Reklama

W pełnej gamie kolorów

W pełnej gamie kolorów

29.09.2007
Czyta się kilka minut
Ta wspaniała powieść, której akcja toczy się w XVI-wiecznym Stambule, wydaje się za krótka, choć liczy sobie sześćset stron... Kryminał i romans - jest zarazem traktatem o religii i kulturze islamu oraz o rozterkach tureckiej duszy.
O

Orhan Pamuk to pisarz turecki. Jego powieści cieszą się uznaniem europejskich czytelników i krytyków, w zeszłym zaś roku otrzymał literacką nagrodę Nobla. W ojczyźnie jednak twórczość Pamuka budziła i budzi kontrowersje, bo pisarz słynie zarówno z niechęci do islamistów, jak i z bezpardonowej krytyki obrońców zlaicyzowanej Turcji. Przypomina haniebną prawdę, że w zbożnym dziele europeizowania kraju najbardziej przeszkadzają prześladowani Kurdowie i pamięć o rzezi Ormian... W "Śniegu", gorzkiej politycznej tragifarsie, pierwszej książce Pamuka wydanej w Polsce, cięgi zebrali religijni fundamentaliści i wychowani na ideałach europejskiego oświecenia liberałowie, wiecznie skłonni akceptować brutalne rządy armii, byleby łba nie podniosła islamska hydra.

"Śnieg" niektórych u nas rozczarował; rzeczywiście, powieść ta nuży przegadaniem, ale warto jej bronić, szczególnie w chwili, gdy Turcja puka do bram Europy. Jest to bowiem znakomity portret społeczeństwa miotającego się między Scyllą islamu a Charybdą świeckiej wizji Atatürka, społeczeństwa rozdartego między Wschodem i Zachodem. Pamuk zapragnął wsadzić kij w tureckie mrowisko polityczne i wydrwić pseudorewolucję: tę, co zmusza kobiety do zasłaniania twarzy chustą (choć pisarz nie pozwala sobie na kpinę z bohaterek, które wolą popełnić samobójstwo, niż ją zdjąć), i tę, co przemocą zdziera chustę w imię obrony laickiego państwa.

"Nazywam się Czerwień" pozornie w niczym "Śniegu" nie przypomina, można zrazu odnieść wrażenie, jakby wyszła spod innego pióra. Nie ma w niej krzty szyderstwa i goryczy, jakim był nasycony "Śnieg", nie ma najmniejszej skazy kompozycyjnej czy niewiarygodnie sportretowanej postaci. Jedyne rozczarowanie, jakie tym razem sprawia Pamuk, jest takie, że powieść wydaje się stanowczo za krótka, liczy sobie bowiem zaledwie sześćset stron. Zawsze jednak można do niej powrócić, i to bez obaw, że ponowna lektura odsłoni skazy tej arcydzielnej prozy. Jest w niej wszystko, co wywołuje rumieniec i przyspiesza bicie serca. Herezja, grzech i sprośne pragnienia; pasjonująca i przewrotna intryga kryminalna; romans nad romanse. Pełna dramatycznego piękna legenda o zapomnianym świecie islamskich miniaturzystów, wiele nieprzemijających pytań o naturę malarstwa wschodniego i zachodniego oraz rozważań o związkach sacrum i sztuki.

"Nazywam się Czerwień" to traktat o religii i kulturze islamu oraz o rozterkach tureckiej duszy. Pamuk boryka się z tureckimi "przeklętymi problemami" znanymi nam ze "Śniegu", lecz czyni to z finezją i polotem, jak artysta w pełni panujący nad tworzywem i niezrównany narrator, co chwilę zadziwiając czytelnika niespotykaną sztuczką. Nie o popisywanie się maestrią jednak chodzi, lecz o sprawy znacznie poważniejsze: o rozważenie wszystkich za i przeciw, jakie nakazują rodakom autora być wiernymi tradycji lub wyrwać ją sobie z serca. O tożsamość Turcji.

Dlatego mylą się ci, którzy prostodusznie porównują "Nazywam się Czerwień" z "Imieniem róży". Jeśli już szukamy paraleli, zaufajmy instynktowi Johna Updike'a, któremu ta powieść kryminalna przywiodła na myśl... "Doktora Faustusa". Pamuk wykorzystał bowiem sztukę malowania islamskich miniatur, tak jak Tomasz Mann wykorzystał muzykę w powieści o Adrianie Leverkühnie - by zbadać duszę własnego narodu. "Nazywam się Czerwień" zasługuje na porównanie z arcydziełem Manna nie tylko dlatego, że Pamuk pokazuje turecką odmianę apocalypsis cum figuris: szykują ją powieściowe bojówki wielebnego hodży Nusreta, grzmiącego, że osmańskie klęski militarne, drożyzna i dżuma są karą za sprzeniewierzenie się Prorokowi, szykuje ją też sam czas czy raczej jego nieubłagany duch, który wieści zagładę wysublimowanej miniatury. Porównanie nie razi również dlatego, że "Nazywam się Czerwień" to dzieło polifoniczne, powieść budowana z rozmachem, cudownie rozgadana, pełna sensualizmu, woni, gwaru, zamętu stambulskich kawiarni, gdzie bywalcy raczą się kawą (napój ten, jak grzmi hodża Nusret, wiedzie do bezeceństw, wrzodów, zaćmienia umysłu i bezpłodności), a wieczorami wsłuchują się w opowieści meddaha, który wciela się w Śmierć, Szatana czy fałszywą monetę.

O czym opowiada Pamuk w tej powieści kryminalnej, romansie czy może skrytym pod ich płaszczykiem traktacie o Bogu i Szatanie? Barwnej fabuły nie sposób streścić, grzech to zresztą śmiertelny odbierać czytelnikom radość jej smakowania. Dość powiedzieć, że rzecz dzieje się w szesnastowiecznym Stambule, a głównymi bohaterami są miniaturzyści, na zlecenie sułtana ilustrujący księgę, którą Władca Świata chce uczcić tysiąclecie Hidżry. Księga ma być darem dla doży weneckiego, gałązką oliwną, którą sułtan pragnie zadziwić Zachód, a zarazem zasiać strach w sercu doży. Miniatury powstają w pracowni artysty zwanego Wujem, ten zaś ich wykonanie powierzył swoim najzdolniejszym uczniom: Elegantowi, Bocianowi, Motylowi i Oliwce.

Powieść zaczyna się od monologu antypatycznego Eleganta, który leży martwy na dnie studni i poprzysięga sączyć w nasze dusze niewiarę w Boga, dopóki na wolności pozostaje jego morderca. Nie zamierza jednak zdradzić, czy był nim Oliwka, Motyl, czy Bocian, ani też dlaczego jedna z ilustracji stała się przyczyną jego śmierci i czym obrażała Allaha. Powoli poznamy tajemnicę pracowni Wuja: ilustracje przedstawiały psa, drzewo, fałszywą monetę, parę żebraków, Śmierć, Szatana, Czerwień i - o zgrozo! - sułtana namalowanego w stylu weneckim, islam zaś zabrania portretowania człowieka. W dzień Sądu Ostatecznego Allah okrutnie ukarze malarzy, którzy ośmielili się patrzeć na świat okiem Stwórcy: "Zostaną oni poproszeni o ożywienie stworzonych przez siebie form - powiada Wuj. - Nie będą mogli tego uczynić, zostaną więc skazani na męki piekielne".

Otomańska miniatura, która narodziła się z doświadczeń sztuki perskiej, mongolskiej i chińskiej, pogardzała indywidualnym stylem, sens sztuki upatrując w doskonaleniu i cyzelowaniu wzorów starych mistrzów. Wuj zaś zapragnął naśladować artystów chrześcijańskich, których podziwiał ongiś w Wenecji, zbliżyć sztukę do życia. Przyszło mu za to pójść w ślady Eleganta. Jego zmasakrowane ciało odnalazła córka, piękna Sekure, której mąż poległ na wojnie. Może zresztą nie poległ, ale Sekure chciałaby wiedzieć, czy jest wdową, czy kobietą porzuconą, bo w Stambule pojawił się przystojny Czarny, dawny uczeń Wuja, a Sekure obawia się, że wdowę z dwójką urwisów każdy skrzywdzi, na przykład szwagier Hassan...

Czarny musi wytropić mordercę Eleganta i Wuja, inaczej Sekure nie wpuści go do alkowy; co gorzej, może pozwoli skrzywdzić się Hassanowi? Sułtan zaś gotów jest skazać na tortury wszystkich podejrzanych, nie wyłączając Czarnego. Ten wie, że morderca zdradzi się jedynie w rozmowie o sekretach miniatury, o tajemnicach perskich mistrzów, o ilustrowanych przez nich księgach i poematach, o bezbożnych malarzach weneckich, którzy zamiast Stwórcy pokłonili się człowiekowi. Zachodzi też często do położonej na tyłach meczetu Aya Sofya pracowni mistrza Osmana, ostatniego z tych, co wierzą, że miniaturzysta nie maluje ręką, lecz pamięcią, bo oczy widzą jedynie niedoskonałość świata, pamięć zaś pozwala widzieć najczystszą formę, a miniatura jest ziemskim królestwem Allaha, w którym czas się zatrzymał, kolory recytują melodyjnymi głosami gazele, Szatan zaś nie istnieje.

"Nasze metody nie przetrwają, a kolory zblakną" - zaczynają się lękać najżarliwsi obrońcy miniatury. Jaki los czeka zatem naszą sztukę i duszę - zdają się pytać bohaterowie powieści? "Każdy z nas będzie rysował tak jak chce, z wykorzystaniem europejskich metod, w końcu opanujemy jakiś styl, ale nie uda nam się już odnaleźć siebie" - prorokuje Morderca, bojąc się, że Wenecjanie patrząc na księgę sułtana nie zadrżą przed jego potęgą, lecz zrozumieją, iż Osmanowie nie chcą być już Osmanami...

Kim zatem chcą być Turcy? Ci dwudziestowieczni, których pamiętamy ze "Śniegu", i ci szesnastowieczni, których poznaliśmy w "Nazywam się Czerwień"? W istocie to ci sami ludzie, wciąż poszukujący swego miejsca pomiędzy Wschodem i Zachodem. A przecież Koran powiada, że "Do Boga należy Wschód i Zachód!".

Orhan Pamuk, "Nazywam się Czerwień", przeł. Danuta Chmielowska, Kraków 2007, Wydawnictwo Literackie.

Ten materiał jest bezpłatny, bo Fundacja Tygodnika Powszechnego troszczy się o promowanie czytelnictwa i niezależnych mediów. Wspierając ją, pomagasz zapewnić "Tygodnikowi" suwerenność, warunek rzetelnego i niezależnego dziennikarstwa. Przekaż swój datek:

Dodaj komentarz

Usługodawca nie ponosi odpowiedzialności za treści zamieszczane przez Użytkowników w ramach komentarzy do Materiałów udostępnianych przez Usługodawcę.

Zapoznaj się z Regułami forum

Jeśli widzisz komentarz naruszający prawo lub dobre obyczaje, zgłoś go klikając w link "Zgłoś naruszenie" pod komentarzem.

Zaloguj się albo zarejestruj aby dodać komentarz

Newsletter

© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]