Stadionowa walka klas

Kiedyś futbol i lewicowość wydawały się iść w parze. Dziś zieje między nimi przepaść. Co poszło nie tak?

22.10.2018

Czyta się kilka minut

Kibice Alternatywnego Klubu Sportowego ZŁY, Warszawa, czerwiec 2017 r. / KUBA ATYS / AGENCJA GAZETA
Kibice Alternatywnego Klubu Sportowego ZŁY, Warszawa, czerwiec 2017 r. / KUBA ATYS / AGENCJA GAZETA

Częstochowa. Piłkarski klub Raków po dwóch dekadach puka do drzwi ekstraklasy. Ale wokół murawy od lat toczy się tu inny dramatyczny „mecz”. Po jednej stronie stoją klub i kibice, żądając od prezydenta Krzysztofa Matyjaszczyka (SLD), żeby przestał się ociągać z remontem należącego do miasta stadionu. Ratusz odpowiada hardo, że środki na rozwój sportu, owszem, ma. Ale uruchomi je tylko pod warunkiem, że klub powstrzyma „chuligańskie i wszelkie inne niewłaściwe zachowania kibiców”.

Stadion to tylko pretekst. Tak naprawdę idzie o coś głębszego. Dla kibiców prezydent jest kołtunem, który najchętniej zamieniłby futbol w zabawkę dla zamożnych i zadowolonych z siebie mieszczan. Polityk nie ukrywa, że widzi w kibicach Rakowa uosobienie ksenofobicznego prawactwa, urągającego wizji nowoczesnej Częstochowy. Krótko mówiąc: obustronne i głębokie kulturowe obrzydzenie.

W tym miejscu konflikt przestaje być tylko lokalny. I zaczyna mówić wiele o polskim społeczeństwie.

Ucieczka z piekieł

Cofnijmy się o sto lat. Jest rok 1913 i PPS-owiec Stanisław Posner pisze tak: „Szary dzień roboczy zbliża się ku końcowi. Stają maszyny, robotnicy tłumnie opuszczają zabudowania fabryczne. Robotnik miejski w pięćdziesiątym roku życia jest już zgrzybiałym starcem. Warunki pracy robotniczej wyczerpują organizm człowieka, zabijając w nim wszelką inicjatywę, wszelkie pragnienie pełniejszego życia”. Jak go ratować z tych piekieł dantejskich? „Sportem” – radzi Posner. „Futbol emancypuje. Robotnik grający w piłkę może przecież dorównać swemu dyrektorowi. A nawet go na boisku przewyższyć” – wtóruje lekarz i społecznik Józef Zieliński, pierwowzór postaci doktora Judyma.

W miejscach takich jak Częstochowa podobne argumenty trafiały na podatny grunt. Sto lat temu przedmieście Raków to była czerwona twierdza. Czerwona jak cegła na budowę huty i robotniczych bloków. I czerwona politycznie. W 1921 r. partyjne komórki PPS stworzyły tu Racovię (potem RKS Raków). Limanowskiego, Perla, Okrzei: nazwy ulic otaczających stadion do dziś nie pozostawiają wątpliwości, z jakiej tradycji wyrasta tutejsza piłka.


Czytaj także: Remigiusz Okraska: Lewicowe początki polskiej niepodległości

Oczywiście przesadą byłoby twierdzić, że kluby robotnicze to samotni pionierzy naszego masowego sportu. Obok działały wszak mieszczańskie tou­ring cluby czy patriotyczne organizacje strzelecko-gimnastyczne. Ale pomijanie czerwonych korzeni polskiej piłki byłoby fałszerstwem nie mniejszym. Robotniczy KS Marymont czy Skra (Sportowy Klub Akademicko Robotniczy) w Warszawie. Gdyński Bałtyk, łódzki Widzew albo pruszkowski Znicz. Zmiecione przez wojnę kluby kresowe (RKS Lwów) i socjalistyczne związki mniejszości żydowskiej, Gwiazda-Stern albo Jutrznia. Wszystko to niezbite dowody, że kiedyś lewica uważała sport (a szczególnie futbol) za coś swojego. A dziś?

Sport nie istnieje

Dziś ludzie lewicy patrzą na piłkę z mieszanką obojętności (ot, kolejna komercyjna rozrywka) i wrogości. Próżno szukać zainteresowania futbolem wśród intelektualistów. Czy słyszeli Państwo o książce Jana Sowy i Krzysztofa Wolańskiego „Sport nie istnieje”? A o spektaklu „Kibice”, wystawionym przez Teatr Żydowski w Warszawie? A może prenumerujecie magazyn „Kopalnia”? Jeśli tak, to gratulacje: należycie do elity. Zapytajcie jednak o piłkę przeciętną osobę o lewicowej autoidentyfikacji, zwłaszcza po jakimś stadionowym ekscesie. „A co, mamy bronić gangsterów w stylu »Miśka«”? – spytają. Dla tych, co nie wiedzą: „Misiek” to oskarżany o handel narkotykami przywódca pseudokibiców krakowskiej Wisły.

Do pewnego stopnia oburzenie jest zrozumiałe. Lewica wie, że w meczu o futbol wynik jest od dawna niekorzystny. Stadionowe „młyny”? Utracone. Może już nie na rzecz skrajnej prawicy, bo symbolikę skinheadowską wyparły patriotyczno-narodowe emblematy Polski walczącej i żołnierzy wyklętych. Na tyle często jednak okraszone niechęcią do obcych albo np. homofobią, że człowiek lewicy nie poczuje się tam jak u siebie.

Nietrudno oczywiście wytłumaczyć, dlaczego w kraju takim jak Polska nie ma odpowiednika AS Livorno Calcio, którego kibice odwołują się do symboliki sierpa i młota. Ale brak namiastki antyfaszystowskiego FC St. Pauli już trochę dziwi. Kibice hamburskich „brązowo-białych” to spadkobiercy subkultury punkowej, która przecież i u nas na przełomie lat 80. i 90. była mocna. Dziś jednak – nie licząc próby wejścia punkowców na trybuny Polonii Warszawa kilka lat temu – takich przypadków brak. Nie mamy nawet odpowiednika madryckiego Rayo Vallecano – klubu, którego kibice spotykają się na blokadach eksmisji i protestują przeciw gentryfikacji swojej robotniczej dzielnicy, na stadionie zaś łączą sprzeciw wobec homofobii z niezgodą na komercjalizację futbolu.

W Polsce szczytem tego typu klimatów jest założony trzy lata temu na warszawskiej Pradze Alternatywny Klub Sportowy ZŁY (męska drużyna gra w B klasie, kobieca w III lidze). Próba tyleż sympatyczna, co niszowa. Licząc zainteresowanie po nowemu: 7,6 tys. polubień na Facebooku, gdy Legia ma koło miliona lajków.

Kibic nie rządzi

Nie chodzi jednak tylko o brak lewicy skrajnej albo antysystemowej. Na piłkarskiej mapie Polski nie znajdziecie nawet twierdz socjaldemokracji. To odróżnia nas mocno od reszty Europy. Gdy w latach 90. bankrutował zasłużony Rapid Wiedeń (powstał w roku 1889 jako Pierwszy Wiedeński Klub Robotniczy), wyratował go powiązany z socjaldemokracją bank. Podobne łączności (działacze i lokalni politycy to często ci sami ludzie) widać w Niemczech (Werder Brema), Norwegii (Vålerenga Oslo), Danii (Frem Kopenhaga) czy na Cyprze (Omonia Nikozja). Nie mówiąc już o izraelskim związku sportowym Hapoel (Robotnik), podwieszonym pod tamtejsze potężne związki zawodowe.

U nas nic takiego nie istniało, nawet gdy SLD był lewicą na miarę naszych potrzeb i możliwości. Jeśli już w piłce pojawiał się działacz z postkomunistyczną kartą w życiorysie, to raczej jako sprawny, ale bezideowy biznesmen. Jak Janusz Romanowski, obracający pieniędzmi inwestorów zagranicznych w Legii, a potem Polonii.

W Polsce brak też innej reduty lewicowych wartości: poza wspomnianym AKS ZŁY w zasadzie nie ma prób demokratycznego zarządzania klubami przez fanów. Takie modele znamy z Europy Południowej czy Ameryki Łacińskiej pod nazwą socios (Real i Barcelona to sztandarowe przykłady), od lat stanowią też o stabilności Bundesligi, gdzie prawo zabrania przekształcania klubów w nastawione jedynie na zysk sportowe spółki akcyjne.

Owszem: w naszej potransformacyjnej historii jedynymi środowiskami gotowymi na poważnie wziąć odpowiedzialność za klub również po końcowym gwizdku sędziego były... stowarzyszenia kibicowskie. Tyle że zazwyczaj zakładane przez ultrasów. Najbardziej udany przykład takiego „supporteryzmu” to Bydgoszcz. W połowie poprzedniej dekady powstał pomysł połączenia Zawiszy z kontrolowanym przez dużą spółkę giełdową Kujawiakiem Włocławek. Fani się zbuntowali i założyli własnego, „prawdziwego” Zawiszę, kibicując mu, choć grał w niższej klasie. Spór zakończył się rychło moralnym sukcesem kiboli: prezes „nowego” Zawiszy popadł w konflikt z prawem, a klub wycofano z rozgrywek.


Czytaj także: Michał Okoński: Kto nie dotknął piłki ni razu

Podobne historie – przywodzące na myśl inicjatywy grup kibicowskich wielu angielskich klubów – mieliśmy jeszcze w paru innych miejscach, od Łęcznej po Łódź. Napędzane entuzjazmem projekty szybko dochodziły jednak do naturalnych ograniczeń (brak pieniędzy i umiejętności menedżerskich). W efekcie sprawnych socios w Polsce jak nie było, tak nie ma.

Strategiczny błąd

I tak wracamy do punktu wyjścia. W którym ludzie o lewicowej autoidentyfikacji chętnie obejrzą w telewizji mecz Ligi Mistrzów, ale na stadionie Lecha, Legii czy wspomnianego Rakowa najpewniej w ogóle się nie pojawią. Jaka jest tego przyczyna? Czy zmieniły się polskie stadiony? Inna jest dziś piłka? A może sedno sprawy tkwi w samej współczesnej lewicy?

Zacznijmy od futbolu, bo zmienił się bez wątpienia. Wejście w epokę telewizyjną uczyniło z piłki maszynkę do robienia dużych pieniędzy. Polska wskoczyła do tego świata bez rozgrzewki. Szok nie był mniejszy niż na innych transformacyjnych frontach. Jeszcze w latach 80. Solidarność protestowała przeciwko astronomicznym (jak się wtedy wydawało) zarobkom udających amatorów piłkarzy przyzakładowych drużyn. Już wkrótce w tych zakładach nie było grosza na nic. Nastał czas biznesmenów w białych skarpetkach. Takich, co nawet bez walizki pieniędzy, za samą tylko obietnicę gospodarskiej troski brali sobie kluby na własność. „Popełniliśmy wtedy strategiczny błąd” – uważa politolog Rafał Chwedoruk, autor wielu publikacji o polityczno-społecznym wymiarze polskiego sportu.

Ten błąd był strukturalny. Polegał na tym, że ze wszystkich dostępnych w kapitalistycznym świecie opcji organizacji profesjonalnego sportu wybraliśmy najbardziej wolnorynkowy. Zaimportowane z thatcherowskiej Wielkiej Brytanii sportowe spółki akcyjne, których głównym celem było generowanie zysku.

Anemia niskiego poziomu, rak korupcji i maniakalno-depresyjne ruchy właścicieli przenoszących kluby z miasta do miasta, to konsekwencje logiki „wygrywaj albo giń”, w którą polska piłka została wrzucona. Zyski były niemal automatycznie wyprowadzane z klubów (gdy w 2001 r. Emmanuel Olisadebe odchodził do Panathinaikosu Ateny za 3,3 mln euro, Polonia zobaczyła z tej sumy ponoć tylko końcówkę). Gdy z kolei pojawiały się straty, kluby zgłaszały się po pomoc do lokalnego samorządu. Zwłaszcza w mniejszych miejscowościach ten szantaż działał na lokalnych polityków. Prywatyzacja zysków i uspołecznienie strat – oto jak polska piłka stała się prymusem neoliberalizmu.

Rodzi się kibol

Wszystkie te przemiany nie pozostały bez wpływu na kibiców. Końcówka PRL-u to czas demograficznego boomu. Blokowiska i trzy razy „anty”: antymilicyjna subkultura gitowców, antysystemowe podniecenie końca lat 80. A do tego antykomunizm. Te trendy spotkały się z zapoczątkowaną w latach 70. modą na wyjazdy do innych miast za swoją drużyną. A także z początkiem kultu klubowych barw (kto miał pierwsze klubowe szaliki, do dziś spierają się fani Legii, ŁKS-u i Polonii Bytom). Z polityczno-społecznego tygla wykipiał nowy typ polskiego kibica.

Czy agresja i przemoc to jego znaki rozpoznawcze? Na pierwszy rzut oka tak. Renomowany historyk futbolu Andrzej Gowarzewski uważa, że słabnącej władzy ludowej na rękę było przekierowanie energii młodych z politykowania na kibicowskie ustawki. Tę tezę łatwo jednak obalić. „Mecz pod względem sportowym znakomity. Niestety popsuły go burdy i awantury toczące się nie tylko na trybunach, ale i na boisku. Jak zwykle ochrona policji konnej. Sędzia nie panował nad sytuacją. W efekcie po meczu wybito szyby w autobusie graczy Wisły i okaleczono przy okazji Reymana” – to prasowa relacja z kluczowego dla tytułu Mistrza Polski 1929 meczu Wisła Kraków kontra 1. FC Katowice.

Może więc stadionowe zadymiarstwo nie zaczęło się wcale na przełomie lat 80. i 90.? Może raczej dopiero wtedy zaczęliśmy się nim interesować? „My” to znaczy kontrolujące medialny przekaz elity. Dokładnie to samo zdarzyło się przecież w latach 80. w thatcherowskiej Anglii. Stacje telewizyjne i inwestorzy dostrzegli wówczas w piłce rynkowy potencjał. Miało być widowisko, więc potrzebni byli aktorzy. Z piłkarzami jakoś poszło – można ich przecież ubrać i uczesać. Ale co zrobić z zaniedbanymi stadionami? Z przedstawicielami klasy robotniczej, stłoczonymi na legendarnych „stojących trybunach”?

Z pomocą pospieszyli socjologowie, tworząc podejście znane jako nowa ekonomia futbolu. Głosiło ono, że świat przeżywa kolejną falę rozwoju, która obejmuje także sport. Nowoczesne stadiony, wysoki poziom bezpieczeństwa i zamożniejsza publiczność to elementy koniecznego postępu. Podklasy były więc ze stadionów przepędzane (głównie przy pomocy podwyżek cen). Co oczywiście nie spotkało się z przychylną reakcją kibiców, czujących, że odbierany jest im kolejny kawałek ich dziedzictwa. Reakcją była często bezładna i pełna agresji samoobrona. Która utwierdzała w modernizatorach poczucie słuszności ich misji. Tak nakręcała się spirala.

Czy ten rozwód jest na zawsze?

Stadionowa „walka klas” została (na fali niemal powszechnej fascynacji thatcheryzmem) zaimportowana do Polski. U nas kulminacją „nowej ekonomii futbolu” było Euro 2012, a zwłaszcza modernizacja stadionów i zaostrzenie rygorów bezpieczeństwa. Z błogosławieństwem nieobojętnego piłce premiera Tuska wymiatano ze stadionów „stare”.

Modernizatorzy nie docenili jednak przeciwnika. Myśleli, że mają do czynienia z bezładną masą, której jedyną bronią jest agresja. Tymczasem w wielu miejscach kibole potrafili się zorganizować. Wspomniany już Rafał Chwedoruk nazywa to nawet „ruchem społecznym”. Świadomym swych celów i zdolnym do wywierania wpływu nawet na świat politycznych decydentów.

Dobrym przykładem był wielomiesięczny „strajk” kiboli Legii przeciwko decyzjom (podwyżki cen biletów i zaostrzenie stadionowych rygorów) nowych właścicieli klubu. Stosunek do tamtego protestu przypominał schematy, według których przez lata oceniano w Polsce protesty związkowe. „Partykularyzm i warcholstwo” – oceniały wyrażające punkt widzenia elit media głównego nurtu. Niewielu umiało dostrzec polityczny pragmatyzm kibicowskich stowarzyszeń, które szybko zakopały topór wojenny ze znienawidzonymi PiS-owskimi szeryfami.


Czytaj także: Wojciech Jagielski: Puchar tułaczy

Lech Kaczyński i Zbigniew Ziobro nigdy nie byli – delikatnie mówiąc – ulubieńcami żylety. Teraz zaś stali się cennym sojusznikiem w starciu z owładniętą ambicją modernizacji PO oraz pragnieniem sterylnej, nowoczesnej piłki, forsowanym przez prywatne stacje telewizyjne. Sojusz zadziałał nie tylko w stolicy. W Częstochowie przed wyborami samorządowymi kibice puścili oko do PiS-owskiego kandydata na prezydenta i prędko dostali zapewnienie, że on stadion rozbuduje. Aby nie zostać na spalonym, urzędujący włodarz miasta musiał zrobić to samo. Cel został osiągnięty. A w jakiej konstelacji? To ma znaczenie drugorzędne. „Świat polityki jest nam obcy i niespecjalnie przez nas poważany” – pisali swego czasu kibice Legii w głośnym liście do burmistrza Mokotowa. W tym temacie raczej nic się nie zmieniło.

Polityczna lewica w tamtych sporach nie uczestniczyła. Gdy już musiała się opowiedzieć, stawała raczej po stronie modernizatorów. Był to zresztą odprysk szerszego zjawiska: porzucenia przez lewicę tradycyjnych sojuszników z klas pracujących. Już wcześniej zmienili się również sami „porzuceni”. Wielka smuta transformacji doprowadziła do załamania się frekwencji na stadionach. Im mniej było na nich „normalsów”, tym bardziej rośli w siłę „ultrasi”, nierzadko żyjący za pan brat z przestępczym półświatkiem.

Młodzi intuicyjnie szukali na stadionach wspólnoty i znajdowali ją we wspólnotowości najprostszej: kulcie rodziny, narodu i małej ojczyzny. „Kibicowanie jest z natury konserwatywne, atawistyczne i predemokratyczne. Nakierowane na kult dawnych zwycięstw. Nawet tych wyimaginowanych” – pisał już w latach 90. włoski socjolog futbolu Antonio Rovesi.

Lewica nie chciała albo nie umiała wyciągnąć z tego wniosków. Z jej akceptacją konsumpcyjnej, liberalnej globalizacji i pochwałą konformistycznego indywidualizmu klasy średniej, skupiona na opowiadaniu historii nowych wykluczonych (np. mniejszości seksualnych), nie miała kibicom wiele do zaproponowania. Przez lata oddawała więc sport walkowerem. A gdy po kryzysie 2008 r. po lewej stronie zaczęto budować nowe polityczne opowieści: tę o niesprawiedliwej transformacji oraz o tym, że lewica to nie tylko zabawka dla dobrze zarabiającej klasy średniej, było za późno. Po stronie kibicowskiej nie było już zbyt wielu, którzy chcieliby słuchać.

Co dalej? Większość powie, że co pękło, to się już nie sklei. Bo jak można rozmawiać z ludźmi odpowiedzialnymi za wywieszanie na stadionie transparentów w stylu „Janusz Waluś naszym wzorem” albo z bandziorami od „Miśka”? Niby racja, ale jakieś to wszystko zbyt proste, zbyt samozadowolone i zbyt pozamykane.

Jeszcze parę lat temu na lewicy i wśród liberałów sporo mówiło się o potrzebie wyjścia z inteligencko-mieszczańskiej bańki. W międzyczasie bańka zamieniła się w twierdzę. Pełną poczucia moralnej wyższości i pretensji do świata redutę Polski „fajnej i uśmiechniętej”, obleganą przez hordy „bezrozumnych i groźnych barbarzyńców”. Zabarykadowanym w reducie nie tylko to nie służy – to ich niszczy. Uśmiech na twarzy „fajnego Polaka” zmienił się w grymas niechęci wobec inności: kibola, dresiarza, stadionowego Janusza. Wiem, że to nie jest ta ksenofobia, o której „uśmiechnięta Polska” lubi rozmawiać. Ale to też jest ksenofobia. I tak samo jak ksenofobii wobec „czarnucha” albo „ciapatego”, nie wyleczy się jej w face­bookowej bańce, w klasowo posortowanym miejscu pracy czy na strzeżonym osiedlu. To się leczy w przestrzeni publicznej.

To co, widzimy się na stadionie? ©℗

Dziękujemy, że nas czytasz!

Wykupienie dostępu pozwoli Ci czytać artykuły wysokiej jakości i wspierać niezależne dziennikarstwo w wymagających dla wydawców czasach. Rośnij z nami! Pełna oferta →

Dostęp 10/10

  • 10 dni dostępu - poznaj nas
  • Natychmiastowy dostęp
  • Ogromne archiwum
  • Zapamiętaj i czytaj później
  • Wybrane teksty dostępne przed wydaniem w kiosku
  • Także w formatach PDF, EPUB i MOBI
10,00 zł

Dostęp kwartalny

Kwartalny dostęp do TygodnikPowszechny.pl
  • Natychmiastowy dostęp
  • 92 dni dostępu = aż 13 numerów Tygodnika
  • Ogromne archiwum
  • Zapamiętaj i czytaj później
  • Wybrane teksty dostępne przed wydaniem w kiosku
  • Także w formatach PDF, EPUB i MOBI
79,90 zł
© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]
Dziennikarz ekonomiczny, laureat m.in. Nagrody im. Dariusza Fikusa, Nagrody NBP im. Władysława Grabskiego i Grand Press Economy, wielokrotnie nominowany do innych nagród dziennikarskich, np. Grand Press, Nagrody im. Barbary Łopieńskiej, MediaTorów. Wydał… więcej

Artykuł pochodzi z numeru Nr 44/2018