Reklama

Tysiąc żywotów Jacka

Tysiąc żywotów Jacka

03.04.2017
Czyta się kilka minut
Kaczmarski pojawił się na artystycznym firmamencie niczym meteor tunguski. Pojawił się, zagrzmiał, przeorał ziemię i pozostawił po sobie niezatarty ślad.
Jacek Kaczmarski daje koncert dla redakcji „Gazety Wyborczej”, Warszawa, 8 maja 1990 r. Fot. Tomasz Wierzejski / FOTONOVA
N

Nad debiutem scenicznym Jacka Kaczmarskiego w latach 70. jaśniały dwa wielkie słońca: Wojciech Młynarski i Władimir Wysocki. Młynarski wniósł perfekcję w operowaniu słowem, zacięcie satyryczne i frazę opiewającą „uroki” życia w PRL-u, Wysocki zaś zaraził energią i temperaturą przekazu.

Był młodziutki, wściekły i genialny.

Abonament na wygrywanie

Urodził się równo 60 lat temu. Jako dziecko artystów był na los artysty po trosze skazany. Ojciec, Janusz Kaczmarski, był cenionym malarzem, absolwentem prestiżowych studiów w ZSRR. Matka, Anna Trojanowska-Kaczmarska, była malarką, pedagogiem, autorką fundamentalnej pozycji na temat kształcenia twórczego dzieci. Stawiali na samorealizację przez sztukę, budowanie wrażliwości, wyrażanie siebie poprzez twórczość. Ogromne znaczenie mieli także dziadkowie Kaczmarskiego – to u nich spędził dzieciństwo, dopiero w wieku nastoletnim wracając pod skrzydła ojca. Do tego momentu czyta, pisze, uczy się języków obcych, gry na fortepianie; sposobem kontaktu z rodzicami stają się listy, będące zapisem duchowego dojrzewania. Istotny zdaje się fakt pozostawania niejako pod szklanym kloszem – również dziadkowie stanowią część PRL-owskiego establishmentu, zaś żydowskie pochodzenie zarówno matki, jak i babki okaże się w przyszłości istotnym elementem dokonywanych wyborów artystycznych i postrzegania świata.

Młody Kaczmarski chce zostać artystą, żyje więc raczej w świecie sztuki niż w gronie rówieśniczym, i to, jak się zdaje, sprawia, iż przez całe życie hołubi w sobie mit samotnego dziecka-geniusza. Jak później zauważy w szeregu wywiadów, rozpieszczany przez dziadków, otoczony powszechną akceptacją, nie potrafi znaleźć umiaru w niczym, nie umie zrezygnować z wszechstronnej żarłoczności, z głodu lektur, głodu akceptacji, głodu wrażeń – od estetycznych po erotyczne.

Gitarę wziął do ręki mając lat 13, jednak doskonałe warunki rozwoju sprawiły, iż artystyczną dojrzałość osiągnął bardzo wcześnie, już w wieku lat 17 pisząc swe pierwsze poważne „rzeczy”: m.in. „Obławę”, będącą swobodną parafrazą pieśni Wysockiego, którego miał okazję podziwiać na prywatnym koncercie w domu Jerzego Hoffmana.

Na poważnej scenie Studenckiego Festiwalu Piosenki także zadebiutował nieprzyzwoicie młodo: w 1977 r., grając „Obławę”, „Przedszkole” i „Przybycie tytanów”. Mówiąc językiem współczesnym, „rozwalił system”. Późniejsze edycje SFP zdominował do tego stopnia, iż żartobliwie chciano mu przyznać abonament na wygrywanie. Współpraca z Przemysławem Gintrowskim i Zbigniewem Łapińskim sprawiła, że na rynku pojawiło się prawdziwe power trio – wkład Kaczmarskiego jako dostarczyciela tekstów i głównego głosu dopełniały znakomite kompozycje i charyzma Gintrowskiego oraz wszechstronny talent Zbigniewa Łapińskiego, który jak wielki „macher” kleił całość swym fortepianem i głosem.

Mury i pal

Już wtedy okazało się, że bodaj największą siłą tria są teksty. Zdawało się, że młodzieniec nie ma prawa pisać tak dojrzałych, różnorodnych i doskonałych wierszy. Na uwagę zasługuje też jego artystyczna płodność: Przemysław Gintrowski wspominając atmosferę tamtych lat żartował, że ledwie Kaczmarski przyniósł tekst, żądał gotowej piosenki. Silnie inspirowali się balladą rosyjską. W tle byli oczywiście Okudżawa, Wysocki czy Galicz, ale także Jesienin i Wertyński. Wszak romans rosyjski niósł nutę tęsknoty, rozpaczy, w pijackim, niekiedy w kokainistycznym widzie. Echa tej schyłkowości słyszymy w genialnym „Encore”. Tutaj tekst jest w istocie wniknięciem w scenę z obrazu Fiedotowa. Ta metoda – analiza obrazu, filmu, książki i obudowanie jej własnym rozczytaniem znaków – stanie się w przyszłości „podpisem” Kaczmarskiego.

Jak pisał Piotr Bratkowski, kultura studencka była w czasach późnego Gierka obszarem, na którym wolno było więcej – była rodzajem czyśćca, z którego albo przechodziło się na estradę profesjonalną (jak Ewa Demarczyk, Marek Grechuta czy Maryla Rodowicz), albo podlegało się oficjalnemu „zniknięciu” (jak Salon Niezależnych czy Teatr Ósmego Dnia). Kaczmarski wybrał, wzorem Młynarskiego, gry z cenzurą – choć jak wyznał później, irytowało go „spieranie się z jakimś bucem o użycie przymiotnika »fioletowy« bądź »czerwony«” – dzięki czemu zagrał m.in. na obsesyjnie pilnowanym przez „smutnych panów” festiwalu opolskim. Dostał tam nagrodę dziennikarzy za „Epitafium dla Włodzimierza Wysockiego” – niezwykły hołd złożony autorowi „Koni narowistych”, będący przenikliwym rozczytaniem sowieckiego piekła. Przez pewien czas był również członkiem kabaretu Jana Pietrzaka, jednak już podczas strajków sierpniowych wybrał „obieg”, śpiewając dla robotników w Stoczni Gdańskiej (to jego gitara wybrzmiewa w pieśni „Janek Wiśniewski padł” śpiewanej przez Krystynę Jandę).

Momentem zwrotnym w życiu Kaczmarskiego było zetknięcie z pieśnią Lluísa Llacha „L’Estaca” (czyli „Pal”). W wierszu katalońskiego barda tytułowy pal był symbolem uwięzienia – niewolnicy ciągnąc w różne strony sprawiają, że „stoi jak stał”. Stary Sizet, mentor, obserwujący wysiłki uwięzionych, mówi, że tylko wspólne szarpnięcie pozwoli się uwolnić. Na płycie, którą znał Kaczmarski, słychać było, jak tłum zgromadzony na Camp Nou śpiewa wraz z poetą. I tu dokonał Kaczmarski dwóch zmian – pal stał się murem, który trzeba zwalić, zaś optymistyczne zakończenie pieśni Llacha zmieniło się, jak wyznał Kaczmarski, w gorzką refleksję o rewolucji pożerającej swych inspiratorów. Pojawił się też w głowie Kaczmarskiego obraz tłumu, który dopada na ulicy Żyda czy innego cudzoziemca. Mimo pesymistycznego zakończenia staną się „Mury” hymnem Sierpnia, potraktowanym przez słuchaczy na zasadzie, o której w „Sound of Silence” śpiewali Paul Simon i Art Garfunkel – „people hearing without listening” – ważne, że chodzi o „wyrwanie murom zębów krat”, a ostatnia zwrotka i gorzka pointa o łańcuchach, które na nowo „kołyszą się u nóg”, zmienia się w biały szum.

Trio i sam Kaczmarski grają setki koncertów w Polsce (niekiedy po pięć dziennie), przemieszczając się po kraju, a jakże, maluchem. Tuż przed stanem wojennym Kaczmarski wyjeżdża do Paryża, aby tam sfinalizować plany trasy koncertowej tria. Niestety 13 grudnia na drodze staje im Wojciech Jaruzelski, nazwany za czas jakiś Spawaczem.

Kodyfikator mitów

Realizując romantyczny kanon wieszcza-uchodźcy, postępuje Kaczmarski trochę jak Mickiewicz: po ogłoszeniu stanu wojennego nie wraca na ojczyzny łono, żeby pieśniami zagrzewać do walki czy zza krat wysyłać grypsy z tekstami mającymi podtrzymać nadzieję, ba, nie wraca także, żeby malowniczo zginąć gdzieś zrzucony ze schodów czy utopiony w gliniance. Miast tego początkowo stara się organizować „robotę” w Paryżu, później zaś jeździ po świecie, zbierając fundusze dla Solidarności.

Wreszcie Zdzisław Najder proponuje mu pracę w Radiu Wolna Europa – to stamtąd śle Kaczmarski swe pieśni, prócz tego nadal gra koncerty na wszystkich kontynentach. Z perspektywy części mieszkańców PRL-u, jęczących pod szarym knutem stanowojennej nudy, ta dająca profity działalność jest niewybaczalną zdradą. Jednak dla większości był Kaczmarski wieszczem swego pokolenia, współczesnym Mickiewiczem, Arką Przymierza między dawnymi a młodszymi laty, między stoczniowcem a mediewistą, między włókniarką a literaturoznawcą. Przekrzykując radiowe zagłuszarki skierowane na Monachium, stał się emanacją Pielgrzyma, podtrzymując ducha protestu, wiarę i nadzieję.

Motorem całości była tu nie tylko intelektualna dojrzałość Kaczmarskiego, ale także jego wręcz nieludzka witalność – przełożone na język poezji, sprawiały one, że „piękny dwudziestoletni” Kaczmarski nie był jednym z nas, tylko uczestniczył w wiecznym cyklu odradzania się, niczym hrabia Saint-Germain, ze świadomością przeżytych wieków czy nawet tysiącleci. Przez całe lata, słuchając kolejnych jego dzieł, czuło się, że Kaczmarski nie urodził się 22 marca 1957 r. Że nie zdarzyło się to w Warszawie, tylko gdzieś w Pompejach, że poczęto go w jakiejś ruskiej wiosce, gdzie stawiano cerkiew, a może w sztetlu, w cieniu synagogi, czy gdzieś w zonie, gdzie po wizycie Obcych zostały Artefakty, szabrowane przez podobnych mu Stalkerów. Tak, na dobrą sprawę był Kaczmarski zarówno Stalkerem, który nie bał się wchodzić do żadnej zony, jak też samym Obcym – z naszej perspektywy zjawił się, urządził sobie piknik na skraju drogi, zostawił tropy, z których możemy odczytać tę czy inną wiedzę. Kaczmarski jawi się jako mediumiczny przewodnik duchowy, który dzięki niesamowitej sprawności językowej umożliwiał nam wsłuchanie się w głosy Owidiusza, Baczyńskiego, Wata, Norwida, Jasieńskiego, Kochanowskiego. Wcielał się w psychiki kolejnych epok, jak wielki Nauczyciel, kodyfikator narodowych mitów.

Życie utajone

Po roku 1989 Kaczmarski wraca do kraju, gra koncerty, na pewno w euforii, ale i nieco zaskoczony tym, że nadal go pamiętają, i że pamiętają go tak intensywnie. Pierwsza trasa po Polsce, w tym pamiętny koncert w Hali Wisły, gdzie słychać było wszystko poza dźwiękiem ze sceny, mogły dawać nadzieję, że znów ma za sobą rzesze. Z tym że ludzie przyszli na Kaczmarskiego, żeby grał ku pokrzepieniu serc. Nie ku przerażaniu.

A później przyszła wolność wyboru. I ludzie wybrali. Część – mniejsze zło. A większość – większe dobro. Czy raczej większe dobra. Twórczość Kaczmarskiego stała się twórczością elitarną, ogół pragnął odgrzewanych kotletów, kolejne albumy rozmijają się z pragnieniem tłumów. Kaczmarski zrealizował swe marzenie o zostaniu prozaikiem. Tu także jego przekora, przenikliwość i dążenie do prawdy nie znajdują szczególnego odzewu. Ba, „Autoportret z kanalią”, rodzaj łże-biografii, czytany jest jeden do jednego. Wyjeżdża do Australii, zjawiając się w Polsce na kilka miesięcy, grając – zadziwiająca sytuacja – trasy koncertowe pokrywające koszt mieszkania na Antypodach.

Wreszcie wraca do Polski, tworzy nowe gniazdo, osadza się, uspokaja. I wtedy spada cios najokrutniejszy – choroba nowotworowa krtani. Przez chwilę ma wybór: wybiera metody nieinwazyjne, mając nadzieję, że jeszcze będzie mógł zaśpiewać. Później nie ma już czasu. Widzimy jego walkę z chorobą, spokojny heroizm, pokonywanie własnej niemocy. I tu kolejna lekcja – reakcja środowiska. Bez względu na style muzyczne, indywidualne sympatie, możliwości, ogromna rzesza muzyków, fanów, ludzi pozornie niezainteresowanych bierze udział w pomocy. Niestety, Jacek Kaczmarski w 2004 r. przegrywa walkę z chorobą.
Jest, a jakby go nie było. Prócz zarażonych „Kaczmarem”, którzy mają go na bieżąco, mało kto ma okazję zetknięcia się z piosenkami z płyt „kanonicznych”. Jeszcze rzadziej wpadają w ręce albumy późniejsze. Dobrze, że nadal można kupić „Syna marnotrawnego” – ogromny wielopak, zawierający 22 płyty. Jeśli chodzi o biografię i interpretacje, gdyby nie gruntowne, a zarazem pełne pasji prace Krzysztofa Gajdy, adiunkta w Pracowni Badań Literatury i Kultury Niezależnej poznańskiego UAM, wiedza na temat Kaczmarskiego byłaby własnością garstki. Fascynujące, że choć w latach 90. wydawano wywiady rzeki z absolutnymi „niktami”, Jacek Kaczmarski nie obszedł prawie nikogo. Na dobrą sprawę jednym z większych wywiadów było „Pożegnanie barda” Grażyny Preder – spisane w zaledwie pięć dni, niemniej stanowiące cenne źródło nie tylko dla fanów Poety.
Czy zatem Kaczmarski to przeszłość, mit, iskra, która zgasła? Czy widać go gdzieś w ilościach nadmiernych? Kilka płyt z lepiej lub gorzej pomyślanymi coverami? Jakiś program w TV? Jakiś koncert albo dwa, z gronem popularnych w danym sezonie artystów, z promptera czytających teksty „Kaczmara”?

Nie, proszę Państwa, bo gdzieś pod zastygłą lawą siermiężno-okazjonalnej rzeczywistości bije źródło, którego istnienia nie zdawały się podejrzewać media w czasach, gdy Kaczmarski żył. Prężnie działa Fundacja im. Jacka Kaczmarskiego – organizując m.in. Festiwal Piosenki Poetyckiej im. Jacka Kaczmarskiego „Nadzieja”, który odbywa się w Kołobrzegu (rywalizują w nim młodzi artyści, przedstawiając jeden własny utwór oraz interpretację którejś z piosenek Jacka). Kaczmarski zszedł też do undergroundu (dosłownie, bo tak właśnie – Kaczmarski Underground – nazywa się inny festiwal, połączony z wykorzystaniem piosenek Kaczmarskiego w szkole). Nie mówiąc o dziesiątkach innych większych i mniejszych inicjatyw.

A poza tym wszystkim jest ten ostatni, najbardziej istotny z elementów promocji – Kaczmarski po prostu grany jest i śpiewany przez młodych ludzi: przy ogniskach, w akademikach, w górach, oni sami niosą te pieśni. A pieśni, jak się okazało przy okazji ostatniego literackiego Nobla, mają kolosalną moc. Gdzieś pod powierzchnią codziennej papki słów, mamałygi politycznego bełkotu, niosą pamięć, myśl, nadal mogą łączyć, nadal mogą inspirować.

Pamiętajmy o Kaczmarskim, róbmy swoje. ©

Ten materiał jest bezpłatny, bo Fundacja Tygodnika Powszechnego troszczy się o promowanie czytelnictwa i niezależnych mediów. Wspierając ją, pomagasz zapewnić "Tygodnikowi" suwerenność, warunek rzetelnego i niezależnego dziennikarstwa. Przekaż swój datek:

Autor artykułu

Poeta, muzyk, kompozytor, śpiewający autor, recenzent muzyczny, felietonista i krytyk literacki, stały współpracownik „Tygodnika Powszechnego”. Zadebiutował w 1992 roku na 28. Studenckim...

Dodaj komentarz

Usługodawca nie ponosi odpowiedzialności za treści zamieszczane przez Użytkowników w ramach komentarzy do Materiałów udostępnianych przez Usługodawcę.

Zapoznaj się z Regułami forum

Jeśli widzisz komentarz naruszający prawo lub dobre obyczaje, zgłoś go klikając w link "Zgłoś naruszenie" pod komentarzem.

Pierwsze slysze o inspiracjach Mlynarskim. Skad ta informacja ?
Zaloguj się albo zarejestruj aby dodać komentarz

© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]