Szanowny Użytkowniku,

25 maja 2018 roku zaczyna obowiązywać Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016 r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia dyrektywy 95/46/WE (określane jako „RODO”, „ORODO”, „GDPR” lub „Ogólne Rozporządzenie o Ochronie Danych”). W związku z tym informujemy, że wprowadziliśmy zmiany w Regulaminie Serwisu i Polityce Prywatności. Prosimy o poświęcenie kilku minut, aby się z nimi zapoznać. Możliwe jest to tutaj.

Rozumiem

Reklama

W konflikcie z Chopinem

W konflikcie z Chopinem

18.08.2010
Czyta się kilka minut
Z Leszkiem Możdżerem rozmawiał Grzegorz Nurek.
G

Grzegorz Nurek: Czy mógłbyś w kilku słowach opowiedzieć o tym, co będzie się działo 21 sierpnia od 20.30 na Targu Węglowym w Gdańsku?

Leszek Możdżer: Na trzech połączonych scenach na zmianę będę grał z różnymi wykonawcami. Udało się zaprosić najwybitniejszych muzyków z całego świata. Będzie między innymi Lars Danielsson, Zohar Fresco, Naná Vasconcelos, Marcus Miller, John Scofield, orkiestra Aukso, Eddie Daniels. To są ludzie, którzy od lat przynależą do światowej czołówki muzyków i ich obecność w Gdańsku gwarantuje wysoki poziom wydarzenia. Ale co dokładnie uda nam się wypracować i jaki będzie efekt finalny, tego nie wiem. Pierwsze próby zaczną się na kilka dni przed koncertem.

Co zagrasz na otwarcie?

Ten koncert ma być pewnego rodzaju podsumowaniem. Raczej nie będę prezentował nowego repertuaru. Wiem już, co będę grał z Johnem Scofieldem, ustalam, co zagramy z Marcusem Millerem. Z wieloma muzykami współpracuję od lat i dobrze się rozumiemy.

Jednocześnie pracujesz w studiu nad innymi projektami...

Realizuję pomniejsze zamówienia. Kończę muzykę do filmu dokumentalnego o akcji Piotra Uklańskiego, który trzy tysiące żołnierzy ułożył w logo Solidarności.

Festiwal Solidarity of Arts jest sposobem uczczenia 200. rocznicy urodzin Chopina i 30-lecia powstania Solidarności. Szczególnie pierwsza z rocznic wpisuje się w Twoje muzyczne fascynacje. Kilka lat minęło od czasu, kiedy nagrałeś pierwszą płytę zawierającą utwory Chopina na jazzowo. Jak ewoluowało Twoje podejście do jego utworów?

Gram muzykę, która z Chopinem niewiele ma wspólnego. Bazuję jedynie na fragmentach jego zapisów. Przyznam szczerze, że nie do końca czuję się fair w stosunku do niego. On perfekcyjnie dopracowywał każdy zapis swoich kompozycji, pozostawił bardzo wyraźne wskazówki, jak należy je wykonywać. Ja to ignoruję. Biorę poszczególne fragmenty, które adoptuję w swoim muzycznym języku. Obawiam się, że gdyby Chopin żył, to bylibyśmy w konflikcie. Ale nie potrafię inaczej. Gdy idzie o klasyczne wykonania muzyki Chopina, to są lepsi ode mnie. Jako młody muzyk dałem się namówić na nagranie takich utworów i teraz jestem proszony o publiczne ich grywanie, co z radością robię, ale jednak wolę grać swoje kompozycje.

Także ostatnio na Przystanku Woodstock graliście Chopina na jazzowo. Jak reagowała publiczność?

W poprzednim roku też tam byłem, więc miałem już pewne doświadczenie. Granie na tak wielkiej scenie to doświadczenie, którego nie da się porównać z niczym. Człowiek, mimo że jest obserwowany przez setki tysięcy ludzi, na scenie czuje się samotny. Trudno nawiązać tak bliski energetyzujący kontakt z publicznością jak w małych salkach. W tej sytuacji ważniejsze jest wytworzenie napięcia między muzykami. Ale rzeczywiście publiczność przyjęła nas uważnie, z dużą atencją, wdzięcznością. Jurek Owsiak robi świetną robotę, gdy pomiędzy występy mocnych rockowych kapel wprowadza tego typu artystyczne wypowiedzi jak nasza. Publiczność często przekonuje się, że jazzu można słuchać, że ma on swoją siłę. Są też koncerty muzyki klasycznej, grywał Nigel Kennedy. Jurek daje im możliwość wyboru i to jest ta ważna edukacyjna rola. Za to go bardzo cenię.

Urodzeni w drugiej połowie lat 80. i w latach 90., Twoi młodzi słuchacze znają PRL jedynie z filmów i opowieści rodziców. Zapewne gdyby nie zmiany, które zapoczątkowała w Polsce Solidarność, mógłbyś być dzisiaj wyzywany w reżimowej prasie od bikiniarzy, którzy słuchają i grają jazz, kolorowo się ubierają i deprawują socjalistyczną młodzież.

No tak, ale w pewnym momencie istnienia PRL-u jazz wrócił do łask. Jazzmani dostawali paszporty, była specjalna komisja przyznająca kategorie muzykom. Muzycy czytający nuty i improwizujący dostawali kategorię "S", co wiązało się z wyższymi uposażeniami. Dla władz jazz stał się wizytówką, którą można się było pochwalić przed światem. Przez to, że w samej muzyce jazzowej było jednak tyle wolności, muzycy grali ją chętnie. Rzeczywistość PRL-u była absurdalna. Czy byłbym przeklęty? Nie wiem. Na jakimś poziomie każdy był zainfekowany współpracą z systemem. Dzięki Bogu, udało się komunizm w Polsce obalić.

Skąd u Ciebie już za młodu zainteresowania jazzem? Twoi rówieśnicy raczej jeździli do Jarocina, słuchali punka, rocka.

Nie zapominajmy, że uczęszczałem do szkoły muzycznej, gdzie mogłem poznać najlepszą światową literaturę muzyczną. Graliśmy utwory Bacha, Chopina, Prokofiewa, Rachmaninowa, Debussy’ego, najlepsze rzeczy, jakie kiedykolwiek napisano na fortepian. Owszem, i ja przeżywałem fascynację najprostszymi energetycznymi formami takich zespołów jak Pink Floyd czy Republika, ale tak naprawdę zachwycały mnie i inspirowały formy zawarte w muzyce jazzowej. Fascynowało mnie, że każdy z muzyków jazzowych ma swoje osobne brzmienie. Wiedziałem, że jeśli postawię na jazz, i ja mam szansę dopracować się własnego brzmienia. Pozostanie przy muzyce klasycznej skazywało mnie na bycie członkiem wielkiej armii wykonującej muzykę innych kompozytorów. Czułem, że w jazzie odbija się rzeczywistość, że tam są największe osobowości, że tam dzieje się to, co najciekawsze, że przez jazz wyrażają się muzycy, którzy osiągnęli najwyższy poziom warsztatowy, jak i koncepcyjny.

Jak wtedy docierałeś do płyt, które Cię interesowały?

Pamiętam taką wymianę, którą mieliśmy z uczniami z Berlina Zachodniego. Mój pierwszy pobyt na Zachodzie. To był olbrzymi wstrząs. Porównywałem estetykę obu światów, komfort życia, zawartość płytotek i sklepów muzycznych. Przywiozłem hałdy kaset, kopiowaliśmy winyle. Poznałem płyty Anthony’ego Coxa, Jonasa Hellborga, muzyków niemieckich. To była muzyczna inicjacja. Później, gdy graliśmy koncerty po całej Europie ze Zbyszkiem Namysłowskim, przywoziłem płyty kompaktowe, które zaczynały pojawiać się w sklepach. Mam z tego okresu całą ścianę płyt. Wydawałem na nie wszystkie zarabiane pieniądze. To były duże kwoty, honoraria były w niemieckich markach. Wtedy po przeliczeniu na złotówki cena takiej płyty była astronomiczna, ale mimo to kupowałem i przywoziłem do kraju, bo chciałem się jak najwięcej dowiedzieć o tym, jak grać jazz.

Czy ktoś w Twojej rodzinie grał wcześniej na instrumentach?

Z tego, co się zdążyłem zorientować, to w dalszych odgałęzieniach drzewa genealogicznego nikt z moich przodków nie zajmował się muzyką zawodowo. Natomiast mój ojciec do dzisiaj muzykuje. Śpiewa w paru chórach, gra na skrzypcach w orkiestrach. Wybrał najlepszą drogę wyrażania swojej miłości do muzyki. Gra jedynie dla przyjemności. Tego mu czasami zazdroszczę. Zawodowstwo wiąże się z obciążeniami związanymi z realizacją zamówień na czas, z przymusem wychodzenia na scenę.

Słucha Twoich płyt? Rozmawiacie o nich?

Słucha. Wiele rozmawiamy o muzyce. Jestem często zaskoczony trafnością jego uwag.

Ukazał się niedawno wywiad rzeka z Tomaszem Stańką - "Desperado".

Kupiłem tę książkę, ale jeszcze nie zdążyłem przeczytać.

Bardzo ciepło się o Tobie wyraża. Cytuję: "Pan często grywał z Możdżerem?". I odpowiedź: "Grywaliśmy w kwartecie, w duecie. Grał ze mną Komedę. Cały czas mieliśmy projekciki. Grywamy od czasu do czasu. To jest muzyk wysokiej klasy. Artysta wirtuoz". I dalej: "bardzo, ale to bardzo Leszka cenię", "Leszek zawsze ma moją sympatię". Chciałem się dopytać o te Wasze relacje. Nagraliście razem "A Farewell to Maria", w rankingach "Jazz Forum" wymieniacie się rokrocznie miejscami. Raz on zostaje muzykiem roku, raz ty. Podobnie z płytą roku. Nie ma między Wami cichej rywalizacji? I czy młodsi muzycy czasem nie dzwonią i nie żartują: "Dajcie i nam szansę"?

O kształcie ankiety Jazz Top w "Jazz Forum" decydują ankiety czytelników i słuchaczy. Przyznam, że im dłużej jestem muzykiem, tym mniej miejsca w mojej głowie zajmuje ten ranking. Nie sądzę też, aby w Tomaszu Stańce wzbudzał większe emocje. Chociaż gdy zaczynałem karierę, pojawienie się tam pierwszy raz mojego nazwiska było ważnym wydarzeniem życiowym.

Co dotychczas uważasz za swój największy muzyczny sukces?

Bardzo trudne pytanie. Nie potrafię na nie odpowiedzieć. Lubię parę swoich solówek, na przykład tę, którą zagrałem na płycie "Balboo" Piotra Żaczka. Tu i ówdzie udało mi się zrobić parę atrakcyjnych drobiazgów. Tyle że swojej pracy nie dzielę na zamknięte rozdziały. To jest otwarty proces, w którym różnorakie elementy się przenikają. Stąd trudność we wskazaniu jednej płyty czy koncertu. Myślę, że dopiero jak będę miał osiemdziesiąt lat, będzie widać, czym była dla mnie muzyka i ile udało się zrobić.

Jak wygląda u Ciebie proces komponowania?

Jeżeli mam zamówienie na utwór, wysyłam w przestrzeń pytanie, jak mam to zrobić, i po pewnym czasie przychodzi odpowiedź. Ostatnio, kiedy robiłem aranżacje utworów Chopina, miałem dylemat, jak zaaranżować jeden z utworów. Odpowiedź przyszła od zmywarki do naczyń. Kiedy chodząc po mieszkaniu szukałem odpowiedzi na pytanie, jak rozwiązać rytmicznie problem, włączyłem zmywarkę i okazało się, że ona bije na siedem czwartych. Dokładnie taki rytm był mi potrzebny, to było idealne rozwiązanie dla tego utworu. Najtrudniej jest zacząć. Postawienie ostatniej kreski taktowej wiąże się z ulgą. W studiu zmieniamy czasem tempo, tonację, kolejność poszczególnych odcinków. Ważne, aby daną kompozycję zapisać. Istnieje kilka wersji bardziej skomplikowanych utworów. Nagranie jednego utworu "Hydrospeed" z Larsem Danielssonem zajęło nam cały dzień. Podmieniliśmy w studiu linię basu, czyściliśmy nagranie fortepianu.

Pozwól, że przeczytam Ci fragment wspomnień George Sand - partnerki Chopina - fragment z "Dziejów mojego życia" przywołany w znakomitej książce Ryszarda Przybylskiego "Cień jaskółki": "Twórczość jego - czytamy u George Sand - była cudowna, spontaniczna. Znajdował ją nie szukając i nie przewidując zawczasu. Twórcze natchnienie nawiedzało go, gdy siedział przy fortepianie, nieoczekiwanie, doskonałe, wzniosłe lub brzmiało już muzyką w jego głowie podczas jakiegoś spaceru, a wtedy spieszno mu było usłyszeć swą myśl wyrażoną przez instrument. Ale wówczas rozpoczynał się najboleśniejszy trud, przy jakim kiedykolwiek asystowałam. Nieustanne pasmo wysiłków, wahań, odruchów zniecierpliwienia po to, by uchwycić niektóre szczegóły tematu swojej muzycznej idei. Chcąc ją zapisać, za bardzo analizował to, co stworzył jednym porywem myśli, a żal, że nie jest ona, jego zdaniem, wystarczająco jasna, wtrącał go w rozpacz. Całymi dniami zamykał się w swoim pokoju, spacerował po nim, płakał, łamał pióra, powtarzał i zmieniał setki razy jeden takt, tyleż razy zapisywał go i wymazywał, a nazajutrz zaczynał wszystko od nowa, z drobiazgowym, beznadziejnym uporem. Przesiadywał sześć tygodni nad jedną stronicą, aby w końcu zapisać ją tak, jak to nakreślił w pierwszym rzucie".

Wzruszający fragment. Rozumiem zachowanie Chopina. U niego każda nuta jest dopracowana, postawiona świadomie. I ten ból związany z komponowaniem: jak uchwycić przepływającą wodę, myśl wartką. Zapisać ją przy pomocy abstrakcyjnych znaków, zestawów dźwięków. To jest bardzo trudne. Nie da się tego zrobić bez cierpienia.

Masz może czas na to, by oderwać się od pracy, pójść na sopocką plażę, do kina, poczytać książkę?

Staram się znajdować chwile na beztroskę, ale przyznam, że na plażę nie chodzę, do kina rzadko, mam mało czasu na czytanie książek. Do tego dochodzi życie na walizkach, liczne koncerty. Kiedy wracam po dłuższej trasie, przez pierwszy dzień zupełnie nie wiem, co z sobą zrobić. Zamknięcie się we własnym mieszkaniu powoduje konfrontację z tym, że się jest zwykłym człowiekiem, a nie gwiazdą, którą się było wieczór temu. Pojawia się pustka i nie dziwię się, że wielu muzyków wybiera alkohol i narkotyki, aby ją zapełnić.

Czego Leszek Możdżer słucha w podróży na mp3?

W samolocie muzyki nie słucham. Hałas silników zagłusza odbiór. Podobnie podczas spaceru nie zakładam słuchawek na uszy. Otoczenie produkuje mnóstwo dźwięków, które mogą być inspirujące. Nasłuchuję, staram się łączyć te dźwięki w całość, wychwycić rytmy, kontrapunkty, odbicia (na przykład teraz zza naszych pleców, od strony morza słychać płacz dziecka).

Miałeś okazję poznać Pata Metheny’ego. Co myślisz o jego "Orchestrionie"?

Pat Metheny zapuścił się na niezbadane do tej pory terytorium. I to jest bardzo cenne. To akt sporej odwagi. Czas pokaże, czy to, co tam odkrył, zapłodni w przyszłości innych muzyków. Takie wycieczki są bardzo potrzebne. Porównuję pewnych artystów do pszczół zwiadowców w roju. Oni wylatują nie wiedząc, gdzie jest kwiat na dobry miód. Wiele z nich ginie. Natomiast ci, którzy dokonają ciekawych odkryć, powrócą i wskażą drogę innym. Być może to jest przypadek Metheny’ego. Gorzej gdy zwiadowca poświęci całe swoje życie na poszukiwania, a lot jest na darmo. Są setki kompozytorów, muzyków, artystów, którzy poświęcili życie na penetrowanie terenów i przestrzeni, które okazały się bezwartościowe.

Czy wiesz, w których krajach poza Polską Twoje płyty najlepiej się sprzedają?

Nie najgorzej jest w Niemczech. Na koncercie w Hamburgu pojawiło się siedemset osób. Kilka tysięcy osób przyszło na koncert w Paryżu. Czyli we Francji i w Niemczech zaczynam być powoli rozpoznawalny. Nie dysponuję pełną wiedzą, ile płyt z moją muzyką się sprzedaje, albowiem za młodu podpisałem kilka niekorzystnych dla siebie umów i teraz już nie mam kontroli nad niektórymi licencjami.

Będziesz wydawał płyty w Blue Note?

Zobaczymy. Właściwie dla mnie obecnie nie jest najważniejsze to, gdzie wydaję. Po tym, jak straciłem wiarę w charyzmę płyty kompaktowej, ważniejsze są dla mnie koncerty.

Czy wielość tych projektów, w które jesteś zaangażowany (blisko 100 nagranych płyt), ubogaca Cię, czy czujesz raczej, że rozmieniasz się na drobne, rozpraszasz?

Trudno powiedzieć. Nigdy tego nie wiem na początku. Czasem te, do których podchodzę z entuzjazmem, okazują się daremne, czasem te, do których podchodzę z nieufnością, okazują się pouczające, odżywcze.

Przeczuwałeś w dzieciństwie, że gdy dorośniesz, zostaniesz zawodowym muzykiem?

Od razu wiedziałem, że zostanę muzykiem. Nawet z lekką konsternacją muszę zauważyć, że inni mają różnorakie hobby, a ja jedynie zajmuję się muzyką. Czuję się trochę kaleki z tego powodu. Widzę, że każdy ma dodatkowe pasje, zajęcia. Nic, czego w życiu dotknąłem, nie dało mi tyle radości i ekstatycznych przeżyć, co muzyka. Muzyka ma to do siebie, że w trudnych życiowych chwilach można się w niej schronić.

Twój pierwszy poważny koncert to ten z klarnecistą Emilem Kowalskim, jeszcze zanim zacząłeś koncertować z "Miłością"?

To był początek lat dziewięćdziesiątych. Na tym koncercie pojawił się recenzent prasowy, dzięki czemu ukazała się w prasie pierwsza recenzja z mojego występu. To oczywiście nie był mój pierwszy występ publiczny. Już od siódmego roku życia co pół roku miałem obowiązek występować w szkole muzycznej z koncertem. Miałem też doświadczenie jako organista, za młodu grałem w kościele na Żabiance.

Skoro przywołałeś słowo "kościół", zapytam o wiarę. Jedną z płyt nazwałeś "Talk to Jesus". Wierzysz w nieśmiertelność dusz, życie po życiu?

Kiedy nagrywałem płytę "Talk to Jesus", chciałem wysłać sygnał: "Jeśli masz problem, porozmawiaj z Chrystusem, odezwij się do niego. Wszystko się ułoży". Mam świadomość, że proces życia jest większy niż ja sam. Nie potrafię zatrzymać bicia swojego serca, nie ja decyduję o tym, że ono pracuje. Jak widzisz, noszę na szyi krzyżyki. W swoim życiu doświadczyłem tego, że Chrystus jest faktem. Natomiast nie jestem pewien, co będzie po śmierci, jak funkcjonuje świadomość. W swoim życiu wielokrotnie doświadczyłem opieki kogoś większego. Gdy miałem problemy, śniłem się swoim przyjaciołom, którzy wyciągali potem do mnie pomocną dłoń. Jakaś magia w tym życiu istnieje. Na pewno jest w nią zaangażowany Bóg. Ale czy Bóg jest katolikiem, tego nie wiem.

Bóg ma poczucie humoru. A muzycy?

Nie przypominam sobie ostatnio żartów i psikusów, których ofiarą miałbym paść. Ale za młodu potrafiliśmy zrobić dyrygentowi żart i zagrać dany utwór w mol, a nie w dur. Umawialiśmy się, że kasujemy wszystkie krzyżyki. Mieliśmy ubaw, także i skonsternowany początkowo dyrygent. A najśmieszniejszym, najbardziej dowcipnym jazzmanem, którego znam, jest Tymon Tymański.

Jesteś na tyle rozpoznawalną osobą, że zaczepiają Cię ludzie podczas spacerów?

Bardzo rzadko podchodzą ludzie obcy. Ale jak już podchodzą, to są mili. Od razu widać, że to moi słuchacze: osoby inteligentne i wyjątkowe.

Ostatnio w mediach trwa dyskusja, czy artyście wolno więcej. Wolno?

Doczekaliśmy takich czasów, że prawie każdy staje się osobą publiczną. Posiada swoją stronę na portalach społecznościowych, mnóstwo informacji o nim można znaleźć w internecie. I każdy kreuje swój obraz. Sytuacje, w których pracodawcy zwalniają pracowników za umieszczenie nieobyczajnych zdjęć na autorskich stronach, stają się normą. Takie sytuacje wcześniej odnosiły się jedynie do artystów, celebrytów, gwiazd. Wizerunek musiał być spójny, bo inaczej media, opinia publiczna mściły się srogo za brak konsekwencji. Teraz ludzie mogą poczuć, jak to jest być wystawionym na widok publiczny. Witamy w show biznesie, Szanowni Państwo.

Sopot, 5 sierpnia 2010 r.

Leszek Możdżer (ur. 1971) jest kompozytorem i pianistą jazzowym, absolwentem Akademii Muzycznej w Gdańsku. Nagrał blisko sto płyt, stworzył muzykę do spektaklu "Śluby Panieńskie", musicali "Scat" i "Hair", z Janem Kaczmarkiem nagrał muzykę do filmu "Marzyciel" nagrodzoną Oscarem. W latach 1991-97 grał w zespole "Miłość". Laureat Paszportu Polityki, Nagrody Wielkiej Fundacji Kultury, Fryderyka, Nagrody Ministerstwa Spraw Zagranicznych za promowanie polskiej kultury za granicą. Więcej o artyście na www.mozdzer.com.

Czytasz ten tekst bezpłatnie, bo Fundacja Tygodnika Powszechnego troszczy się o promowanie czytelnictwa i niezależnych mediów. Wspierając ją, pomagasz zapewnić "Tygodnikowi" suwerenność, warunek rzetelnego i niezależnego dziennikarstwa. Przekaż swój datek:

Dodaj komentarz

Usługodawca nie ponosi odpowiedzialności za treści zamieszczane przez Użytkowników w ramach komentarzy do Materiałów udostępnianych przez Usługodawcę.

Zapoznaj się z Regułami forum
Jeśli widzisz komentarz naruszający prawo lub dobre obyczaje, zgłoś go klikając w link "Zgłoś naruszenie" pod komentarzem.

Zaloguj się albo zarejestruj aby dodać komentarz

© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]