Jedno zdanie opublikowane na Instagramie wystarczyło, by całe miasto napełniło się nadzieją. Ubrani na biało, Wenezuelczycy wyszli na ulicę, żeby wyrazić swoje poparcie dla jedynej osoby, która jest w stanie obalić trwającą od 25 lat socjalistyczną dyktaturę.
María Corina Machado jest dla wielu ikoną i ostatnią deską ratunku. Śledzą jej kanały w mediach społecznościowych, gdzie Machado relacjonuje kampanię wyborczą opozycji. Z Instagrama i WhatsAppa dowiadują się, dokąd i kiedy przyjedzie.
Bo dla państwowych mediów istnieje tylko jeden kandydat: Nicolás Maduro. Wciąż ten sam, który przejął władzę w 2013 r., po śmierci Hugo Cháveza, twórcy tutejszej lewicowej dyktatury. Jeśli teraz wygra, będzie to jego trzecia kadencja – i pewnie nie ostatnia. Choć wielu wierzy, że tym razem będzie inaczej. – Wstrzymujemy oddech i czekamy, co stanie się 28 lipca – mówi „Tygodnikowi”, mieszkanka miasta San Cristóbal.
CZAS KRYZYSU | W powietrzu czuć podniecenie i euforię. „Wygramy. Zmiana już jest faktem” – krzyczy María Corina Machado, a otaczające ją tłumy skandują jej imię. Ci, którym udało się dopchać bliżej, wyciągają ręce. Ktoś wiesza na jej szyi różaniec. Gdy pojawia się w mieście, uczniowie wybiegają ze szkół, a sprzedawcy zamykają sklepy.
Jeszcze sześć lat temu, w czasie poprzedniej kampanii prezydenckiej, taka scena nie miałaby miejsca. Między rokiem 2016 a 2019 kraj był w środku największego kryzysu. Inflacja sięgała nawet 2 milionów procent rocznie. Wenezuelska waluta, boliwar, była tak zdewaluowana, że niektórzy z banknotów składali origami, by choć przez chwilę myśleć o czymś innym niż głód. Bo brakowało wszystkiego. Przejeżdżając rankiem nawet przez Chacao, jedną z zamożniejszych dzielnic stołecznego Caracas, można było zobaczyć dobrze ubranych ludzi, jak desperacko szukają jedzenia w koszach na śmieci.
Za miesięczną wypłatę pracownicy państwowych przedsiębiorstw mogli sobie pozwolić na zmywacz do paznokci – jedną z niewielu rzeczy, które dało się kupić. Wydrukowanie biletu na metro kosztowało państwo więcej niż jego wartość, więc mieszkańcy Caracas za odgórnym przyzwoleniem jeździli na gapę. Za darmo był też prąd, o ile był, bo przerwy w dostawach trwały czasem kilka dni.
W tamtym czasie 3 miliony Wenezuelczyków emigrowały. Zamożniejsi do USA lub Hiszpanii, ubożsi na piechotę do sąsiedniej Kolumbii.
TU I TERAZ | Ci, co zostali, podjęli próbę sprzeciwu. W 2017 r. mieszkańcy stolicy wyszli na ulice. W starciach z policją i wojskiem zginęło wtedy ok. 150 osób.
Rok później po tych wydarzeniach miały miejsce wybory prezydenckie – tyle że ich wynik był z góry przesądzony. Maduro przekonywał na swoich wiecach, że winny kryzysu jest „zachodni imperializm”, a zwłaszcza USA, które nałożyły na jego rząd sankcje i w konsekwencji Wenezuela nie miała rynku zbytu dla swojej ropy.
Jeszcze w 1998 r. jej produkcja osiągnęła tu najwyższy poziom i wynosiła ponad 3 miliony baryłek dziennie. Wydobycie zaczęło spadać za rządów Cháveza. W 2019 r. wydobywano zaledwie około miliona baryłek dziennie.
Paradoks polegał na tym, że Wenezuela, która ma największe złoża ropy na świecie, nie miała pieniędzy na jej wydobycie i rafinację. Jedynie Chiny i Rosja przyjmowały jej surowiec w zamian za ratowanie wenezuelskiej gospodarki. Bywało, że obywatele czekali przez kilka dni w kolejkach do stacji benzynowych, bo brakowało na nich paliwa.
Winą za tak fatalną sytuację opozycja obarcza lata niegospodarności i korupcji, gdy brakowało inwestycji i planów rozwoju. Kraj trwał w nieustannym tu i teraz.
ODBICIE | Dziś jest inaczej. W czerwcu, dzięki zwiększeniu przez rząd podaży amerykańskich dolarów, miesięczna inflacja spadła do jednego procenta – to najniższy poziom od 12 lat. Po okresie hiperinflacji prezydent Maduro przyjął strategię łączącą surowe ograniczenia fiskalne z umożliwieniem swobodnego obrotu dolarem amerykańskim.
Gospodarcze odbicie od dna to jednak w największym stopniu zasługa samych obywateli, którzy nieoficjalnie, powoli, zaczęli zamieniać zdewaluowane boliwary na dolary USA, które przysyłają im rodziny będące na emigracji. W ostatnich trzech latach 4 mln ludzi (mniej więcej jedna szósta społeczeństwa) znacząco polepszyły swój poziom życia dzięki własnej kreatywności. Wśród nich dominują drobni sprzedawcy – nawet słodyczy, zapałek, długopisów itd., czyli wszystkiego, co można sprzedać za dolara lub dwa.
Coraz częściej słyszy się, że wracają ci, którzy wzbogacili się za granicą. Przestępczość maleje. Jeszcze kilka lat temu Caracas było w czołówce najbardziej niebezpieczniejszych miast świata. Ci, którzy mieli pieniądze, chowali je w butach lub bieliźnie. Napaści z bronią w ręku były codziennością, wraz z zachodem słońca ulice pustoszały.
Wenezuelczycy twierdzą, że poprawa stanu bezpieczeństwa jest odczuwalna. – Ci, co kiedyś napadali, są na emigracji, głównie w Peru i Ekwadorze – uważa Wenezuelka, z którą rozmawiamy .
Również dostępność produktów uległa poprawie. Oczywiście jeśli ma się dolary.
PRZEPAŚĆ | Maria chce podzielić się swoją frustracją. Przez lata dawała sobie radę. – Dłużej nie dam rady – mówi, gdy rozmawiamy poprzez komunikator.
Co z tego, że jest trochę lepiej, skoro – mówi Maria – istnieje przepaść między biedakami a tymi, którzy żyją dzięki pieniądzom od rodzin z zagranicy. Albo z własnych interesów, często szemranych.
W fatalnej sytuacji są pracownicy instytucji państwowych. Jak nauczyciele: ich pensja to ok. 300 boliwarów miesięcznie, równowartość 10 dolarów USA. Starcza na dwie paczki jajek i na autobus, choć tylko w jedną stronę.
– Biedny i tak pozostaje biednym – mówi Maria, która mieszka w San Cristóbal. To stolica stanu Táchira, tuż przy granicy z Kolumbią. W jej mieście wszystkie płatności odbywają się w peso kolumbijskim. Dzięki temu jest taniej, a na półkach stoją praktycznie tylko kolumbijskie produkty. To daje pozorne uczucie ulgi, bo do normalności jest daleko.
Maria mówi, że nadal musi czekać w kolejce po paliwo. Tyle że nie czeka już dniami i nocami przed stacją – dziś każdy losuje swój numer w kolejce. – Jestem w grupie na WhatsAppie, dostaję wiadomość, gdy zjawi się mój numer – opowiada.
Sytuacja z prądem nie uległa poprawie. Jest przez trzy godziny, przez kolejne trzy już go brak. Różnica jest taka, że kiedyś był za darmo, a teraz się płaci i za prąd, i za to, że go nie ma.
Maria przyznaje, że dostępność leków jest lepsza. Choć nadal, idąc do publicznego szpitala, trzeba samemu załatwić rękawiczki, igły, znieczulenie. – Ludzie się przyzwyczaili, ja nie.
OPOZYCJA | Meria wyznaje, że nawet jeśli 28 lipca jakimś cudem wygra opozycja, ona i tak wyjedzie z kraju. Boi się, że wtedy będzie zamach stanu, że Maduro, nawet jeśli przegra przy urnie, to i tak wygra, siłowo. Że nic i nikt nie stanie mu na przeszkodzie.
Przedsmakiem tego były manipulacje rządu Maduro, które miały maksymalnie utrudnić aktywność wyborczą swych rywali.
W 2023 r. opozycja zorganizowała po swojej stronie prawybory. Wygrała je 56-letnia María Corina Machado, uzyskując aż 93 proc. głosów przy 65 proc. frekwencji. Jest bardziej niż pewne, że w starciu z Maduro wygrałaby. I że przywróciłaby demokrację.
Problem w tym, że Machado nie mogła zarejestrować się jako kandydatka. System informatyczny skonstruowano tak, by nie mógł się w nim zarejestrować nikt z opozycji. W akcie desperacji opozycyjna koalicja – występująca jako Zjednoczona Platforma Opozycji – wystawiła Corinę Yoris, profesorkę filozofii. María Corina Machado ją poparła. Ale i tu pojawiły się problemy z zarejestrowaniem.
Ostatecznie kandydatem opozycji jest Edmundo González Urrutia, były ambasador w Argentynie i Algierii, wcześniej nieznany na scenie politycznej. To z jego wizerunkiem María Corina Machado przemierzała teraz kraj, przekonując, aby głos, który wielu chętnie oddałoby na nią, przekazali Gonzálezowi. Ale czy to wystarczy?
ARSENAŁ | Po 25 latach dyktatury Wenezuelczycy wypatrują zmian. Jednak prezydent-dyktator ma w rękawie wiele asów.
Jeden – to zastraszanie. Na kilka miesięcy przed wyborami miała miejsce fala aresztowań opozycjonistów. Sześciu schroniło się w ambasadzie Argentyny. Rząd prawicowego prezydenta Javiera Milei nadał im status uchodźców politycznych.
Kolejny as Maduro to celowo zamieszanie, jakie towarzyszy wyborom. Wiele osób nie wie, jak głosować ani gdzie. Siedziby komisji wyborczych zmieniano, a informacje o nowych miejscach są zawiłe – tak, aby utrudnić, a nie ułatwić oddanie głosu.
Następna manipulacja: głosować nie może ogromna większość emigrantów. Choć za granicami kraju przebywa od 3,5 do 5,5 mln Wenezuelczyków (jedna czwarta z 21 mln uprawnionych), tylko 69 tys. z nich udało się zarejestrować, tak aby mogli wziąć udział w wyborach.
Dalej: karta do głosowania jest bardzo skomplikowana. Widnieją na niej głównie zdjęcia Maduro, który jest kandydatem wystawionym przez aż 12 partii. Efekt jest taki, że od prawej strony do lewej widzimy twarze Maduro, a zdjęcia pozostałych kandydatów na dole karty. Oprócz Gonzáleza to wszystko figuranci – ich obecność ma dać pozór demokracji. Jak w Rosji Putina.
PARADA | Wreszcie: nie tylko Maria obawia się, że jeśli 28 lipca wygra kandydat opozycji, Maduro dokona zamachu stanu.
Wprawdzie uważa się, że Maduro nie ma poparcia wśród Gwardii Narodowej – to jeden z głównych rodzajów sił zbrojnych, odpowiednik obrony terytorialnej (tyle że tutaj bardzo rozbudowany i stąd istotny dla systemu władzy) – ale i na to znalazłby sposób. W trakcie parady, która odbyła się w Caracas 5 lipca, z okazji Dnia Niepodległości, uwagę przyciągała obecność żołnierzy rosyjskich. Przybyli do kraju na zaproszenie Maduro, który jest zdeklarowanym sojusznikiem Putina.
Wenezuelczycy boją się, że Rosjanie mogą wesprzeć reżim, jeśli Maduro zechce użyć siły, by zachować władzę.
Nazwiska niektórych bohaterów zostały zmienione.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.




















