Samotny występ Mścisława Rostropowicza

Zdjęcie leżące na moim biurku jest wielkie i czarno-białe: to fotografia lotnicza centrum Berlina. Środek miasta rozcina czerwona linia, biegnąca raz śmiertelnym zygzakiem, to znów prosta, jak od linijki.

07.11.2004

Czyta się kilka minut

Patrząc od południa, czerwona kreska zamienia Szprewę w rzekę graniczną, rozdziera kolejne dzielnice, wgryza się w organizm miasta, biegnie przez środek ulic. Przy Potsdamer Platz robi nagły zwrot ku północy, zamieniając jeden z najruchliwszych kiedyś placów Europy w bezużyteczne pustkowie. Sąsiadujące ze sobą symbole Berlina przyporządkowuje dwóm systemom - Bramę Brandenburską komunistycznemu Wschodowi, a gmach Reichstagu wolnemu Zachodowi - aby, biegnąc dalej, utracić swą linearność i wić się znowu wzdłuż brzegu Szprewy, ponownie ku północy...

Zdjęcie zrobiono 20 lat temu, a czerwona linia wyznacza przebieg berlińskiego muru, dziś nieistniejącego. A dokładniej nie muru, lecz systemu zapór, z minami i urządzeniami samostrzelającymi oraz płotami z drutu kolczastego, którego elementem były także betonowe mury, zamykające (i przesłaniające dla oczu oraz kamer) tę strefę śmierci.

Jakby potrzeba było dowodu, że mordercza budowla należy do przeszłości, obok zdjęcia spoczywa szary okruch betonu. Odłupany w tamte listopadowe dni 1989 r.

Jak zawiedliśmy

15 lat minęło, od kiedy upadł mur. Aż - czy tylko? Pewne jest jedno: w 1989 r. wszyscy zawiedliśmy. My, Niemcy z Zachodu: dziennikarze i politycy, politolodzy i historycy czasów najnowszych, i oczywiście ekonomiści, którzy jeszcze we wrześniu 1989 r. byli przekonani, że NRD należy do dziesiątki najbardziej stabilnych gospodarczo krajów świata.

Zawiedliśmy, bo nie zrozumieliśmy w porę znaczenia sygnałów, poprzedzających jesień 1989 r. Były przecież glasnost’ i pierestrojka. Kto jak kto, ale my, Niemcy (także ci z NRD, gdzie - inaczej niż w Polsce - noszenie znaczka z podobizną przywódcy ZSRR Michaiła Gorbaczowa stało się symbolem nadziei na zmiany i dystansu do władz) patrzyliśmy z napięciem, co dzieje się w Moskwie. Słuchaliśmy “Gorbiego", gdy mówił, że “socjalizm potrzebuje demokracji jak powietrza do oddychania", nie dostrzegając z pożałowania godną lekkomyślnością sprzeczności, kryjącej się w tym zdaniu: że mianowicie socjalizmu i demokracji nie da się pogodzić. Z radością odnotowywaliśmy, że w Polsce w czerwcu 1989 r. obyły się częściowo wolne wybory, i że wkrótce potem premierem rządu został - po raz pierwszy od pół wieku - człowiek nie należący do partii komunistycznej, Tadeusz Mazowiecki.

Ale latem i wczesną jesienią 1989 r. żadnemu Niemcowi nie przyszło do głowy, że wydarzenia te będą mieć ciąg dalszy - nie tylko w NRD, także w innych krajach “bloku wschodniego" - i że impuls, który wyszedł z Polski, zniszczy mur w Berlinie i stworzy szansę połączenia narodu niemieckiego.

Czy za bardzo przyzwyczailiśmy się do podziału Niemiec, do absurdalnego życia w cieniu zasieków i strzałów, od czasu do czasu, zwykle nocą, dobiegających zza betonowej zapory? Czy rzeczywiście sprowadziliśmy ideę zjednoczenia Niemiec do pustych frazesów, powtarzanych rytualnie przez polityków?

Skoczek na murze

Tymczasem również w Niemczech nie brakowało sygnałów, szczególnie w podzielonej stolicy, że tak dalej być nie może po 40 latach podziału Niemiec i w 28 lat od zbudowania muru. Jaskółkami zmian stali się - jak często w historii - Amerykanie z ich niewyczerpanym optymizmem. Pierwszym był prezydent Ronald Reagan. Przemawiając w 1987 r. z trybuny po zachodniej stronie Bramy Brandenburskiej i adresując swe słowa do przywódcy Imperium, Reagan wołał: “Mr. Gorbaczow, niech pan otworzy tę Bramę, niech pan zburzy ten mur!". Był to balsam dla niemieckiej duszy, ale nikt z nas nie traktował tego poważnie.

Wezwanie Reagana przeszło do historii. W zapomnienie popadł natomiast inny Amerykanin. Nazywał się John Runnings i był emerytem z dalekiego Seattle w zachodniej części USA. W rok po przemówieniu amerykańskiego prezydenta Runnings podjął swoją prywatną wojnę, sprowadzając rolę muru do absurdu. Chyba z tuzin razy krewki 70-latek - przez berlińczyków nazwany “Skoczkiem na murze" - wdrapywał się na betonową zaporę w okolicy Placu Poczdamskiego, aby następnie tłuc w nią ciężkim młotem.

Upór Runningsa był symboliczny, całkiem w duchu słów Reagana, a jego wyczyny doprowadzały do rozpaczy nie tylko wschodnioniemieckich pograniczników (do próbujących uciec współobywateli strzelali bez skrupułów, lecz nie mogli zabić w biały dzień człowieka z Zachodu, bez poważnych konsekwencji politycznych), ale także zachodnioberlińskich policjantów, pilnujących status quo. Jedni bądź drudzy ściągali Amerykanina w dół, by za chwilę puścić go wolno, a on wracał ze swoim młotem...

Emeryt z Seattle muru nie rozbił, ale jego odważna kampania miała jeden skutek: ośmieszyła państwo NRD-owskie i jego świętość: ów “wał ochronny", który wedle oficjalnej retoryki miał chronić Niemców ze Wschodu przed agresją kapitalizmu i imperializmu, a w rzeczywistości, tamując exodus na Zachód, dla władz w Berlinie Wschodnim stanowił gwarancję ich przetrwania.

Bo choć popularny w NRD w latach 80. dowcip głosił, że “jedyne, co trzyma ten kraj w kupie, to przyciąganie ziemskie", w istocie NRD utrzymywała nie grawitacja, ale mur. Bez niego państwo to traciło rację bytu. A coraz więcej mieszkańców wschodnich Niemiec miało dość NRD.

Lawina już ruszała, choć początkowo nic nie wskazywało na dynamikę, jaką miała wyzwolić. Ponieważ dla pragnących uciec z NRD graniczne zapory były nie do przebycia, poszukali oni innej drogi do wolności: przez zachodnioniemieckie ambasady w Warszawie, Budapeszcie i Pradze. Latem 1989 r. w ogrodach praskiej ambasady RFN wyrosło miasteczko namiotowe, zamieszkane przez kilka tysięcy mężczyzn, kobiet i dzieci - z tendencją rosnącą.

Jesteśmy narodem!

A potem stało się to, co od czasów “Solidarności" spędzało sen z powiek przywódców NRD: kolejny kraj zaczął wyłamywać się z “bloku". 10 września na granicy węgiersko-austriackiej koło Sopronu ministrowie spraw zagranicznych Węgier i Austrii symbolicznie przecięli drut kolczasty. Węgrzy nie tylko rozpoczęli demontaż granicznych zasieków, ale pozwolili tysiącom obywateli NRD wyjechać do Austrii bez wiz.

W “żelaznej kurtynie" powstała dziura. Do końca września do RFN dotarło - przez Węgry, Polskę i Czechosłowację (także władze czeskie i polskie wypuściły na Zachód koczujących w ambasadach) - kilkadziesiąt tysięcy uchodźców. Niemcy Wschodnie traciły coraz więcej młodych obywateli.

Ale swą młodzież władze NRD tracić zaczęły wcześniej. Już w latach 80. dogmatyczny reżim Ericha Honeckera musiał zmagać się z młodzieżową kontestacją. Pod osłoną Kościołów (zwłaszcza ewangelickiego) w Jenie, Lipsku, a zwłaszcza w Berlinie Wschodnim powstawały ośrodki opozycyjne, nawet jeśli wiele z nich nie uważało się (jeszcze) za opozycję. Ale nią byli. Grupy ekologiczne, pokojowe i praw człowieka, niezależne pisma - wszyscy oni, choć nieliczni, podważali legitymizację systemu.

Rozumiały to władze: niepokorni byli bici, zamykani z wieloletnimi wyrokami, po odsiedzeniu części kary deportowani na Zachód (często wbrew woli, bo chcieli zostać w NRD i zmieniać ten kraj). Ale ubeckimi metodami nie dało się już zastraszyć zbuntowanej młodzieży.

Niemniej aż do 1989 r. środowiska opozycyjne nie tylko były nieliczne, ale również izolowane w trwającym w marazmie społeczeństwie. Zmieniło się to jesienią 1989 r.

Przywołajmy kilka wspomnień. Schönhauser Allee, główna arteria dzielnicy Prenzlauer Berg. Tutaj w Berlinie zaczęła się “pokojowa rewolucja", w ewangelickiej świątyni Gethsemane-Kirche (Kościół Ogrójca). Kiedy na początku października 1989 r. NRD-owska milicja rozpędziła demonstracje w centrum miasta, kościół zamienił się w centrum opozycji: został zajęty (za zgodą pastora) przez demonstrantów, którzy zagrozili strajkiem głodowym, jeśli władze nie uwolnią aresztowanych kolegów. Na kościelnej wieży zawisł transparent: “Bez przemocy!". A powstające “Nowe Forum", pierwsza masowa partia opozycyjna, postawiło żądania polityczne: “Precz z monopolem partii komunistycznej SED!" oraz, nieco później: “Chcemy wolnych wyborów!".

Ulica protestuje, partia tańczy

Inny niezapomniany obraz: Lipsk. Tu, począwszy od września, ruszyły Montagsdemos: demonstracje poniedziałkowe, z tygodnia na tydzień liczniejsze. Aż wreszcie w poniedziałek 9 października zgromadziło się może 70, a może 100 tysięcy ludzi, by po tradycyjnym nabożeństwie o pokój w kościele św. Mikołaja ruszyć wokół Ringu (lipskich plant, otaczających Starówkę). Wołali: “To my jesteśmy narodem!".

Wiele legend krąży dziś wokół lipskich Montagsdemos. Czy wtedy, 9 października, władza była o krok od użycia siły? Podobno czołgi armii NRD stały już w gotowości. “Obawialiśmy się najgorszego - wspominał Werner Schulz, wtedy demonstrant, dziś poseł do Bundestagu. - Ale stał się cud. Wtedy, w Lipsku, wzeszło ziarno, które zasiała kościelna opozycja w NRD".

Doszło do mediacji - jej celem było zapobieżenie użycia siły. Efektem rozmów stał się “apel sześciu", wystosowany przez dyrygenta lipskiej filharmonii, aktorkę kabaretową, trzech działaczy partyjnych z lipskiej SED oraz pastora (był nim Friedrich Magirius, ksiądz z kościoła św. Mikołaja, przed 1989 r. zaangażowany w “Akcję Znaków Pokuty" i mający liczne kontakty z Polską, w tym ze środowiskiem “TP" - red.). I władze siły nie użyły; dziś wiadomo, że “apel" odegrał tu pewną rolę. Lipsk zwyciężył, Montagsdemos trwały, a ich przykład rozlał się na całe NRD: dziesiątki tysięcy ludzi zaczęły demonstrować w innych miastach; pochody i wiece odbywały się nawet w prowincjonalnych miasteczkach czy wsiach.

Ale zanim to nastąpiło, 6 i 7 października władze NRD zdążyły odprawić 40. rocznicę powstania państwa. Jednak uroczystości zamieniły się w - niezamierzoną - ceremonię pożegnalną. Wprawdzie jak co roku przez Unter den Linden, centralny bulwar, przemaszerowały upiorne szeregi działaczy komunistycznej młodzieżówki FDJ z pochodniami. I jak co roku na trybunie honorowej zasiedli przywódcy, którzy wkrótce mieli odejść do historii, różni Jaruzelscy i Honeckerowie, otaczający najważniejszego gościa, Gorbaczowa.

Ale teraz było inaczej. Gdy lider FDJ próbował poderwać młodzież, skandując przez megafon z rozpaczą: “NRD: nasza ojczyzna!", nikt nie podjął hasła. Łamiąc rytuał, przed uroczystością Gorbaczow wmieszał się w tłum. Wtedy, podczas rozmowy z berlińczykami, z ust genseka padło zdanie, odczytane jako krytyka władz NRD: “Kto za późno przychodzi, tego karze życie".

Następnego dnia nic już nie przebiegało wedle odgórnego scenariusza. Podczas gdy komunistyczni oficjele kontynuowali swe obchody, na berlińskie ulice wyszli demonstranci. “Gorbi" i “drug Erich" nie próbowali nawet skrywać dzielącego ich napięcia. Po defiladzie na Alexanderplatz Ho-necker zaprosił “przywódców bratnich krajów" do Pałacu Republiki na tańce. Na zewnątrz przed Pałacem trwała demonstracja “Nowego Forum"; protestujący krzyczeli: “Gorbi, Gorbi!". Wewnątrz, w Pałacu, stara gwardia śpiewała pieśni swej młodości i tańczyła socjalistyczny “taniec śmierci".

Obywatele NRD przestali się bać, stali się siłą, której nie mogła powstrzymać żadna “Stasi". Dalej wydarzenia potoczyły się już wedle własnej dynamiki, którą nikt nie był w stanie pokierować. 18 października Honecker został zmuszony do ustąpienia z funkcji szefa partii (jego miejsce zajął, na krótko, Egon Krenz). 4 listopada na Alexanderplatz przyszło demonstrować pół miliona ludzi. Żądali wolnych wyborów, swobody podróżowania i demokracji. Przemawiali do nich pisarze dotąd wierni władzy (jak Christa Wolf i Christoph Hein), a także wysoki funkcjonariusz partii Günter Schabowski. 7 listopada rząd NRD podał się do dymisji (bez żadnych wyjaśnień); następnego dnia jego śladem poszło Biuro Polityczne SED. Nowym premierem został Hans Modrow, uważany za partyjnego “liberała".

Były to ostatnie próby ratowania państwa. Tylko czy było co ratować?

Noc najważniejsza

Po tym wszystkim wydawało się, że czwartek 9 listopada przebiegnie spokojnie. Jedynie na wczesny wieczór zapowiedziano konferencję prasową Schabowskiego. Pod koniec transmitowanej w TV konferencji Schabowski, członek nowego Politbiura, poinformował - w takim tonie, jakby chodziło o coś mało istotnego - że wprowadza się nowe przepisy: prywatne wyjazdy obywateli NRD za granicę, w tym do Berlina Zachodniego, są dozwolone bez żadnych zezwoleń czy wiz, i to od zaraz.

Musiało minąć kilka chwil, zanim znaczenie tych słów dotarło do dziennikarzy - i do ludzi przed telewizorami. Wkrótce przy przejściach granicznych do Berlina Zachodniego zaczęli zbierać się obywatele (jeszcze) NRD. Najpierw nieśmiało, potem, w miarę jak tłumy gęstniały, z coraz większą śmiałością napierali na zdezorientowanych strażników (ci nie musieli śledzić telewizji, a nawet jeśli śledzili, nie musieli od razu pojąć, co powiedział Schabowski). W końcu pierwszy szlaban poszedł w górę. Potem kolejny...

Na całej długości muru zaczął się szturm na nieliczne przejścia graniczne (już następnego dnia w wielu miejscach buldożery zaczęły wyburzać fragmenty muru, by stworzyć kolejne, prowizoryczne). Po stronie zachodniej witał ich szampan i łzy. Dla nas, berlińczyków, była to najważniejsza noc od zakończenia II wojny światowej.

Około północy zaczął się kolejny “szturm", tym razem od strony zachodniej: na mur w okolicy Bramy Brandenburskiej wdrapał się pierwszy odważny. Milicjanci nie zareagowali. Wkrótce betonową zaporę obsiadły setki roześmianych ludzi.

W tym momencie po wschodniej stronie Bramy - ciągle jeszcze obsadzonej przez milicję - wydarzyła się jedna z bardziej poruszających scen tej nocy. Pewna kobieta postanowiła podejść do Bramy. Chciała spełnić marzenie życia. Gdy milicjanci zastąpili jej drogę, nie zatrzymała się, ale wykrzyczała im w twarz cały gniew, jaki gromadził się w niej latami. Wołała: “Zawsze marzyłam, żeby choć raz w życiu przejść przez Bramę! Nigdy nie byłam po drugiej stronie! Nigdy nie byłam na Zachodzie! Czy to aż tak trudno zrozumieć?!".

Milicjanci się cofnęli.

Pamięci Petera

A co czuliśmy my, dziennikarze z Berlina Zachodniego?

Radość - i wstyd. Wstyd, że przez tyle lat nie wierzyliśmy, iż mur kiedyś runie. Wstyd, ponieważ inni mieli więcej wiary.

Na przykład światowej sławy wiolonczelista i kompozytor Mścisław Rostropowicz, który dwa dni później przyleciał do Berlina. Celem jego podróży nie były sale koncertowe. Prosto z lotniska Rostropowicz pojechał pod mur, koło przejścia granicznego zwanego Checkpoint Charlie. Zatrzymał się w pobliżu miejsca, gdzie zginął Peter Fechter. Ten 17-letni chłopak był jedną z pierwszych ofiar muru: w rok po jego postawieniu próbował uciec na Zachód. Postrzelony, przez kilka godzin wykrwawiał się w strefie śmierci. Wołał o pomoc, ale nikt mu nie pomógł. Dopiero gdy umarł, milicjanci zabrali jego zwłoki.

Po czym milczący Rostropowicz wyjął swój instrument i odegrał samotnie suitę Jana Sebastiana Bacha.

“Dla tych, którzy tutaj zginęli" - powiedział potem krótko dziennikarzom.

I dodał: “Mury nie stoją wiecznie".

Przełożył Wojciech Pięciak

Joachim Trenkner, ur. 1935, uciekł z NRD przed budową muru. W latach 60. mieszkał w USA, gdzie pracował w “Newsweeku". Po powrocie do Europy był korespondentem zachodnioberlińskiej telewizji w Europie Wschodniej. Obecnie korespondent “TP" w Niemczech.

Dziękujemy, że nas czytasz!

Wykupienie dostępu pozwoli Ci czytać artykuły wysokiej jakości i wspierać niezależne dziennikarstwo w wymagających dla wydawców czasach. Rośnij z nami! Pełna oferta →

Dostęp 10/10

  • 10 dni dostępu - poznaj nas
  • Natychmiastowy dostęp
  • Ogromne archiwum
  • Zapamiętaj i czytaj później
  • Wybrane teksty dostępne przed wydaniem w kiosku
  • Także w formatach PDF, EPUB i MOBI
10,00 zł

Dostęp kwartalny

Kwartalny dostęp do TygodnikPowszechny.pl
  • Natychmiastowy dostęp
  • 92 dni dostępu = aż 13 numerów Tygodnika
  • Ogromne archiwum
  • Zapamiętaj i czytaj później
  • Wybrane teksty dostępne przed wydaniem w kiosku
  • Także w formatach PDF, EPUB i MOBI
79,90 zł
© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]
(1935-2020) Dziennikarz, korespondent „Tygodnika Powszechnego” z Niemiec. Wieloletni publicysta mediów niemieckich, amerykańskich i polskich. W 1959 r. zbiegł do Berlina Zachodniego. W latach 60. mieszkał w Nowym Jorku i pracował w amerykańskim „Newsweeku”.… więcej

Artykuł pochodzi z numeru TP 45/2004