Szanowny Użytkowniku,

25 maja 2018 roku zaczyna obowiązywać Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016 r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia dyrektywy 95/46/WE (określane jako „RODO”, „ORODO”, „GDPR” lub „Ogólne Rozporządzenie o Ochronie Danych”). W związku z tym informujemy, że wprowadziliśmy zmiany w Regulaminie Serwisu i Polityce Prywatności. Prosimy o poświęcenie kilku minut, aby się z nimi zapoznać. Możliwe jest to tutaj.

Rozumiem

Reklama

Jak obalano mur

Jak obalano mur

02.11.2014
Czyta się kilka minut
Nie upadłby mur berliński, gdyby wcześniej w NRD nie upadła komunistyczna dyktatura. Obalili ją obywatele demonstrujący na ulicach – zwłaszcza w Lipsku, podczas tzw. demonstracji poniedziałkowych.
Okładka dodatku „Jak obalano mur”. Na zdjęciu demontaż muru berlińskiego w okolicy Bramy Brandenburskiej, Berlin, listopad 1989 r. Fot. Lionel Cironneau / AP / EAST NEWS
P

Pamięć o jesieni 1989 r. związana jest we wschodniej i zachodniej części Niemiec z różnymi akcentami. Na Zachodzie za datę kluczową uchodzi 9 listopada, gdyż otwarcie granicy – czyli upadek muru berlińskiego – które wtedy nastąpiło, otworzyło drogę do zjednoczenia Niemiec (co dokonało się rok później). Natomiast na Wschodzie dla wielu kluczową datą jest 9 października: tego dnia na ulice Lipska wyszło co najmniej 70 tys. demonstrantów. Był to początek końca komunistycznej dyktatury w NRD. Z kolei demonstracje – nazwane poniedziałkowymi (Montagsdemonstrationen) – swój początek wywodzą od modlitw o pokój, organizowanych w lipskim Nikolaikirche, kościele św. Mikołaja, co poniedziałek o godzinie 17.
Skąd wzięły się te regularne modlitwy w Nikolaikirche? Aby odpowiedzieć na to pytanie, musimy cofnąć się do 1978 r. Wtedy to minister oświaty Margot Honecker (prywatnie: żona Ericha Honeckera, I sekretarza komunistycznej partii SED) wprowadziła do szkół nowy przedmiot: wychowanie obronne (Wehrerziehung). Spotkało się to z protestami wielu rodziców, a także Kościoła ewangelickiego, który postulował, by zamiast tego w szkołach wychowywano do pokoju. Nadaremno. Kościół podjął więc decyzję, aby corocznie, przez ostatnie 10 dni roku kościelnego, w świątyniach organizować codzienne modlitwy o pokój – nazwano to „dekadą na rzecz pokoju”.
Po raz pierwszy miały one miejsce w 1980 r. Wtedy to Harald Brettschneider, pastor i opiekun młodzieży z Drezna, sporządził – z myślą o uczestnikach tych modlitw – materiały duszpasterskie. A wśród nich: zakładkę do książek w postaci zadrukowanego kawałka materiału. Druk przedstawiał rzeźbę (mężczyznę, kowala, przekuwającego miecz na lemiesz), której autorem był sowiecki artysta Jewgienij Wuczeticz. Rzeźbę tę w 1959 r. Związek Sowiecki podarował ONZ. Artysta wykorzystał biblijny motyw z księgi proroka Micheasza, gdzie jest napisane: „Będzie On rozjemcą między licznymi ludami / i wyda wyroki na narody potężne, odległe; / i przekują miecze swe na lemiesze, / a swoje włócznie na sierpy. / Naród przeciwko narodowi nie podniesie miecza, / nie będą się więcej zaprawiać do wojny” (tłum. Biblia Tysiąclecia).
Brettschneider uznał, że w NRD nie może być zakazane zadrukowywanie materiału motywem sowieckiej w końcu rzeźby ze słowami „Miecze na lemiesze” (i z odnośnikiem: „Micheasz 4”). A dlatego materiału, nie zaś papieru, gdyż druk na papierze podlegał cenzurze, a druk na tekstyliach nie.
Okazało się, że to, co pomyślano jako zakładkę do książek, świetnie nadawało się jako naszywka na rękaw kurtki – choć pastor z Drezna nie miał takiego zamiaru. W ten sposób naszywka „Miecze na lemiesze” stała się szybko symbolem sprzeciwu, chętnie noszonym przez młodzież. W odpowiedzi nauczyciele i milicjanci zaczęli prawdziwe polowanie na takie naszywki. Złapanym młodym ludziom zdzierano je na miejscu; kto się opierał, temu konfiskowano kurtkę. Były przypadki, że studenci złapani z tą naszywką byli karnie relegowani z uczelni. Niektórzy młodzi ludzie zaczęli więc nosić inne naszywki: kawałek białego materiału z napisem: „Kowal tu był”.
Instytucja Nikolaikirche
Modlitwy o pokój, jak wspomniałem, zaczęto organizować w lipskim Nikolaikirche. Co ciekawe, stało się to trochę przypadkowo. A zaczęło się tak: parafia w Probstheida, dzielnicy Lipska, dysponowała tylko dwiema małymi salkami. Pomyłka w planowaniu sprawiła, że pewnego wieczora przed drzwiami spotkały się dwie różne grupy: z jednej strony członkowie duszpasterstwa młodzieżowego, w wieku od 15 do 19 lat, a z drugiej krąg biblijny, w wieku 60 plus. Co czynić? Diakon od młodzieży zaproponował, że skoro już się spotkali, to niech porozmawiają: młodzi i starsi. Seniorzy zaczęli pytać: dlaczego nosicie te naszywki, prowokujecie państwo i ryzykujecie swoją przyszłość? Młodzi odpowiadali: to państwo jest coraz bardziej zmilitaryzowane, naciskają na nas, żebyśmy szli do wojska, mówią, że jeśli nie zobowiążemy się zostać w wojsku kilka lat dłużej, niż trwa służba zasadnicza, nie będziemy mogli studiować. Starsi byli zdumieni: okazało się, że niewiele wiedzą o problemach i wyborach, przed jakimi stali ich młodzi rozmówcy.
W ten sposób narodziła się idea cotygodniowych modlitw o pokój – najlepiej w centrum miasta, wieczorem (po pracy i szkole) i w poniedziałki (bo poniedziałek, jak mówią u nas, to dla pastora niedziela, więc będzie więcej wolnych terminów).
Pomysłodawcy zwrócili się do superintendenta [zwierzchnika Kościoła ewangelickiego w tej części miasta – red.] Friedricha Magiriusa, który ideę poparł. Rada parafialna Nikolaikirche, pod przewodnictwem pastora Christiana Führera, miała wiele krytycznych pytań, ale w końcu się zgodziła. Tak zaczęła się – bynajmniej nieprosta i, jak się miało okazać, pełna sporów i emocji – historia cotygodniowych modlitw o pokój w lipskim kościele św. Mikołaja.
Władze kościelne nie były zachwycone: obawiano się napięć na linii Kościół–państwo, inwigilacji ze strony bezpieki (Stasi), zakazów, ciągłych kontroli itd. I tak też się stało. Było zasługą pastora Führera (zmarłego w czerwcu tego roku, w wieku 71 lat) i superintendenta Magiriusa, że mimo coraz większych nacisków władz nie odwołano ani jednej poniedziałkowej modlitwy ani nie przeniesiono jej w inne miejsce, przez długie osiem lat. W ten sposób Nikolaikirche i plac przed kościołem stały się nie tylko miejscem modlitw, lecz także – instytucją.
Od modlitw do opozycji
Choć początki były deprymujące. Na pierwsze modły o pokój w 1982 r. przyszło 7 osób, na drugie 11, na trzecie 12. Pocieszali się słowami Jezusa: „Gdzie dwaj lub trzej są zgromadzeni w imię moje, tam ja jestem”. Nastolatek z Probstheida namalował plakat z motywem „Miecze na lemiesze”, który do dziś wisi w Nikolaikirche, na pamiątkę.
W listopadzie 1983 r. po raz pierwszy po nabożeństwie doszło do demonstracji: grupa 50 młodych ludzi usiadła w kręgu na ziemi na placu przed kościołem, ze świecami. Bez okrzyków, bez transparentów. Wkroczyła Stasi; sześciu uczestników protestu otrzymało wyroki do dwóch lat więzienia.
Dla dalszej historii poniedziałkowych modlitw o pokój ważna stała się postać Christopha Wonnebergera. Wcześniej był on pastorem w Dreźnie i zasłynął jako pomysłodawca Społecznej Służby na rzecz Pokoju [jako służby zastępczej, zamiast służby w wojsku – red.], która na synodach Kościoła ewangelickiego spotkała się początkowo z poparciem, ale przez władze komunistyczne była zwalczana jako „podważanie zdolności obronnych państwa”. W efekcie władze kościelne wycofały swe poparcie, zadowalając się instytucją tzw. Bausoldaten, żołnierzy-robotników, jakiej nie było w żadnym innym kraju socjalistycznym [poborowi, którzy deklarowali się jako pacyfiści, musieli wprawdzie iść do wojska, ale nie dostawali broni, lecz służyli w osobnych jednostkach budowlanych – red.].
We wrześniu 1987 r. Wonneberger objął koordynację modlitw o pokój w Nikolaikirche. W międzyczasie Gorbaczow ogłosił głasnost i pierestrojkę, co nawet w NRD wzbudziło nowe nadzieje. Także w Lipsku zaczęły tworzyć się grupy zbuntowanych młodych ludzi, jak Grupa Inicjatywna Życie czy Grupa Robocza na rzecz Praw Człowieka, które odwoływały się do postanowień końcowych Konferencji Bezpieczeństwa i Współpracy w Europie z Helsinek w 1975 r. [podpisując je, także kraje komunistyczne zobowiązały się do przestrzegania praw człowieka, jednak tylko na papierze – red.]. Były to już grupy polityczne, w gruncie rzeczy opozycyjne (choć same tak się jeszcze nie określały). Kościół św. Mikołaja dawał im względnie chronioną przestrzeń i forum; nie były one natomiast zainteresowane nabożeństwami. Stało się to zarzewiem ostrego konfliktu, także między duchownymi.
Wonneberger nie stwarzał tym grupom żadnych ograniczeń, z kolei Führer i Magirius obawiali się, że poniedziałkowe modlitwy staną się zagrożeniem dla życia parafii. Jako gospodarze byli oni obwiniani przez władze państwowe za wszystko, co działo się w Nikolaikirche. Po ostatnim nabożeństwie przed przerwą wakacyjną w 1988 r. Magirius odebrał Wonnebergerowi funkcję koordynatora i wykluczył grupy opozycyjne z dalszego wpływu na kształt nabożeństw. Podczas kolejnych modlitw ich przedstawiciele chcieli odczytać oświadczenie protestacyjne, ale Magirius wyłączył mikrofon. Gdy organy zagłuszyły mówców, opozycjoniści wyłączyli organy. Nabożeństwa w Nikolaikirche bynajmniej nie były idyllą i ćwiczeniem się w chrześcijańskiej zgodzie.
Skutek był taki, że konflikt został przeniesiony z kościoła na plac przed świątynią: grupy opozycyjne protestowały teraz na nim przeciwko władzom kościelnym. Tak torowano drogę od poniedziałkowych nabożeństw o pokój do poniedziałkowych demonstracji. Okazuje się, że człowiek myśli swoje, a Pan Bóg pisze prosto także po liniach krzywych. Ale można by tu również odwołać się do Hegla i powiedzieć coś o przebiegłości rozsądku, za sprawą którego nawet z ludzkich konfliktów może nieoczekiwanie wyniknąć coś dobrego.
Gdyby Kościół ewangelicki nie mógł udzielić tym grupom schronienia pod swym dachem, zostałyby one bez wątpienia zniszczone, jak w latach 50., przez areszty i długie wyroki więzienia. Ale niektóre grupy żądały od Kościoła więcej, niż mógł on zaoferować. Dlatego relacje między obiema stronami były w sposób nieunikniony bardzo napięte – i po części zresztą napięcia między ówczesnymi protagonistami tamtego sporu trwają do dziś.
Było uzasadnione ze strony władz kościelnych, że chciały tak kształtować modlitwy o pokój, by nie zostały one zakazane. Grupy opozycyjne wysuwały wtedy zarzut – podtrzymywany do dziś – że Kościół uginał się przed władzą. Odwagą jest jednak, jak uczył Arystoteles, znalezienie właściwego środka między dwoma ekstremami: tchórzostwem, które postrzega niebezpieczeństwo większym, niż ono jest naprawdę, oraz lekkomyślnością, która nie docenia zagrożenia. Magirius powiedział kiedyś do opozycjonistów: „Nie wiecie nawet, w jakim jesteście niebezpieczeństwie”. W tamtym czasie nie można było być pewnym, gdzie zaczyna się lekkomyślność. Niektórzy uważali, błędnie i zbyt wcześnie, że komuniści są już bezzębnym tygrysem. A co mieli odpowiadać duchowni, gdy rodzice im zarzucali, iż to oni ponoszą winę za to, że ich dziecko siedzi w więzieniu?
Dziś twarde negocjacje między państwem i Kościołem wokół nabożeństw w Nikolaikirche są dobrze udokumentowane. Widać, że nie można tu mówić o przymilaniu się Kościoła ani o wyprzedzającym posłuszeństwie.
W międzyczasie, od lutego 1989 r., grupy opozycyjne i pastor Wonneberger ponownie zostali włączeni we współdecydowanie o kształcie poniedziałkowych nabożeństw.
„Chcemy się stąd wyrwać!”
Tymczasem od połowy lat 80. prócz władz kościelnych i grup opozycyjnych na scenie pojawił się trzeci aktor: ludzie, którzy pragnęli legalnie wyemigrować do Niemiec Zachodnich. Zwano ich Ausreisewillige [dosłownie: „ci, którzy chcą wyjechać” – red.]. Wcześniej, w toku zbliżenia RFN–NRD, władze w Berlinie Wschodnim stworzyły dla swych obywateli (teoretyczną) możliwość prawną opuszczenia kraju: każdy chętny mógł złożyć wniosek o wyjazd emigracyjny do RFN.
W praktyce złożenie wniosku oznaczało zwykle początek szykan, utratę pracy itd. W drugiej połowie lat 80. Ausreisewillige – ludzie, którzy złożyli taki wniosek i stali się de facto dla władz obywatelami drugiej kategorii – byli w NRD sporą grupą, dziś powiedzielibyśmy: grupą społecznie wykluczonych z woli władz.
Relacje między Ausreisewillige i opozycją były często napięte – w końcu ci drudzy nie chcieli opuszczać kraju, lecz go zmieniać. Choć akurat Lipsk stał się miejscem, gdzie – inaczej niż np. w Berlinie – obie grupy jakoś ze sobą współpracowały. W końcu łączyło je jedno: obie strony były skrajnie niezadowolone z NRD-owskiej rzeczywistości.
W drugiej połowie lat 80. coraz więcej Ausreisewillige zaczęło odkrywać, iż ich dążenie do opuszczenia NRD może zyskać nieoczekiwane przyspieszenie, jeśli zaangażują się w coś politycznie. Władze NRD chętnie pozbywały się bowiem z kraju
opozycjonistów – licząc, że taki „upust krwi” osłabi środowiska opozycyjne. I tak, w grudniu 1987 r., w nabożeństwie w Nikolaikirche po raz pierwszy udział wzięła grupa dwudziestu Ausreisewillige; w lutym było ich już kilkuset. Wołali: „Wir wollen raus!” („Chcemy się stąd wyrwać”). Władze zareagowały zgodnie z ich oczekiwaniem, wydając w marcu czterystu mieszkańcom Lipska zgodę na emigrację – w błędnym założeniu, że wróci spokój, i z takim skutkiem, że wieść rozniosła się po mieście. Na Nikolaikirche zaczęto patrzeć jak na etap w drodze na Zachód – ku irytacji i opozycji, i władz kościelnych.
„Zostajemy!”
Zmieniło się to dopiero w drugiej połowie 1989 r. Fala ucieczek z NRD, najpierw przez Węgry, a potem przez ambasadę RFN w Pradze, zadziałała także jak katalizator dla otwartego już organizowania się ruchu opozycyjnego w NRD – z inicjatywy tych, którzy nie chcieli uciekać, lecz zostać i zmieniać kraj. 26 sierpnia spotkała się grupa założycielska partii socjaldemokratycznej. 9 września powstało Nowe Forum, jako szeroki ruch opozycyjny; oddźwięk był tak wielki, że nawet założyciele byli zaskoczeni. Potem powstawały kolejne ugrupowania: Demokracja Teraz, Demokratyczny Przełom, Partia Socjaldemokratyczna. Nowe Forum pierwsze złożyło wniosek o rejestrację. Został odrzucony – po czym postulat jego rejestracji stał się jednym z haseł wznoszonych tamtej jesieni na demonstracjach.
A one właśnie ruszały – spod Nikolaikirche. 4 września, po pierwszym nabożeństwie po letniej przerwie, kilkuset ludzi wyszło przed kościół. Krzyczeli: „Wir bleiben hier! ” („Zostajemy tutaj!”). Licznie zgromadzeni zachodni fotoreporterzy słali potem do swych redakcji zdjęcia dziewczyn, którym tajniacy wydzierają transparenty, ale poza tym interwencja nie była brutalna.
Tydzień później przyszło jeszcze więcej ludzi. Tym razem doszło do aresztowań, 18 osób skazano w trybie doraźnym. To doprowadziło do nowych modlitw i czuwań za uwięzionych – także poza Lipskiem.
25 września i 2 października po nabożeństwach w Nikolaikirche uformowały się demonstracje (za pierwszym razem 8 tys. ludzi, za kolejnym 20 tys.), na które milicja i Stasi uderzyły z niezwykłą brutalnością. W ruch poszły pałki i armatki wodne. Na szczęście dla demonstrantów – i na nieszczęście dla władz – lipska opozycja miała już rozbudowane kontakty w innych miastach. A także w Berlinie Zachodnim – dzięki temu nagrania filmowe z Lipska mogły trafić do zachodniej telewizji. Znaczącą rolę w budowaniu tych tras łącznikowych – z Lipska do zachodnich mediów – odgrywał Roland Jahn, dziś szef „niemieckiego IPN-u” (Urzędu ds. Akt Stasi). Dzięki temu o tym, co dzieje się w Lipsku, dowiadywały się też pośrednio miliony obywateli NRD – oglądających zachodnią telewizję.
Warto odnotować, że wbrew temu, co często się słyszy, rewolucja w NRD początkowo wcale nie była pokojowa. Nie tylko w Lipsku, także w Berlinie, gdzie w pierwszych dniach października milicja i Stasi również brutalnie atakowały pierwsze tamtejsze demonstracje. Albo w Dreźnie, gdzie do zamieszek doszło wokół dworca, gdy przejeżdżały tędy pociągi wiozące na Zachód uciekinierów z praskiej ambasady (rannych zostało 45 milicjantów, spalono radiowóz).
Nic nie było więc przesądzone, a jesień 1989 r. w NRD równie dobrze mogła przerodzić się w bitwy uliczne – także w Lipsku. Wolno sądzić, że gdyby nie naciski Kościołów na władze, w kolejnych tygodniach rewolucja w NRD mogłaby wyglądać inaczej.
„To my jesteśmy narodem!”
Kolejna demonstracja poniedziałkowa miała się odbyć 9 października. Dwa dni wcześniej komuniści obchodzili uroczyście 40. rocznicę powstania NRD. W całym kraju, także w Lipsku, narastał więc strach: sądzono, że o ile przed rocznicą władze nie chciały uderzyć w demonstrantów z całą mocą, o tyle teraz, gdy zagraniczni goście wyjechali, można spodziewać się z ich strony generalnej rozprawy z opozycją.
W istocie, 6 października w miejscowej gazecie partyjnej „Leipziger Volkszeitung” ukazał się list-ostrzeżenie, autorstwa jednego z lokalnych dowódców milicji. Pisał on: „Jesteśmy gotowi i zdecydowani (...), aby ostatecznie i skutecznie zapobiec dalszym akcjom kontrrewolucyjnym. Jeśli będzie trzeba, także z bronią w ręku”. Po mieście rozpuszczano plotki, że milicja i Stasi otrzymały rozkaz otwarcia ognia do demonstrantów. W szkołach i na uczelniach wzywano, by uczniowie i studenci w poniedziałkowy wieczór nie wychodzili na ulicę.
Ale mało kto posłuchał. Tego dnia, przed południem, komendant milicji w Lipsku oceniał, że przyjdzie 50 tys. demonstrantów. Wschodnioberlińskie MSW uważało, że to przesada, i szacowało, że będzie 20 tys. W istocie przyszło co najmniej 70 tys. ludzi, może więcej. A w każdym razie tak wielu, że władze uznały, iż zgromadzone w Lipsku siły milicji, Stasi i wojska (wyposażone w broń maszynową i ostrą amunicję) są zbyt szczupłe, by rozpędzić taką masę ludzką i aresztować choćby część demonstrantów.
Tego dnia wieczorem nabożeństwa o pokój odbyły się w kilku kościołach w centrum miasta – po czym demonstranci przez kilka godzin krążyli po Ringu, alei otaczającej Stare Miasto, skandując nowe hasło: „Wir sind das Volk!” („To my jesteśmy narodem”). Nie wiedząc, że najważniejsi przedstawiciele władz śledzą na żywo ich marsz, za sprawą licznych kamer zainstalowanych przez milicję. Ale demonstrację nagrywały nie tylko kamery Stasi, lecz także współpracownicy Rolanda Jahna. Nagranie, przekazane potajemnie do Berlina Zachodniego, trafiło zaraz do wiadomości zachodniej telewizji. A za jej pośrednictwem – do obywateli NRD.
Dziś wiemy, dzięki otwartym archiwom Stasi, że w tamtych dniach w NRD 45 żołnierzy i 346 funkcjonariuszy rezerwowych jednostek milicji odmówiło wykonania rozkazu: powiedzieli przełożonym, że nie wezmą udziału w akcjach przeciw demonstrantom, bo to nie żadna kontrrewolucja demonstruje, lecz ich koledzy.
W ten sposób 9 października w Lipsku stał się momentem przełomowym: faktycznym początkiem końca dyktatury w NRD. Władze państwowe musiały skapitulować – i same zaczęły się chwiać. Choć nie od razu.
Po tamtym 9 października wszyscy w kraju zadawali sobie pytanie: co stanie się w kolejny poniedziałek? Erich Honecker proponował, by dla zastraszenia mieszkańców Lipska przez miasto przejechały czołgi. Otoczenie wyperswadowało mu ten pomysł. Niemniej przed posiedzeniami Biura Politycznego partii komunistycznej SED, 24 i 31 października, przygotowany był już projekt rozporządzenia o wprowadzeniu stanu wyjątkowego. Plan zakładał, że w kraju internowanych zostanie 85 tys. ludzi. Ale za każdym razem projekt nie trafiał pod obrady.
„Niemcy, jedna ojczyzna!”
W kolejny poniedziałek, 16 października, ponownie kilkadziesiąt tysięcy ludzi – być może już ponad 100 tys. – krążyło przez kilka godzin wokół lipskiej Starówki. Władze znów nie zdecydowały się uderzyć. Dwa dni później koledzy z SED pozbawili Honeckera władzy, w nadziei, że to jeszcze coś uratuje. Tymczasem miliony ludzi w NRD zobaczyły, że system jest bezradny. W kolejnych tygodniach wielkie demonstracje – nawet po kilkaset tysięcy ludzi – miały wychodzić na ulice właściwie wszystkich już miast NRD.
8 listopada do dymisji podało się całe Biuro Polityczne SED. A następnego dnia, w ogólnym chaosie, szef partii w Berlinie Wschodnim Günter Schabowski powiedział na konferencji prasowej coś, czego nie chciał powiedzieć. Miał tylko poinformować, że władze NRD zgodziły się na to, aby odtąd każdy, kto chce wyemigrować do RFN, mógł to uczynić. Obywatele zrozumieli to inaczej: że granica jest otwarta. I gdy wieczorem 9 listopada przy przejściach granicznych w Berlinie zgromadziły się tłumy, szlabany poszły w górę...
Wtedy także, już na początku listopada, na demonstracjach pojawiły się nowe hasła: najpierw „Wir sind ein Volk!” („Jesteśmy jednym narodem!”), a potem „Deutschland, einig Vaterland!” („Niemcy, jedna ojczyzna!”; była to zresztą pierwsza strofa hymnu NRD, którego od lat nie śpiewano, a jedynie grano). 1 grudnia parlament NRD wykreślił z konstytucji passus o „kierowniczej roli SED”. 4 grudnia w Erfurcie lokalny komitet obywatelski zajął (pokojowo) miejscową komendę bezpieki; w następnych dniach i tygodniach opozycja zaczęła przejmować komendy Stasi w kolejnych miastach, zabezpieczając archiwa. 7 grudnia po raz pierwszy spotkał się okrągły stół władza–opozycja, na zaproszenie Kościołów...
Tymczasem demonstracje poniedziałkowe w Lipsku, na które teraz zjeżdżały autokary z turystami z Zachodu, straciły na znaczeniu. Choć jeszcze raz miały zapisać się w historii: 12 lutego 1990 r. zaczęto wołać: „Jeśli marka zachodnia przyjdzie do nas, zostaniemy. Jeśli nie przyjdzie, pójdziemy do niej”. W Bonn można to było odebrać jako groźbę: że jeśli zjednoczenie nie nastąpi szybko, masy obywateli (jeszcze) NRD ruszą na Zachód. Szybka unia gospodarcza, walutowa i socjalna była nieunikniona. Po pierwszych (i ostatnich w historii NRD) wolnych wyborach 18 marca 1990 r. nowy parlament szybko podjął negocjacje zjednoczeniowe. 1 lipca unia walutowa weszła w życie.
Tym samym proces zjednoczenia Niemiec, formalnie sfinalizowany 3 października 1990 r., stał się nieodwracalny.

Przełożył WP

Prof. RICHARD SCHRÖDER (ur. 1943) pracował jako pastor w NRD, a także wykładał filozofię oraz teologię na uczelniach kościelnych i (po 1989 r.) Uniwersytecie Humboldta. Działacz opozycji, kandydował w pierwszych wolnych wyborach i został szefem frakcji SPD w pierwszym i ostatnim wolnym parlamencie NRD. Członek Rady „niemieckiego IPN”, autor książek o zjednoczeniu Niemiec. Tekst jest skróconą wersją laudacji na cześć Montagsdemos, wyróżnionych właśnie nagrodą Deutschlandstiftung.

Partner wydania: Konrad Adenauer Stiftung

Czytasz ten tekst bezpłatnie, bo Fundacja Tygodnika Powszechnego troszczy się o promowanie czytelnictwa i niezależnych mediów. Wspierając ją, pomagasz zapewnić "Tygodnikowi" suwerenność, warunek rzetelnego i niezależnego dziennikarstwa. Przekaż swój datek:

Dodaj komentarz

Usługodawca nie ponosi odpowiedzialności za treści zamieszczane przez Użytkowników w ramach komentarzy do Materiałów udostępnianych przez Usługodawcę.

Zapoznaj się z Regułami forum

Jeśli widzisz komentarz naruszający prawo lub dobre obyczaje, zgłoś go klikając w link "Zgłoś naruszenie" pod komentarzem.

Zaloguj się albo zarejestruj aby dodać komentarz

© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]