Szanowny Użytkowniku,

25 maja 2018 roku zaczyna obowiązywać Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016 r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia dyrektywy 95/46/WE (określane jako „RODO”, „ORODO”, „GDPR” lub „Ogólne Rozporządzenie o Ochronie Danych”). W związku z tym informujemy, że wprowadziliśmy zmiany w Regulaminie Serwisu i Polityce Prywatności. Prosimy o poświęcenie kilku minut, aby się z nimi zapoznać. Możliwe jest to tutaj.

Rozumiem

Reklama

Taksówką do Berlina

Taksówką do Berlina

02.11.2014
Czyta się kilka minut
Audycja na żywo z Warszawy nie doszła do skutku. Historia zakpiła sobie z nas, dziennikarzy: 9 listopada znaleźliśmy się w niewłaściwym miejscu. Trzeba było sobie radzić.
Kolumna trabantów z NRD wjeżdża do Niemiec Zachodnich w dzień po otwarciu granicy; 10 listopada 1989 r. Fot. Frank Leonhardt / DPA / CORBIS
N

NRD, to niechciane państwo, otaczające „mój” Berlin Zachodni i wcześniej dostatecznie często zagrażające istnieniu naszej „wolnej wyspy na morzu czerwonym”, zdawało się trząść w posadach – wtedy, 25 lat temu. Choć jego władcy zachowywali się tak, jakby mieli rządzić wiecznie. Ledwie kilka miesięcy wcześniej Erich Honecker wypowiedział słynne zdanie, że „mur [berliński] będzie stać jeszcze sto lat”.
Wtedy, latem i wczesną jesienią, tysiące młodych Niemców z NRD zdążyły już uciec na Zachód – przez Węgry i ambasady RFN w Pradze i Warszawie – wywierając presję na władze. Ale ważniejsze od tego exodusu było coś innego: w NRD ludzie przezwyciężali strach i wychodzili na ulice, dając upust niezadowoleniu. Najpierw tysiące, potem dziesiątki tysięcy, najpierw w Lipsku, później także w innych miejscach.
Demonstracje poniedziałkowe w Lipsku – one stały się legendą. Także dlatego, że nagrania z Montagsdemos emitowane były przez telewizję – zachodnią. Nagrywane potajemnie przez dwóch odważnych Niemców z NRD, szmuglowane na Zachód, trafiały najpierw do nas: do programu „Kontrasty”, którego redakcją wtedy kierowałem.
Pamiętam tamten dzień, 4 listopada 1989 r. Była pochmurna sobota, gdy spotkaliśmy się w pracy, w grupie kilku kolegów, by planować obsługę wizyty kanclerza Kohla, który za chwilę miał lecieć do Warszawy. Wizytę pierwszego zachodniego polityka u Tadeusza Mazowieckiego, pierwszego niekomunistycznego premiera, chcieliśmy relacjonować na żywo – z komentarzami z Warszawy, Bonn i Berlina Zachodniego.
Ktoś włączył telewizor i powiedział: „Patrzcie, co dzieje się po drugiej stronie!”. Zwrot „po drugiej stronie” oznaczał wschodnią część miasta, stolicę NRD. To, co zobaczyliśmy, było niezwykłe – mimo że mieliśmy już za sobą obrazy z Lipska. Oto na berlińskim Alexanderplatz zebrał się nieprzeliczony tłum (może nawet milion ludzi), by protestować przeciw NRD-owskim realiom. Ta największa demonstracja w historii NRD została zorganizowana przez znanych artystów, a transmitowana była na żywo i bez cenzury przez wschodnią telewizję państwową. Ratować, co jeszcze uratować można: taka dewiza zaczynała przyświecać wielu ludziom, lojalnym dotąd wobec państwa.
Zadaliśmy sobie pytanie: czy w takiej sytuacji możemy opuścić Berlin? Odpowiedzi były zgodne: oczywiście tak, bo cóż jeszcze może zdarzyć się w NRD? Kolejna demonstracja? Że za parę dni, 9 listopada, granica zostanie otwarta i mur berliński się zawali (najpierw symbolicznie, potem faktycznie) – tego, przy całym dramatyzmie wydarzeń, nikt nie mógł sobie wyobrazić. A poza tym: wydarzenia w Polsce, zmierzające w kierunku demokracji, wyprzedzały inne kraje. Byliśmy ciekawi, co dzieje się w Warszawie.
Kilka dni później, już w polskiej stolicy, wiatr wolności można było odczuć niemal fizycznie. Zdawało się, że w Warszawie, która podczas wcześniejszych wizyt, za socjalizmu, potrafiła być nieprzyjemna i odpychająca, teraz wszystko jest inne. Zakwaterowanie w niedawno otwartym hotelu Marriott, przyjacielska gotowość do pomocy ze strony oficjeli, swobodny dostęp do zachodniej prasy, poczucie, że żaden bezpieczniacki „ogon” nie depce po piętach. „Warszawa to nowy Zachód” – powiedział jeden z kolegów.
Aby od razu uprzedzić dalsze wydarzenia: wielka audycja na żywo z Warszawy nie doszła do skutku. Historia zakpiła sobie z nas, dziennikarzy (a także z polityków). Późnym popołudniem 9 listopada Kohl przyleciał do Warszawy, a wraz z nim armia doradców, przedsiębiorców i przedstawicieli bońskiej prasy. Większość zakwaterowano, jak nas, w Marriotcie. Przybyli i poznikali w swych pokojach – aby nagle, dobrą godzinę później, jak na komendę zjawić się tłumnie w hotelowym lobby. Zdenerwowanie było ogromne, a wszyscy powtarzali jedno pytanie: jak najszybciej dostać się do Berlina?
Cóż się wydarzyło? Wszyscy, także ja, włączyliśmy – odruch dziennikarski – wiadomości telewizyjne niemieckiej ARD czy brytyjskiej BBC (było to już w Polsce możliwe). I zobaczyliśmy, że w Berlinie dzieje się coś niewyobrażalnego: granica była otwarta, fala mieszkańców wschodniej części miasta płynęła do części zachodniej. A my siedzieliśmy – w Warszawie. Nigdy wcześniej i nigdy później nie doświadczyłem tak gorzko starej dziennikarskiej mądrości: że nie ma nic gorszego, jak być w niewłaściwym czasie na niewłaściwym miejscu. Większość kolegów, po raz pierwszy w Polsce, rzuciła się na lotnisko i dworzec, aby wrócić zrezygnowana do hotelu. Tej nocy nic już nie leciało ani nie jechało do Niemiec.
Co robić? „Zadzwonię do Bogdana” – oświadczyła moja żona, urodzona warszawianka, która towarzyszyła naszej ekipie jako producentka. Bogdan – to był sympatyczny taksówkarz, prywatny, z którego usług korzystaliśmy podczas pobytów w Warszawie. Chwilę później toyota corolla w kolorze lipowej zieleni stała pod hotelem, z Bogdanem pełnym zapału, by mnie i dwóch kolegów zawieźć do Berlina, 600 km po drogach innych niż dziś.
Była to najdłuższa i najważniejsza podróż, jaką odbyłem taksówką w całym moim życiu. Wyjechaliśmy tuż po północy. Droga była upiornie pusta. Minęliśmy wymarły Konin, bezludny Poznań. Świtało, gdy zbliżyliśmy się do granicy. Kontrola była nieskomplikowana, zero napięcia. Nawet NRD-owscy pogranicznicy starali się o dobry nastrój, jakby pojęli, że wszystko się zmienia. A gdy przekroczyliśmy Odrę i znaleźliśmy się w potoku trąbiących trabantów, wśród roześmianych ludzi zmierzających w stronę Berlina Zachodniego, uświadomiłem sobie, że właśnie wjechaliśmy na drogę, która prowadzi ni mniej, ni więcej, tylko do zjednoczenia Niemiec.

Przełożył WP

JOACHIM TRENKNER jest korespondentem „TP” w Berlinie. W 1989 r. był dziennikarzem telewizji SFB w Berlinie Zachodnim i szefem programu „Kontrasty”.

Czytasz ten tekst bezpłatnie, bo Fundacja Tygodnika Powszechnego troszczy się o promowanie czytelnictwa i niezależnych mediów. Wspierając ją, pomagasz zapewnić "Tygodnikowi" suwerenność, warunek rzetelnego i niezależnego dziennikarstwa. Przekaż swój datek:

Autor artykułu

Dziennikarz, korespondent „Tygodnika Powszechnego” z Niemiec. Wieloletni publicysta mediów niemieckich, amerykańskich i polskich. W 1959 r. zbiegł do Berlina Zachodniego. W latach 60....

Dodaj komentarz

Usługodawca nie ponosi odpowiedzialności za treści zamieszczane przez Użytkowników w ramach komentarzy do Materiałów udostępnianych przez Usługodawcę.

Zapoznaj się z Regułami forum

Jeśli widzisz komentarz naruszający prawo lub dobre obyczaje, zgłoś go klikając w link "Zgłoś naruszenie" pod komentarzem.

Zaloguj się albo zarejestruj aby dodać komentarz

© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]