Po aresztowaniu we Francji Pawła Durowa, założyciela serwisu Telegram, w mediach społecznościowych wybuchła histeria, że to zamach na wolność słowa. Na najgłośniejszego jej obrońcę stara się kreować Moskwa, która oskarża rząd w Paryżu o zapędy totalitarne. W sieci błyskawicznie zaczęło krążyć zdjęcie pocisku z napisem „Dla Durowa”, a jeden z najpopularniejszych prokremlowskich blogerów Borys Rożyn (na Telegramie ma 800 tys. subskrybentów) stwierdził, że „żyjemy w świecie, gdzie idee Orwella zatriumfowały”.
Aresztowanie Durowa nie powinno być jednak zaskoczeniem, przynajmniej nie dla niego. Od miesięcy Durow unikał podróżowania po Europie, wiedząc, że francuscy śledczy wydali nakaz jego aresztowania. Prezes czwartej na świecie pod względem liczby użytkowników platformy społecznościowej odmawiał współpracy z organami ścigania w zwalczaniu pedofilii czy handlu ludźmi, bronią i narkotykami.
Komu przeszkadza aplikacja Telegram?
Działający od 2013 r. serwis jest ważnym kanałem komunikacji, szczególnie w krajach, gdzie nie ma dostępu do niezależnych wiadomości, a wymiana poglądów jest utrudniona. To właśnie składana przez Durowa obietnica, że wolność słowa na jego platformie nie będzie ograniczana, a dane użytkowników chronione, napędzała jej popularność – dziś Telegram ma ponad 900 mln użytkowników. Tyle że to właśnie dzięki brakowi reguł Telegram stał się rajem dla dezinformacji, wszelkiej maści ekstremizmów, a także dla przestępców.
Durow nie pierwszy raz ma problem z władzami państwowymi. 10 lat temu Moskwa zażądała, by zamknął profile opozycjonistów na założonym przez niego portalu VKontakte. Zamiast tego sprzedał udziały w firmie i wyjechał z Rosji, by poświęcić się budowaniu Telegrama (źle na tym nie wyszedł: „Forbes” szacuje jego majątek na 15 mld dolarów). Czy rzeczywiście zbudował platformę zapewniającą anonimowość użytkowników? Wiadomości nie są domyślnie szyfrowane, a serwis cenzurował treści (m.in. w Indonezji, gdzie usuwał profile związane z Państwem Islamskim, czy w Izraelu, gdzie blokował kanały Hamasu).
Musk nie rozumie sytuacji Durowa
Po zatrzymaniu Durowa natychmiast pojawiły się spekulacje, że Francuzi wymuszą na nim oddanie „kluczy” do serwisu. Redaktorka naczelna anglojęzycznej Russia Today, Margarita Simonjan, wezwała użytkowników do usunięcia wrażliwych wiadomości; podobne zalecenie miał wydać żołnierzom rosyjski sztab generalny. Francji wydaje się chodzić tylko o współpracę w sprawie użytkowników, którzy dopuścili się przestępstw (śledztwem kieruje wydział policji zajmujący się przestępstwami wobec nieletnich).
Ta precedensowa sprawa dotyczy jednak nie tylko Durowa i Telegrama. Może ona zmienić to, jak w Europie działają wszystkie platformy społecznościowe. Państwa UE od lat żądały od nich moderowania treści i odcinania dostępu przestępcom i tzw. farmom trolli siejącym dezinformację. Bruksela wzmocniła te głosy, wdrażając dyrektywę o rynkach cyfrowych.
Tyle że prezesi mediów cyfrowych nie bardzo się tym przejmowali. Nic dziwnego, że dziś wśród obrońców Durowa jest Elon Musk, właściciel platformy X (dawny Twitter), który pisze: „Europa w roku 2030: zostajesz stracony za polubienie mema”. Tymczasem Francja właśnie pokazuje, że jednak ani nie stracony (w UE nie ma kary śmierci), ani nie za mema, lecz że cyfrowy miliarder może trafić do aresztu po prostu za pozwolenie na rozpowszechnianie pornografii dziecięcej.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.




















