Szanowny Użytkowniku,

25 maja 2018 roku zaczyna obowiązywać Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016 r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia dyrektywy 95/46/WE (określane jako „RODO”, „ORODO”, „GDPR” lub „Ogólne Rozporządzenie o Ochronie Danych”). W związku z tym informujemy, że wprowadziliśmy zmiany w Regulaminie Serwisu i Polityce Prywatności. Prosimy o poświęcenie kilku minut, aby się z nimi zapoznać. Możliwe jest to tutaj.

Rozumiem

Reklama

W Polsce jest mnóstwo „wielkich poetów”...

W Polsce jest mnóstwo „wielkich poetów”...

15.05.2012
Czyta się kilka minut
Poetycka nieufność nie straciła zastosowania, lecz nabrała innego charakteru. Rozmnożyły się władze, a z nimi perswazje, każda na swój sposób stara się uwolnić człowieka od wolności.
A

ANDRZEJ FRANASZEK: Gdyby posłużyć się popularnym cytatem, moglibyśmy zacząć tę rozmowę od słów: „Niektórzy lubią poezję”... Dlaczego znalazłeś się wśród tych niektórych? PIOTR ŚLIWIŃSKI: Czytanie wierszy towarzyszyło mi stale, lecz dość długo trzymałem je w strefie ściśle prywatnej. Jeśli mówiłem o poezji, to z dziewczynami, dla wiadomych celów, z mizernym skutkiem. Pracę magisterską pisałem o prozie, emocjonowałem się polityką (jak prawie wszyscy w latach 80.), chodziłem dodatkowo na socjologię. Byłem młodzieńcem dość mocno teoretyzującym (jak to przed trzydziestką), a zarazem bardzo skoncentrowanym na literaturze. Nigdy nie wątpiłem, że pod względem poznawczym, w szerokim znaczeniu tego słowa, obejmującym uczucia, intuicje, doświadczenia, ale i pewien sposób filozofowania, literatura wyrasta ponad wszystko, co oferuje współczesna humanistyka. Przede wszystkim zadaje niepowtarzalne pytania i zanurza w najbardziej ludzkim i nieludzkim żywiole, jakim jest język. Jak słyszysz, mówiąc o literaturze, mówię o poezji. Inna sprawa, że najlepsi prozaicy są w gruncie rzeczy poetami. Nie da się tego powiedzieć o wszystkich, pewnie o Tomaszu Mannie się nie da, o Faulknerze, którego bardzo cenię, Nabokowie, Sebaldzie, innych wielkich prozaikach, ale już w naszym, polskim przypadku większość wybitnych prozaików nosi w sobie poetę. Było tak przed wojną, o czym pisali historycy literatury, jest i dzisiaj. Tulli, Bieńczyk, Kruszyński, Stasiuk, Pilch, Huelle, Tokarczuk, Wiedemann, także młodsi, np. Justyna Bargielska, autorka kapitalnych, emanujących niezwykłą, cichą grozą „Obsoletek” – wszyscy oni są bardzo idiomatyczni, nastawieni na język. Dążą do syntezy, upodrzędniają fabułę w stosunku do pewnych, z trudem pochwytnych sensów, ich codzienność – jak u Wiedemanna – jest przestrzenią mowy. Ich światami rządzi metafora. Czy to upodobnienie do prozy, zamiast prozy samej, nie odbywa się ze szkodą dla fabuły, czytelnictwa, warsztatu, średniego poziomu polskiej powieści, a nawet ze stratą dla naszego poczucia i zrozumienia rzeczywistości? Zapewne tak, jednak do wymienionych autorów, i jeszcze paru innych, trudno mieć o to żal. A poezja „zwykła”, nie ta ukryta w prozie? „Dlaczego wiersze”? Chodzi o niesprowadzalność poezji – do polityki, etyki, religii, rzeczywistości, wreszcie nawet do poetyki. Tak, tak, poezja może być tym wszystkim, także akcją społeczną, jak pragną niektórzy, ale będąc tym wszystkim, równocześnie być musi czymś, czego o niej nie wiemy, wychyleniem poza horyzont umiejętności czytania, nawyków, przyzwyczajeń. Podchodzenie do wiersza z pozycji „nie wiem” wydaje mi się zupełnie rozsądnym wnioskiem, płynącym z długotrwałego czytania, a przy tym bardzo dobrym powodem, by robić to – podchodzić, czytać – raz jeszcze, znowu i znowu. Myślę, że uprawianie krytyki jest szukaniem pierwszej ważnej naprawdę, przeczytanej naprawdę, książki lub poezji, a ściślej powodów, dla których stała się ważna. To zabrzmi banalnie, ale niech tam – jest szukaniem siebie, właśnie w tych motywach, jakąś nieomal faustowską rozprawą z czasem. Kiedy więc mówię, że „nie wiem”, to powinienem dodać, że kiedyś wiedziałem. Poezja powstaje na ruchomych skrzyżowaniach pamięci i zaskoczenia. W rezultacie „nie wiem” odnosi się do egzystencji czytelnika, a nie do awangardy, która z odbiorczej dezorientacji uczyniła sposób istnienia. Czy będąc – by tak rzec – zawodowym czytelnikiem poezji, masz poczucie bycia „wymierającym gatunkiem”? Gatunek ma się wcale nie tak źle. Wbrew katastroficznym prognozom ludzi czytających wiersze nie ubyło, przynajmniej nie w stopniu drastycznym, natomiast przybyło ludzi, którzy chlubią się, że nie czytają w ogóle. Mamy w Polsce dwa rodzaje snobizmu – na czytanie (wbrew wszystkiemu, pracy, płacy, karierze) i na nieczytanie (z powodu wszystkiego, pracy, płacy, kariery). Niestety, drugi snobizm ma po swojej stronie media. Zdaje się wręcz pragmatycznym heroizmem. W rezultacie skurczyła się publiczność okazjonalna, odświętna, skora oklaskiwać paru wybranych poetów, ujawniająca się w szczególnych okolicznościach, nie tylko na pogrzebach. Z żalem trzeba zauważyć, że ubywa kulturalnych ciotek i wujków. Wzmacnia się za to czytanie zawodowe, o którym mówisz. Dzisiaj krytyka poezji ma się dużo lepiej niż przed kilku laty – mistrzowie, by wspomnieć Jacka Łukasiewicza czy Mariana Stalę, mają wsparcie w wielu młodszych i zupełnie młodych świetnych czytelnikach. Ścierają się ze sobą osobowości i metody, np. gorąca hermeneutyka Pawła Próchniaka z analityczną maestrią Andrzeja Skrendy, tryb akademicki z anarchistycznym, tworzą się skupiska kapitalnych czytelników, np. na Śląsku Górnym (Pawelcowie, Opacka, Kałuża, Świeściak, Olszański, Bogalecki) i Dolnym (Orska, Poprawa, Mackiewicz, Kaczmarski), w Krakowie – wiadomo! Gdzieś tam czytają Gutorow, Maliszewski, Joanna Mueller. Czyta się w Łodzi, Warszawie, Lublinie, wszędzie. Poezja znowu ma wymagającą krytykę. Czy jednak miejsce poety w społeczeństwie się nie marginalizuje? Poeci tacy jak Miłosz, następnie zaś Różewicz, Szymborska czy Herbert mieli – mniejsze lub większe, ale jednak – poczucie spełniania istotnej roli wobec społeczeństwa. Wydaje się, że dzisiejsi 30- czy 40-latkowie żadną miarą poczucia takiego mieć nie mogą. Czy zanikła zatem kategoria „wielkiego poety”? A gdyby spytać Świetlickiego? Może ma takie poczucie? Może jego czytelnicy mają poczucie, że jest „wielkim poetą”? Ostatnim wielkim poetą? A gdyby spytać któregoś z poetów, o których mówi się mniej, czy tym bardziej takiego, o którym przestało się mówić, jednego z niesłusznie, niesprawiedliwie – a jakże, a jakże – odtrąconych? Czy nie wskaże – pomijając marny, zatruty czas teraźniejszy – na „wieczność” chowającą dla niego laur? Chcę powiedzieć, że w Polsce jest mnóstwo „wielkich poetów”, w dwojakim sensie – bardzo interesująco, choć dyskretnie nawiązujących, jak Świetlicki, do wielkich tradycji, dających im nowe życie, a obok kontynuatorów i wyzyskiwaczy starych lub podstarzałych dykcji. Pierwszy typ jest ekskluzywny, drugi liczny i słabo widoczny. Choć jego zlekceważenie jest – w ogólności – zasłużoną odpowiedzią na lekceważenie inteligencji, wrażliwości i doświadczeń dzisiejszych czytelników wierszy, to nie da się wykluczyć, że w tej domenie wielkości wirtualnej, życzeniowej i pretensjonalnej narodzi się jakaś nieprzeciętność prawdziwa. Bo wrażliwość nie jest właściwością stałą, zmienia się, ma swoją „politykę”, reaguje na nowe warunki. Mimo że niesprawiedliwości w życiu literackim, w obrazach współczesności, jest mniej, niż niektórzy sądzą, to przecież żaden z tych obrazów nie może zostać uznany za skończony. Kiedyś namiętnie spierałem się z pomysłem Adama Zagajewskiego na „wysoki styl”, dzisiaj – znużony plennością, potanieniem ironii – byłbym ostrożniejszy. Dzieją się rzeczy zaskakujące, awanse, degradacje. Dający do myślenia powrót Jana Polkowskiego. Wart uwagi pojedynek lirycznej wieloznaczności ze światopoglądową jednoznacznością w wierszach Krzysztofa Koehlera. Na tej samej zasadzie – misje poetycko-polityczne Szczepana Kopyta i Konrada Góry. A Eda Ostrowska, z jej nagle poetycko przekonującą religijnością! Wszyscy oni mają poczucie społecznej ważności swej pracy, nawet gdyby społeczeństwo nie zdawało sobie z tego sprawy. Nie wymigujesz się aby od odpowiedzi? Masz rację, kluczę, nie chcąc przyznać, że kategoria wielkiego poety traci ważność, że poezja już nigdy, na pewno nigdy nie będzie tym, czym bywała. Jeszcze bardziej obca jest mi myśl, która wielkość artystyczną wiąże z tzw. silnymi wartościami. Wielki, bo metafizyczny, religijny, etyczny, historyczny, społeczny, polityczny... a jak nie, to mniejszy. I dlatego Zbigniew Herbert, wielki poeta, miał swój rok w dekadę po śmierci, a Miron Białoszewski, równie wielki poeta, w dwudziestopięciolecie śmierci żadnego roku nie miał. Można takich par stworzyć więcej: Szymborska – Miłobędzka, Miłosz – Różewicz, Zagajewski – Sommer itd. Jeśli „wielkość poezji” rozumieć jako wielkość poezji, to jestem o nią spokojny: Dycki, Sosnowski, paru innych, to wielcy poeci. Ale nie zależy mi na wykluczaniu wielkości w starym stylu, tylko na stwierdzeniu, że polityka wysokiego, dramatycznego kanonu, konstruowanego kosztem wartości estetycznych, jednostkowych, doświadczeń niewyrażalnych, niepewności, intymnego lęku, małego zachwytu itd., wcale poezji nie służy, na odwrót – izoluje ją, a w skrajnych przypadkach ośmiesza. I na odwrót. Na odwrót? Nie cierpię systemu „albo – albo”, retorycznego, siłowego, który zniszczył opinię publiczną w Polsce, prowadząc do jej spotwornienia, prymitywizacji. Ten język chciałby przenieść się do życia literackiego – albo Rymkiewicz, albo Miłosz (jakby szacunku nie mogło wystarczyć dla obu); albo Sosnowski, albo Świetlicki; albo wyznajesz, albo nienawidzisz, z całych sił, po kozacku, z buta. W innym przypadku sprowadzisz na siebie podejrzenie, że nie wiesz, boisz się, nie myślisz – jakby przynależność do kolektywów opinii, stad i towarzystw nie była czymś z gruntu łatwiejszym. Wprawdzie to dychotomiczne monstrum ciągle żyje raczej na marginesie literatury, ale – by tak rzec – marginesie ambitnym, skorym do ekspansji. Hm..., a czy obok fałszywej konieczności dokonywania radykalnych wyborów nie jest też i tak, że po prostu powstaje za dużo wierszy? Może – podobnie jak w sztukach plastycznych czy prozie – pewien elementarz gatunku stał się dostępny nieledwie wszystkim i nieledwie wszyscy mogą się uważać za artystów? I stąd potrzeba większej asertywności... Bo – masz rację – wierszy poprawnych, zręcznych, inteligentnych i rozpaczliwie do siebie podobnych powstaje bez liku. Konkursy poetyckie stoją na coraz wyższym poziomie, obserwować można istne zatrzęsienie doskonale zrobionych kopii Sosnowskiego, Świetlickiego, Pasewicza, roi się od podmiotów na kilka sposobów ukształtowanych – rozproszonych, egocentrycznych, nieaktywnych, francuskich i nowojorskich, a przy okazji pleni się mały egotyzm, ironia stała się chwytem masowym, niemożliwie łatwym, jest świetnie, choć niekoniecznie ciekawie. I tu wracamy do roli krytyka... Mnie wystarczy, że jest jakaś praca do wykonania, ważna, bo świat bez poezji byłby gorszy, i tyle. To wspólna robota, także poetów, także poetów, których nie lubię. Jednak rozrost kadrowy krytyki, o którym mówiłem, świadczy o wzroście jej rangi. Krytyka poetycka przyciąga ostatnio wybitnych, fantastycznie oczytanych młodych ludzi, z imponującym zapleczem filozoficznym, swobodnie poruszających się między dyskursami, polonistów bez kompleksów, jakąś umysłową nową elitę, żeby nie powiedzieć: nową rasę. Jeśli mam im niekiedy coś za złe, to prawie zawsze z zazdrości, a serio – czasami krótkowzroczne przedkładanie teorii nad poezję, na zasadzie: teoria dyktuje wierszowi znaczenie (lub brak znaczenia), gdy tymczasem dobry wiersz poznaje się m.in. po tym, że nie daje sobie dyktować. W odniesieniu do wiersza prawdziwie interesująco zaczyna się robić wtedy, kiedy teoria przestaje działać, a język interpretacji trzeba zacząć lepić z tego, co zostało, co pod ręką, z patyków, jakichś resztek. Fetyszyzm poetycki? Okej, lecz z zastrzeżeniem, że dobry wiersz jest rodzajem cudu. Oczywiście zmienia się też poezja jako taka. Pojawia się na nowo zaangażowanie społeczne... Niektóre wiersze Szczepana Kopyta bardzo mi się podobają, podobnie Konrada Góry, prawie cały tomik Kiry Pietrek. Lubię Jasia Kapelę, nie gorszą mnie wiersze o katastrofie smoleńskiej (tzn. gorszą, jeśli są słabe jako wiersze...). Nie mam nic przeciwko angażowaniu się literatury, także poezji, przynajmniej dopóty, dopóki pozostaje ona poezją i z tego czerpie sławę, a nie z jakichś źródeł ideologicznych. Pozostaję przy modernizmie – zaangażowanie literatury jest ważne, bo literatura jest ważna; zaangażowanie, które unieważnia literaturę, jest nic niewarte... ...ale dominuje chyba nadal prywatność. Jeśli w III Rzeczpospolitą mieliśmy wkroczyć – jak mówił niegdyś Adam Wiedemann – pod sztandarami Białoszewskiego, to w rzeczy samej idiom prywatności, zagłębienia się w języku zdaje się mieć dziś nader dobrze. Co jednak z komunikowalnością takiej poezji? Jej łącznością z czytelnikami? Frazę Świetlickiego można zapamiętać, przytoczyć ją jako komentarz do naszego życia. Ale frazę Andrzeja Sosnowskiego? Dzisiaj mamy do czynienia z inwazją trywialności, z komunikatywnością aż wulgarną. W gazetach obowiązuje zakaz używania wyrazów cokolwiek bardziej literackich (choć dozwolona jest angielszczyzna), tabloidy i portale internetowe pełne są prostackiej dosłowności, reklama to bombardowanie maksymalnie czytelnymi regulaminami zachowań, polityka w rodzimym wydaniu, czyli retoryczna sztacheta... słowem, nie jestem pewien, czy komunikatywność faktycznie jest artykułem pierwszej potrzeby. Retoryka i pornografia, zaklinanie i obmacywanie rzeczywistości – jeśli tak opisać kontekst, w jakim mówi poeta, to jego rola nie polega na zwiększaniu komunikatywności, lecz jej zakłócaniu, komplikowaniu uproszczonych instrukcji życia. Nieufność, słynny Barańczakowy postulat, nie straciła zastosowania, lecz nabrała innego, obrotowego charakteru. Rozmnożyły się władze, a z nimi perswazje, każda na swój sposób stara się uwolnić człowieka od wolności. Inaczej też postrzegamy język – bądź jako instrument jakiejś siły, bądź jako siłę samoistną, perpetuum mobile. Efekt jest paradoksalny: nowi czytelnicy, dzisiejsi studenci, za twórcę hermetycznego, mówiącego innym, obcym i niezrozumiałym językiem często uważają Miłosza albo Szymborską, a Andrzeja Sosnowskiego mają za swojego poetę, którego język bardziej realistycznie traktuje otaczającą rzeczywistość. Parokrotnie prosiłem na zajęciach o przeczytanie i przedyskutowanie, a w końcu i o ocenę dwóch tekstów mówiących np. o miłości, ale całkiem inaczej – z reguły wskazywano na trudniejszy, z pozoru niekomunikatywny, jako na ciekawszy, prawdziwszy, wart uwagi i bardziej przejmujący. I nagle okazywało się, że to właśnie Sosnowski odzyskuje ludzkie z retorycznego czy masowego, a Piotr Sommer, u którego prawie nie ma metafizyki, tym „prawie” zdecydowanie wygrywa z poetami zachłystującymi się metafizycznym spełnieniem lub głodem. Bohdan Zadura jako prywatny krytyk kultury jest silniejszy od zdeklarowanych ideologów, Miłobędzka jest maksymalnie sugestywna, mimo że maksymalnie powściągliwa, Dycki – operujący między obsesją a suspensem, na pograniczu sentencji i kpiny, w przestrzeni powtarzających się, ciągle niegotowych nastrojów, zdystansowany i dotkliwy, erotyczny i śmiertelnie zraniony – przekracza granice, jak Różewicz, literatury, jej niemożności i niebezpieczną dla niej bezbolesność. Dzieje się tak na uniwersyteckich seminariach... Może nie tylko. Widziałem tłumy, nie przesadzam, zasłuchane w wiersze każdego z wymienionych autorów, słyszałem słowa prawie zapłakanej dziewczyny, która po wieczorze Krystyny Miłobędzkiej wyznała, że też chce być stara (tak, odradziłem jej, choć to pewnie rozsądne – nie męczyć się czekaniem na starość)... A z drugiej strony jest Świetlicki, tylko z pozoru prostszy, Jacek Dehnel, z pozoru trudniejszy, Jacek Podsiadło, którego liryzm jest, był (Jacku, wróć!) właściwie bezkonkurencyjny, Tomasz Różycki – maestro, Edward Pasewicz – hipnotyzer, Tadeusz Dąbrowski – uwodziciel, dzika, wspaniała Marta Podgórnik, refleksyjny w starym, dobrym stylu Wojciech Bonowicz, Jarniewicz, Grzebalski, Gutorow – powściągający swą estetyczną świadomość na rzecz zapisów egzystencjalnych, paru innych poetów mniej akademickich, bardzo dobrych... oraz ich publiczność.
PIOTR ŚLIWIŃSKI (ur. 1962) jest historykiem i krytykiem literatury, profesorem UAM w Poznaniu, autorem i współautorem książek, m.in. „Literatury polskiej 1976-1998. Przewodnika po prozie i poezji” (razem z Przemysławem Czaplińskim, 1999), „Przygód z wolnością” (2002), „Świata na brudno” (2007). Jest też stałym współpracownikiem i felietonistą „Tygodnika Powszechnego”.

Czytasz ten tekst bezpłatnie, bo Fundacja Tygodnika Powszechnego troszczy się o promowanie czytelnictwa i niezależnych mediów. Wspierając ją, pomagasz zapewnić "Tygodnikowi" suwerenność, warunek rzetelnego i niezależnego dziennikarstwa. Przekaż swój datek:

Autor artykułu

Ur. 1971 r. Redaktor działu kultury „Tygodnika Powszechnego”, krytyk literacki, pracownik Uniwersytetu Pedagogicznego w Krakowie, sekretarz Międzynarodowej Nagrody Literackiej im. Zbigniewa...

Dodaj komentarz

Usługodawca nie ponosi odpowiedzialności za treści zamieszczane przez Użytkowników w ramach komentarzy do Materiałów udostępnianych przez Usługodawcę.

Zapoznaj się z Regułami forum
Jeśli widzisz komentarz naruszający prawo lub dobre obyczaje, zgłoś go klikając w link "Zgłoś naruszenie" pod komentarzem.

Zaloguj się albo zarejestruj aby dodać komentarz

© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]