ten materiał jest bezpłatny, bo Fundacja Tygodnika Powszechnego troszczy się o promowanie czytelnictwa i niezależnych mediów. Wspierając ją, pomagasz zapewnić "Tygodnikowi" suwerenność, warunek rzetelnego i niezależnego dziennikarstwa. Przekaż swój datek:

Dodaj komentarz

Usługodawca nie ponosi odpowiedzialności za treści zamieszczane przez Użytkowników w ramach komentarzy do Materiałów udostępnianych przez Usługodawcę.

Zapoznaj się z Regułami forum

Jeśli widzisz komentarz naruszający prawo lub dobre obyczaje, zgłoś go klikając w link "Zgłoś naruszenie" pod komentarzem.

"Są tacy, którzy próbowali pisać historie idei Boga, i oczywiście historie takie powinny być pisane. Idea Boga nie jest jednakże ideą elementarną. Nie mam tu na myśli jedynie truizmu, że różni ludzie posługiwali się tą jedną nazwą na określenie całkowicie odmiennych i nieuzgadnialnych bytów ponadludzkich. Mam na myśli fakt, że w każdym z tych wierzeń można zwykle odkryć rzeczy jeśli nie istotniejsze, to przynajmniej pierwotniejsze, które więcej rzeczy wyjaśniają" (Lovejoy, Wielki łańcuch bytu, Wykład I). W tym trudność z uzgodnieniem choćby tematu takiego dialogu, o ile nie zejdzie się na ten istotniejszy albo przynajmniej pierwotniejszy poziom.

„Idea Boga w ciągu tysiącleci się doskonaliła, była nieustannie poddawana krytyce i się oczyszczała, tak jak teraz dokonuje się to w konfrontacji ze współczesnym ateizmem.” Jeśli się doskonaliła, znaczyło by to, że jest doskonalsza, niż ta określana w czasach starożytnych, czy plemiennych. Proszę wybaczyć, ale niby co wiemy więcej dziś o Bogu, niż za przeproszeniem wiedział neandertalczyk. Cóż oczyszczającego do owej wiedzy wniósł ateizm, czy jakikolwiek nurt myśli filozoficznej. Wiemy o Nim tyle co zwykła glizda. Mamy oczywiście o sobie niezwykle wysokie mniemanie, zbudowaliśmy bombę atomową, latamy w kosmos, ale jednocześnie podcinamy gałąź, na której siedzimy, a Boga używamy jako usprawiedliwienia naszych podłości. Raczej jesteśmy nieudaną ewolucyjną mutacją, eksperymentem niż bytem odkrywającym idee Boga stwórcy wszechświata. Inaczej rzecz się ma, gdy dyskusja dotyczy naszych urojeń. Tutaj dokonaliśmy postępu i doskonalimy się nieustannie. Z pomocą bardziej przychodzi nam postęp technologiczny niż ateizm. Dziś jesteśmy w stanie eksterminować miliony , przy niskich nakładach własnych, w imię naszego toku myślenia, który zawsze motywujemy wolą najwyższego.

@piątek, 24.01.2020, 14:24. "Raczej jesteśmy nieudaną ewolucyjną mutacją". Przepraszam, Oportunisto, ale co jest dla ciebie kryterium ewolucyjnego sukcesu? Czy możesz wskazać gatunek, któremu "udało się" więcej?

Ewolucja to zmiana, z pozoru chaotyczna. Jest to dostosowywanie się do środowiska, gdzie rozłożone w czasie, efekty mutacji i dostosowań ulegają weryfikacji. Mutacje następują z przeróżnych przyczyn i są zazwyczaj nietrwałe, nie przechodzą pozytywnej weryfikacji środowiskowej. Wygląda to trochę jak naprawianie zegarka młotkiem. Ale czasami się zdarza tak, jak w przypadku, dzisiaj czytanego artykułu o prawie ślepym przechodniu, którego potrącił samochód i w efekcie odzyskał wzrok. Miarą sukcesu jest trwanie i dostosowanie się do istniejących warunków środowiskowych. Takim przykładem niewątpliwie jest krokodyl, ale są organizmy bardziej i mniej złożone o wiele od niego starsze. Gatunki te do tej pory odnosiły sukces dostosowując się. Bo cóż żeśmy osiągnęli, co nam się udało? Latamy w kosmos, możemy się bezproblemowo komunikować między sobą w czasie rzeczywistym, zbudowaliśmy potencjał militarny zdolny wysadzić wszystko w cholery, możemy i zabijamy otaczający nas świat przyrody, oto nasze sukcesy i dokonania. Dokonań jest tyle, że nie sposób wymienić. Czytam komentarze pod doniesieniami z Chin, że epidemia korono-wirusa wywołana została umyślnie, że to element wojny gospodarczej. Pewnie to bzdury, ale jeśli coś nam wpadnie do głowy i uda nam się pomysł zrealizować, to nie ma takiej siły, która nas przed wypróbowaniem tego na żywym organizmie powstrzyma, Brak hamulca chroniącego przed samolikwidacją, jest tym nieudanym elementem w nas tkwiącym i bombą z opóźnionym zapłonem. My się po prostu nie umiemy samo-ograniczyć, nawet dla własnego dobra. Z tej perspektywy wszystko cośmy wymyślili i osiągnęli, nie ma znaczenia.

W takim razie nie ma co żałować gatunków zagrożonych, tzn. takich, którym ewidentnie nie idzie adaptacja do ich obecnego, antropogenicznego środowiska. Ewolucja porzuca je jako przestarzałe, nie rokujące modele, stawiając na takie, które są w stanie przetrwać w antropocenie, a nawet w nim rozkwitnąć (https://www.nature.com/news/the-anthropocene-could-raise-biological-diversity-1.13863). Jeśli natomiast jako bieżące kryterium przyjąć łączną biomasę danego gatunku czy wyższego taksonu, to zdecydowanie wygrywają bakterie, potem długo, długo nic, następnie dżdżownicowate i... ludzie! Przepraszam, wyprzedza nas bydło domowe, ale to wyłącznie nasza zasługa. ;) Brak hamulca chroniącego przed samolikwidacją cechuje absolutnie wszelkie życie, które po prostu rozmnaża się i pochłania dostępne zasoby, dopóki ich nie zabraknie. Można powiedzieć, że czasem j͟e͟s͟t͟ ͟h͟a͟m͟o͟w͟a͟n͟e przez czynniki zewnętrzne, ale na pomysł samoograniczania się w celu ratowania czy odtworzenia jakiegoś wyimaginowanego idealnego stanu świata - powiedzmy, że przed erą przemysłową albo epoką wielkich odkryć, albo, w skrajnych wersjach, przed pojawieniem się człowieka - mogła wpaść tylko istota, która oprócz trawienia i rozmnażania się zgodnie z programem Ewolucji robi coś jeszcze. Cóż to ją tak napędza do tego czegoś, dla czego nie widzimy odpowiedników w reszcie naturalnego świata? Otóż to właśnie jest pytanie!

i bardzo dobrze, tylko tyle i aż tyle - nic sensownego poza tą przemielaną tysiące razy i d e ą żaden nawet najbardziej utytułowany profesor teologii czy innych bajdurzeń na temat Boga nigdy n i e miał i po dziś dzień n i e ma do powiedzenia - ale skoro da się z tego żyć, to czemu nie mielić dalej, co nie Panie Rychert?...

Jak słusznie kilka osób zauważyło, istnieje paradoks na linii Bóg - idea Boga. Autor pisze: "Idea Boga w ciągu tysiącleci się doskonaliła, była nieustannie poddawana krytyce i się oczyszczała ... " Wynikałoby z tego, że o Bogu nie wiemy nic, a tylko przeżuwamy (udoskonalamy) jakąś idee - nie ideę Boga, ale naszą (wymyśloną przez nas) ideę o istocie, której byt pomaga nam wyjaśniać pewne aspekty naszej egzystencji. Raczej niż udoskonalać ideę, lepiej by człowiekowi zająć się medytatywną obserwacją swojej własnej egzystencji, bo taka praktyka omija mędrkowanie ideologiczno-dogmatyczne.

@andreskil w środa, 29.01.2020, 07:57. Ale skoro ta idea "pomaga nam wyjaśniać pewne aspekty naszej egzystencji", to czyż jej udoskonalanie (scil. poświęcony jej wysiłek intelektu) nie jest właśnie "medytatywną obserwacją swojej własnej egzystencji"? Z drugiej strony, sceptyk może powiedzieć, że medytowanie nad własną egzystencją jest niepotrzebnym przeżuwaniem już strawionego pokarmu. Primum vivere deinde philosophari. Co oczywiście nie dotyczy zawodowych myślicieli, żyjących z filozofowania. シ

Każdej idei można bronić "do upadłego".

Przystanmy na chwile nad argumentem o ocaleniu corki. Jest nieprzekonywujacy. Zaprzecza chrzescijanskiej wierze w zycie posmiertne. Pokazuje niechrzescijanskie umilowanie zycia doczestnego. Zyc jak nadluzej i najszczesliwiej nie jest celem chrzescijanina. Zasluzyc na zycie wieczne, w tym jest sens jego staran. Anegdota o ocaleniu corki powinna konczyc sie glosem z nieba: "Przecierz jej nie unicestwiam, ona zyla, zyje i zyc bedzie. Rozstajesz sie z nia na chwile, moment ktory jest niczym w porowaniu z wiecznoscia, ta ktora ofiaruje wam obu, i ktory spedzicie razem, gdy juz wypelni sie Wasz czas proby na tym smiertelnym swiecie".

@tttt w niedziela, 09.02.2020, 23:44. OK, rozpatrzmy ten argument sumiennie z dwóch stron. Co robi, myśli i odczuwa niewierząca matka w takiej sytuacji? Bo że zdarzyć to się może niezależnie od światopoglądu to chyba oczywiste, podobnie jak to, że wierzące i niewierzące matki szukają pomocy lekarzy, a te pierwsze uciekają się dodatkowo do nadziei na boskie miłosierdzie. A jeśli medycyna nie pomoże, a cud się nie zdarzy, to obie matki staną wobec dokładnie tego samego egzystencjalnego problemu: czym było przedwcześnie zakończone życia dziecka - zbyt krótkie, żeby można je było uznać za naprawdę spełnione i szczęśliwe, a często przepełnione cierpieniem i chorobą - dla samego dziecka i dla nich. Jak się kończy anegdota o śmierci córki matki-ateistki?

Taka anegdota konczy sie nijak. Nie moze powstac. Matka ateistka nie zwrocila sie do Boga z pretensja. Przecierz nie zwroci sie z pretensja do kogos kogo nie ma. A skoro nie zwrcila sie do Boga, to czemu On mialby sie odezwc nienagabywany?

Ateistce nie może umrzeć dziecko? Zaprawdę, wielka jest twoja wiara w moc niewiary! Ale to nieprawda, niestety. A ja nie pytałem o reakcję Boga, tylko matki-ateistki, która (twoje słowa!) może miłować tylko życie doczesne, jak najdłuższe i najszczęśliwsze. I pewnie pragnęła tego samego dla swego dziecka. A tu zonk! Dziecko takiego życia na pewno nie zazna. A osierocona matka? Nic jej nie zakłóci umiłowanej szczęśliwej doczesności?

Oczywiście, że może umrzeć w dzieciństwie. Ale czy to dowodzi tego, że Bóg jest zły. przecież nawet Ateistka nie obwini o to Boga. Bo jak ma obwinić kogoś, kto jej zdaniem nie istnieje? Nie widzę podstaw by nie twierdzić, że pragnie szczęśliwego życia dla swojego dziecka. Ale nie oczekuje, by Bóg obdarzył jej dziecko takim życiem. Czemu więc Bóg ma jej dziecko obdarzyć czymś, o co go nigdy nie prosiła? Zresztą czy Bóg pragnie obdarzyć kogokolwiek na tym świecie szczęściem? Dla chrześcijanina, szczęście na tym świecie nie jest możliwe. Nie bez kozery nazywa ziemię padołem łez. Gdy szatan kusił Jezusa na pustyni twierdził (w wolnym uogólnieniu): "oddaj mi pokłon a obdarzę cię szczęściem na tej ziemi", lub "wyrzeknij się Boga, a otrzymasz doczesne szczęście". Odpowiedz brzmiała "w wolnym uogólnieniu", cierpienie na tym świecie jest niczym w porównaniu do mej miłości do Boga i nie oddam jej za nic". Jeżeli coś ma się wydarzyć na tym świecie, to nie nasze szczęśliwe życie, lecz nasze duchowe, dogłębne wyznanie "nie oddam jej za nic". Dobroć Boga nie wyraża się tym, że przyjął na siebie rolę kamerdynera który spełnia "życzenia" ludzi i zapewnia im to o czym marzą na tym świecie. Jego dobroć wyraża się tym co przygotował w przyszłym życiu dla tych którzy tego pragną. Czy więc Bóg może być dobry lub zły nie ofiarując czegoś czego Ateistka nie pragnie od niego? Pytasz o relacje Ateistki, lecz odpowiedz mi "relację z kim?". Nie ma relacji Ateistki z Bogiem. One takie relacji nie tworzy i ich nie oczekuje. Jest oczywiście spojrzenie wierzącego na to co spotkało Ateistkę. Jemu pozostaje jedynie zrozumienie jej bólu i współuczestnictwo w nim. Staniecie przy niej niczym samarytanin który w obliczu bólu nie pyta o jej wiarę, ani nie próbuje użyć podstępu, by narzucić jej swoją wiarę, lecz stara się jej jakoś pomóc. Sprawić, by ból jej nie zabił. i odpowiedz "cierpienie jakie przeżywam patrząc na cierpienie tej kobiety jest niczym w porównaniu do mej miłości do Boga i nie oddam jej za nic".
Zaloguj się albo zarejestruj aby dodać komentarz

© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]