Reklama

Ładowanie...

Śmiać się czy płakać?

Śmiać się czy płakać?

14.06.2015
Czyta się kilka minut
„TP” 24 / 2015

„Drażni je tak, że nie mogą wytrzymać” – to chyba na to zdanie, znajdujące się w książce Zuzanny Radzik, a dotyczące stosunku niektórych kobiet do Kościoła, czekałam od miesięcy. Cieszę się, że „TP” poruszył temat feminizmu w Kościele i pokazał, iż są wśród katoliczek takie, które nie dadzą się wtłoczyć w narzucaną im „rolę kobiety” – wycofanej, biernej, posłusznej, wstydliwej.
W szkole podstawowej bardzo chciałam zostać ministrantką. W mojej parafii nie było takich tradycji, ale w sąsiedniej z zazdrością obserwowałam, jak dziewczyny służą do mszy. Marzyłam, by być lektorką, przynosić dary, używać dzwonków, podawać kadzidło, a nie tylko stać nieruchomo ze sztandarem jako marianka. W domu – zaciągając do pomocy młodszą siostrę – bawiłam się w ministrantkę, odgrywałam scenki. Koc był szatą, jojo – kadziłem, andruty – opłatkiem. Choć do pewnego czasu walczyłam, żeby i w mojej parafii pojawiły się ministrantki, nic z tego nie wyszło. Wprawdzie od wikarego dostałam zaproszenie na zebranie ministrantów, ale jednocześnie usłyszałam, że „będę jedyną dziewczyną i chyba nie wypada”.
„Nie wypada” usłyszałam również w wielu innych sytuacjach w Kościele. Już wtedy – pod postacią złości, ale i uczucia bezsilności – kiełkowała myśl: „Dlaczego nie mogę, skoro chcę? Przecież nie chcę robić niczego złego, chcę się po prostu angażować!”. Kilka miesięcy temu po raz kolejny spierałam się z przyjacielem (od roku księdzem) ze szkolnej ławki. Choć bardzo się lubimy i szanujemy, coraz bardziej rozmijamy się i nie rozumiemy w tak ważnych sprawach, jak rola kobiet i mężczyzn w Kościele i społeczeństwie. Często już tylko włos dzielił naszą płomienną dyskusję od otwartej kłótni.
Zresztą dyskutuję nie tylko z nim. Krew mnie zalewa, gdy słyszę, że „dawniej kobiety nie pracowały, i to było dobre, zajmowały się domem, a to mąż odpowiadał za utrzymanie rodziny”. Gdy mówię, że na razie nie wyobrażam sobie życia bez pracy, spełniam się w tym, co robię, widzę sens swojej pracy (nie tylko i nie przede wszystkim ekonomiczny!), często słyszę, że to współczesny bezwzględny świat zrobił ze mnie taką drapieżną, zmusza mnie do walki, ale tak naprawdę „nie jest to moja natura”.
Od kolegi usłyszałam też (w odpowiedzi na argument, że kobiety tak samo jak mężczyźni chcą mieć poczucie sprawstwa), że historia pokazuje, iż kobiety mają duży, a być może decydujący wpływ na rzeczywistość, tylko „z drugiego szeregu”, „są szyją, która kręci głową”: bardzo silnie wpływają na mężczyzn i mogą umiejętnie nimi sterować (używając przede wszystkim seksapilu, rzecz jasna). Śmiać się czy płakać?
Zdarzało mi się też słyszeć w Kościele np. rady dotyczące relacji z mężczyznami: że kobieta powinna czasami udać głupszą niż jest, nieporadną, pozwolić mężczyźnie się wykazać, zrezygnować z działania, żeby on poczuł się niezbędny, a ona „zaopiekowana”. To często podstawowy przekaz płynący z ambon, rekolekcji, dni skupienia. Dlatego chcę przeczytać omawianą na łamach „TP” książkę Zuzanny Radzik. Może po tej lekturze wreszcie przekonam się, że nie jestem sama.

Napisz do nas

Chcesz podzielić się przemyśleniami, do których zainspirował Cię artykuł, zainteresować nas ważną sprawą lub opowiedzieć swoją historię? Napisz do redakcji na adres redakcja@tygodnikpowszechny.pl . Wiele listów publikujemy na łamach papierowego wydania oraz w serwisie internetowym, a dzięki niejednemu sygnałowi od Czytelników powstały ważne tematy dziennikarskie.

Obserwuj nasze profile społecznościowe i angażuj się w dyskusje: na Facebooku, Twitterze, Instagramie, YouTube. Zapraszamy!

Newsletter

© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]