Reklama

Sny Buzzatiego

Sny Buzzatiego

19.04.2007
Czyta się kilka minut
Czytając te opowiadania, mamy wrażenie, że czytaliśmy je już dawno, dawno temu. Nie dlatego że zawarte w nich historie ktoś nam już opowiedział, ale dlatego że od lat po kryjomu opowiadamy je sobie sami.
W

W poprzek podziału literatury minionego wieku na szkoły, grupy, literatury narodowe idzie zupełnie inny podział: na wielkopisarzy, którzy wszystkie siły oddali przekształceniu swego literackiego projektu w dzieło życia, i skromnych małopisarzy. Oczywiście, nie chodzi tu o różnicę rangi, ale o tonację, styl - nie tylko dzieła, także biografii.

Można zaryzykować uogólnienie: o ile pierwsi próbowali stworzyć panoramę epoki, rozpatrując jej kluczowe problemy moralne, społeczne, polityczne, ujmowane niekiedy pod ogólną nazwą "rozpadu wartości", o tyle drudzy uciekali raczej w świat własnych obsesji, drążąc uparcie jeden temat, motyw, podążając za jakimś dominującym drgnieniem duszy. Pierwsi celebrowali swe literackie powołanie, drudzy - oddawali mu się po cichu, na marginesie innych, pozornie ważniejszych zajęć. O ile pierwsi nie porzucili ambicji realistycznego opowiadania o świecie, wzbogaconego o komponent eseistyczny i komentatorski, drudzy upodobali sobie struktury paraboliczne. O ile pierwsi ulegali uczuciu tragicznego rozdarcia, drudzy obierali ironię jako broń przeciwko niemu, posługując się językiem zgrzytów, dysonansów, niedomówień.

Mimo że podobny kontrast należy uznać za uproszczenie, nietrudno zgadnąć, do której kategorii należą Tomasz Mann, Musil, Proust czy Lowry, a do której - Kafka, Pirandello, Svevo, Walser czy Sebald. Które towarzystwo jest bardziej znakomite - nie sposób rozstrzygnąć, pewne jest natomiast, że z perspektywy czasu różnica między "małym" a "wielkim" pisarstwem okazywała się coraz mniej oczywista. Prywatne obsesje winy, inercji, nieobecności okazywały się nieoczekiwanie wielkimi ogólnoludzkimi obsesjami, mówiącymi niekiedy więcej o epoce niż setki błyskotliwych stron erudycyjnej analizy.

***

Do towarzystwa "małych" pisarzy z pewnością zaliczymy dziś również Dina Buzzatiego, mediolańczyka zmarłego w 1972 r. w wieku 66 lat. Buzzati za życia znany był przede wszystkim jako dziennikarz i redaktor "Corriere della Sera" (jako wysłannik mediolańskiego dziennika podróżował m.in. do Azji i do Afryki), a także autor publikowanych na jego łamach surrealistycznych rysunków. Inaczej niż dla Kafki czy Sveva literatura nie była dla niego drugim, prawdziwszym życiem, ale dopełnieniem - jedną z traktowanych równorzędnie dziedzin, w których realizował swoje rozliczne talenty. Nie uważał dziennikarstwa za dziedzinę gorszą, podkreślał, że "optimum dziennikarstwa jest zbieżne z optimum literatury", a mówiąc o samej literaturze, nie używał wielkich słów, deklarując, że jest ona przede wszystkim sposobem dostarczenia rozrywki. "Jestem tego samego zdania co Voltaire - pisał - dopuszczalny jest każdy rodzaj literatury, z wyjątkiem literatury nudnej".

Międzynarodową sławę przyniosła Buzzatiemu opublikowana w 1940 r. powieść "Pustynia Tatarów" (wyd. pol. 1977).

W historii młodego oficera Giovanniego Drogo który zostaje wysłany na służbę do dalekiej, pogranicznej twierdzy Bastiani i, ulegając jej tajemniczej mocy, przeżywa w niej całe życie, czekając na najazd mitycznych Tatarów doszukiwano się analogii z "Procesem" czy "Czarodziejską górą", a także politycznej metafory, nawiązującej do atmosfery włoskiego faszyzmu. Ale choć powieści trudno odmówić poetyckiej siły i choć odnajdujemy w niej wiele typowych cech pisarstwa Buzzatiego, próba połączenia powieściowej psychologii z paraboliczną strukturą nie całkiem się powiodła. Zapewne wbrew chęci autora, który nerwowo reagował na porównania z Kafką, jest to jeden z jego rzeczywiście kafkowskich utworów, co niekoniecznie świadczy na jego korzyść.

***

Artystyczną autonomię osiągnął Buzzati nie jako powieściopisarz czy dramaturg, ale autor opowiadań, jeden z największych w całej literaturze XX wieku. Można się o tym przekonać, sięgając po ich polski wybór - "Sześćdziesiąt opowiadań" (drugi po "Polowaniu na smoka z falkonetem" z 1989 r.; wcześniej, jeszcze w latach 60., prozę Buzzatiego często publikował "Przekrój"). Tym razem jest to dokładny odpowiednik obszernego zbioru "Sessanta racconti", ułożonego przez samego autora na kilka lat przed śmiercią.

Na czym polega jego niezwykłość? Na pewno nie na tematyce - czytając te opowiadania, mamy wrażenie, że czytaliśmy je już dawno, dawno temu. Niektóre z nich przypominają tanie powieści sensacyjne, które kartkowaliśmy przed laty w upalny letni dzień na plaży, inne - fabuły klasycznych amerykańskich horrorów, w których mumie maszerują powolnym, choć rytmicznym krokiem, stopniowo zrzucając biały bandaż, jeszcze inne - przerażające baśnie czytane nam na dobranoc, po których nie sposób było zasnąć. Z rzadka tylko nawiązują do współczesnych wydarzeń (w kilku pobrzmiewają echa atomowych lęków czasów zimnej wojny, a bohaterem jednego jest nawet Albert Einstein), a jeśli niektóre są nawet osadzone w konkretnym miejscu (jak Mediolan, Wenecja czy położone w Dolomitach wioski i miasteczka), zostaje mu odebrana rzeczywista topografia, znana z map czy przewodników turystycznych.

Opowiadania Buzzatiego przypominają sny, w których śnimy o dawno (lub jedynie w wyobraźni) odwiedzanych miejscach, zredukowanych do kilku symboli. Do natury snu należy pokazywanie rzeczywistości przesuniętej - choć nie do końca jej dowierzamy, z każdą minutą okazuje się coraz bardziej realna. Więcej nawet: sama dowodzi własnej realności, wzbogacając się o szczegóły, jakich przecież nie bylibyśmy w stanie sami wymyślić.

W snach Buzzatiego, jak w koszmarach, z żelazną konsekwencją pędzącej w dół górskiej kolejki staje się dokładnie to, co od początku w niejasny sposób przeczuwaliśmy, najbardziej się tego obawiając. Nasz rywal, którego przez całe życie lekceważyliśmy, pewnego dnia dokonuje niezwykłego czynu, który definitywnie usuwa nas w cień. Trafiamy na siódme piętro szpitala, na odział prawie zdrowych, by, niby przypadkiem, być przenoszonym wciąż w dół i w dół, póki nie trafimy na pierwsze piętro, bardzo blisko ziemi - tam gdzie umierający czekają na nieuniknioną śmierć. Do kamienicy, w której mieszkamy, zostaje przysłana bomba, która w każdej chwili może wybuchnąć, a zebrani na klatce schodowej mieszkańcy oddychają z ulgą, gdy okazuje się, że jest zaadresowana nie do nich, ale do nas. Odwiedzamy zwyczajne na pierwszy rzut oka miasteczko, w którym spotykają nas drobne nieprzyjemności, ale niechęć mieszkańców do nas narasta w szalonym tempie - i w końcu, w atmosferze średniowiecznych egzekucji, trafiamy do klatki zawieszonej nad przepaścią, nadzy, poranieni, obrzuceni ludzkimi odchodami. Mieszkające za ścianą myszki zamieniają się powoli w krwiożercze potwory, które wprawdzie nas nie zjedzą, ale uczynią nas swymi niewolnikami.

***

Oczywiście, można doszukiwać się u Buzzatiego ukrytych znaczeń i śledzić jego stałe motywy, z których najważniejszym jest zapewne jednostajnie przyspieszony upływ czasu, sprawiający, że pociąg osobowy, którym wyruszamy w podróż życia, zamienia się - nie wiadomo kiedy - w ekspres, a w końcu rozwija taką prędkość, że unosi się nad torami, coraz dalej od ziemi i od wszystkich, których kochamy. Po co jednak zawracać sobie tym głowę, skoro można po prostu zatopić się w opowieści. Jeśli nawet nie jest ona zupełnie nowa, to nie dlatego, że ktoś nam ją już opowiedział, ale dlatego, że od lat po kryjomu opowiadamy ją sobie sami, nikomu się do tego nie przyznając.

Nie znaczy to, że Buzzati nie jest szczególny, swoisty. Bez trudu odczytamy jego muzyczne, malarskie i literackie fascynacje, przy odrobinie wysiłku przedstawimy sobie, jakim był człowiekiem. Czytając Buzzatiego, myślałem o jego romantycznych mistrzach - Poem i Andersenie. Kilka spośród opowiadań to złożone im hołdy. "Płaszcz" na przykład to napisany na nowo Andersenowski "Towarzysz podróży", a "Panika w La Scali" i "A jednak pukają do drzwi" to - odpowiednio - "Maska czerwonego moru" i "Zagłada domu Usherów". Buzzati ma ich wszystkie zalety, ale nie ma ich szacownych wad. To Poe odarty z językowego ornamentu, to Andersen, który nie czyni żadnego ustępstwa na rzecz czułostkowości.

Największą oryginalnością Buzzatiego jest, paradoksalnie, jego brak oryginalności, jego pisarska skromność, wyrzeczenie się poszukiwania zaskakującego efektu, które w minionym stuleciu skaziło nawet dzieła o niepodważalnym znaczeniu. Nie w każdym wypadku rezygnuje z oryginalności, ale wszędzie tam, gdzie, postępując inaczej, musiałby poświęcić prawdę. Bo Buzzati chce widzieć tylko prawdę, a wtedy, gdy jest ona nie do zniesienia, okrasza ją smutnym uśmiechem, odrobiną ironii.

Dino Buzzati, "Sześćdziesiąt opowiadań", przeł. Piotr Drzymała, Jarosław Mikołajewski, Mateusz Salwa, Joanna Wajs, Marcin Wyrembelski, Izabelin 2007, Świat Literacki, seria Biblioteka.

Ten materiał jest bezpłatny, bo Fundacja Tygodnika Powszechnego troszczy się o promowanie czytelnictwa i niezależnych mediów. Wspierając ją, pomagasz zapewnić "Tygodnikowi" suwerenność, warunek rzetelnego i niezależnego dziennikarstwa. Przekaż swój datek:

Dodaj komentarz

Usługodawca nie ponosi odpowiedzialności za treści zamieszczane przez Użytkowników w ramach komentarzy do Materiałów udostępnianych przez Usługodawcę.

Zapoznaj się z Regułami forum

Jeśli widzisz komentarz naruszający prawo lub dobre obyczaje, zgłoś go klikając w link "Zgłoś naruszenie" pod komentarzem.

Zaloguj się albo zarejestruj aby dodać komentarz

© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]