Szanowny Użytkowniku,

25 maja 2018 roku zaczyna obowiązywać Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016 r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia dyrektywy 95/46/WE (określane jako „RODO”, „ORODO”, „GDPR” lub „Ogólne Rozporządzenie o Ochronie Danych”). W związku z tym informujemy, że wprowadziliśmy zmiany w Regulaminie Serwisu i Polityce Prywatności. Prosimy o poświęcenie kilku minut, aby się z nimi zapoznać. Możliwe jest to tutaj.

Rozumiem

Reklama

Szary porucznik

Szary porucznik

21.04.2014
Czyta się kilka minut
Andrzej Żbikowski, historyk: Rola Karskiego jest nie do przecenienia. Alianci wiedzieli, że Niemcy nasilają represje wobec Żydów. Karski był jednak naocznym świadkiem tych działań. Jego relacja rozwiała wszelkie wątpliwości.
Jan Karski Fot. Muzeum Miasta Łodzi
M

MICHAŁ OLSZEWSKI: Jan Karski do końca życia opowiadał o sobie jak o „gramofonowej płycie”, którą, w zależności od potrzeby, przerzucano z miejsca na miejsce. To była skromność, czy raczej patrzył na swoją rolę bez złudzeń?
ANDRZEJ ŻBIKOWSKI: Jedno i drugie. Celowo umniejszał swoją rolę. Można nawet powiedzieć, że krył się za tą skromnością pewien zamysł – gdyby zaczął wyrażać własne opinie, wziąłby na siebie dodatkową odpowiedzialność. A i bez niej ryzykował wystarczająco wiele. Jeszcze jeden szczegół jest ważny: przecież spotykał się z najważniejszymi osobami w państwie podziemnym i na emigracji. Zobowiązał się, że będzie przekazywać ich słowa co do joty.
Czy to się mogło udać? Sam wspomina o niezadowoleniu gen. Władysława Sikorskiego, któremu doniesiono, że powiedział na jednym ze spotkań o kilka słów za dużo.
W czasie pierwszej misji nie był jeszcze istotną personą. Przypomnę, że wysłała go niewielka organizacja konspiracyjna założona przez granatowych policjantów: miał przedrzeć się do Francji i złożyć deklarację, że Komitet, z którym współpracowali owi policjanci, będzie pośrednikiem pomiędzy rządem na emigracji a społeczeństwem. Z Francji wrócił z bardzo poważną misją. Przedstawiał stanowisko prof. Stanisława Kota, ministra spraw wewnętrznych, przed którym stał szereg dylematów: musiał rozstrzygnąć np., czy w ojczyźnie raczej dać władzę podziemnemu wojsku, czy też cywilom. Ta sprawa budziła bardzo dużo emocji.
W maju 1940 r. Karski wziął udział w wielu spotkaniach w Warszawie, m.in. z Kazimierzem Pużakiem, Stefanem Korbońskim, Stefanem „Grotem” Roweckim, czyli najważniejszymi postaciami polskiego podziemia.
I wreszcie trzecia misja w 1942 r.: w kraju rozmawiał z politykami, liderami partii, delegatem rządu, jego dyrektorami, za granicą zatrzymał się aż na Roosevelcie.
W tamtym okresie nie wyrażał swoich opinii i poglądów wprost. Siłą Karskiego były zdolności analityczne i fenomenalna pamięć. W Londynie zaczął pisać duży raport polityczny. Oczywiście, najwięcej miejsca poświęca w nim głównym partiom politycznym, ale charakteryzuje również mniejsze organizacje. Pisze np. o niektórych duchownych czy niewielkim, choć wpływowym Froncie Odrodzenia Polski. A te kilka słów za dużo, które wypowiedział w czasie pewnego publicznego wystąpienia, dotyczyło wyraźnej opinii Polaków w kraju na temat granicy wschodniej. Karski powiedział, że nie ma mowy o ustępstwach w sprawie zmiany granic, a Sikorski, który przecież znajdował się pod wielką presją Anglików, obsztorcował go za to z góry na dół. Bardzo to wszystko złożone.
Karski nagle zostaje wrzucony w centrum politycznego piekła. Podziemne państwo trawione jest wieloma konfliktami i podziałami, pełno tam urazów, niesnasek, rywalizacji. Kazimierz Sosnkowski już za życia Sikorskiego przymierza mundur wodza naczelnego. Jak się w tym odnajduje Kurier?
Na początku wojny, kiedy ustala się nowa struktura konspiracji, jest to jakoś zrozumiałe. Ale rzeczywiście, Karskiego wciągają tryby machiny politycznej. Ta rywalizacja w różnych formach trwa do końca wojny. Obóz Sikorskiego obawia się, że konspiracja krajowa zostanie zdominowana przez obóz sanacyjny. Sanacja chce więcej przestrzeni, a jest jeszcze ruch narodowy, są ludowcy. Wszyscy oni nie tylko chcą odzyskać niepodległość, ale też spełnić swoje ambicje polityczne.
Karski też ma dosyć wyraźne poglądy polityczne. Wyrósł w micie Piłsudskiego.
Dlatego m.in. podczas pierwszego wyjazdu minister Kot bierze go w obroty. Sympatie piłsudczykowskie nie są w tamtym czasie w kręgu Sikorskiego dobrze widziane. Ministrowi nie do końca udaje się przekonać Karskiego, choć emisariusz niewątpliwie dostrzega w tym, co mówi Kot, realizm. Karski starał się swoich poglądów nie ujawniać, również po wojnie, choć można przyjąć, że był bliski patriotycznej lewicy.
Kto i dlaczego podmieniał mu strony w raportach? Grano nim? Proszę, rozdział IV raportu z 1940 r. Tytuł „Zagadnienie żydowskie w kraju”. Pisał: „Stosunek ich [Polaków] do Żydów jest przeważnie bezwzględny”. W oficjalnej wersji raportu czytamy: „W wielu wypadkach Polacy okazują w widoczny sposób współczucie Żydom”.
Prawdopodobnie minister Kot. Dlaczego to robił? Może nie chciał wypuszczać w obieg informacji kłopotliwych dla Polaków. A to bardzo ciekawy raport. Karski wykazał się już na początku wojny wielką przenikliwością, trafnie oceniając niebezpieczeństwo grożące Żydom i konsekwencje, jakie niemiecka brutalność może spowodować w Polsce. Pisał o wąskiej kładce, na której mogą się spotkać niektórzy Polacy i Niemcy, o potrzebie działalności edukacyjnej, o tym, że trzeba przestrzegać Polaków przed jakimikolwiek formami kolaboracji. Musiał śledzić to szczegółowo. Przecież niedługo wcześniej, 24 stycznia 1940 r., gubernator Hans Frank wprowadził dekrety o zarządzie powierniczym mienia żydowskiego i obowiązku deklarowania posiadanego przez nich majątku. O zarząd powierniczy ubiegali się polscy sędziowie, adwokaci, urzędnicy, którzy potracili pracę. Niemcy bardzo chętnie ich angażowali.
Ale przekonanie, że był pierwszym, który powiadomił świat o Holokauście, nie wytrzymuje konfrontacji z archiwami.
Bo wytrzymać nie może. Karski był pierwszym nieżydowskim świadkiem, który opowiadał za granicą, jak wygląda proces planowanego mordowania Żydów. Stał przy wagonach, do których spędzani byli Żydzi, widział trupy na ulicach getta. Na długo przed Karskim w świat płynęły raporty jednak podziemia polskiego i żydowskiego o tym, co dzieje się w kraju. Wiadomo było np. przykład, że działa obóz koncentracyjny w Chełmnie nad Nerem. Ale dzięki Karskiemu z poziomu ogólników można było zejść na poziom niewyobrażalnych konkretów.
Skoro tak, dlaczego pojechał do Roose-velta? Prezydent USA w momencie, gdy Karski się u niego pojawił, bardzo dobrze znał temat.
To było zwieńczenie długotrwałego procesu. Karski jechał do Londynu, żeby przede wszystkim poinformować świat o sytuacji państwa podziemnego, a temat Holokaustu był, jakkolwiek okrutnie to zabrzmi, poboczny. Stopniowo, dzięki audycjom, tekstom, spotkaniom, zaczął wychodzić na pierwszy plan. Kiedy Karski poleciał do USA, traktowano go już jak świadka Zagłady. Przekonywał, że warto wspierać finansowo tych, którzy jeszcze żyją. Warto też pamiętać, że to, co dla nas jest oczywistością, kiedyś wcale takie nie było. Nawet w 1944 r.,kiedy w USA ukazywała się jego książka, wiedza o Holokauście nie była powszechna. Dlatego też rola Karskiego jest nie do przecenienia.
Pan spotykał się z Karskim. Rzeczywiście umarł w poczuciu rozgoryczenia? Rzeczywiście zarzucał sobie, że zrobił zbyt mało, że informacje, jakie wywiózł w świat, nie wywołały oczekiwanego rezonansu?
Tak było. Szary porucznik, pionek na politycznej szachownicy, nie traktowany poważnie – tak siebie widział. Tu jednak ważne zastrzeżenie: w czasie wojny, kiedy uczestniczył w kolejnych akcjach, raczej o tym nie myślał. I jeszcze długo po wojnie nie wracał do tych spraw, miał inne zajęcia, chciał się odnaleźć w nowej rzeczywistości, sprawnie funkcjonować w nowych warunkach. Pewien wpływ na powrót do wojennej historii miało małżeństwo z Polą Nireńską, której rodzina zginęła w Holokauście. Mimo że dla obojga język polski był językiem ojczystym, ona mówiła do niego po angielsku. Pewnie wiedza Karskiego poszerzała się stopniowo – przecież rzeczywistego rozmiaru Zagłady zaraz po wojnie nie znał, ciągle dochodziły nowe fakty. Przełomem mógł być film Lanzmanna „Shoah”, w którym wystąpił. A może to był wyjazd do Yad Vashem w 1982 r.? W każdym razie pod koniec życia zaczęło w nim to poczucie niedokończonej pracy narastać, podobnie jak i rozgoryczenie faktem, że świat nie zareagował, kiedy jeszcze mógł. I tak już chyba zostało do śmierci.

Prof. ANDRZEJ ŻBIKOWSKI (ur. 1953) jest historykiem, autorem biografii „Karski”, wykładowcą w Studium Europy Wschodniej Uniwersytetu Warszawskiego, pracownikiem naukowym Żydowskiego Instytutu Historycznego.

Czytasz ten tekst bezpłatnie, bo Fundacja Tygodnika Powszechnego troszczy się o promowanie czytelnictwa i niezależnych mediów. Wspierając ją, pomagasz zapewnić "Tygodnikowi" suwerenność, warunek rzetelnego i niezależnego dziennikarstwa. Przekaż swój datek:

Autor artykułu

Dziennikarz, reportażysta, pisarz, ekolog. Przez wiele lat w „Tygodniku Powszechnym”, obecnie redaktor naczelny krakowskiego oddziału „Gazety Wyborczej”. Laureat Nagrody im. Kapuścińskiego...

Dodaj komentarz

Usługodawca nie ponosi odpowiedzialności za treści zamieszczane przez Użytkowników w ramach komentarzy do Materiałów udostępnianych przez Usługodawcę.

Zapoznaj się z Regułami forum

Jeśli widzisz komentarz naruszający prawo lub dobre obyczaje, zgłoś go klikając w link "Zgłoś naruszenie" pod komentarzem.

Zaloguj się albo zarejestruj aby dodać komentarz

© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]