Napastnicy sponsorowani przez państwo mogą mieć na celowniku twój iPhone – gdy Claudia Palacios zobaczyła ten alert od firmy Apple, od razu pozbyła się swojego urządzenia. Nie chciała ryzykować. Jest dziennikarką, właśnie pracowała nad materiałem o korupcji w więziennictwie. Jej koleżanka, z którą razem drążyły temat, dostała podobne ostrzeżenie.
Apple wysyła takie alerty do użytkowników, gdy ma podejrzenie, że ich urządzenia zainfekował program szpiegowski typu Pegasus. Późniejsze analizy ośrodka The Citizen Lab z Kanady potwierdziły, że w czasie, gdy Claudia dostała ostrzeżenie od Apple’a, Pegasus śledził tu kilkudziesięciu dziennikarzy.
Wykonywanie tego zawodu w Salwadorze – niewielkim kraju Ameryki Środkowej (6,5 mln ludzi, wielkość województwa pomorskiego) – wymaga odwagi. Prezydent Nayib Bukele zwykł mawiać, że nieprzychylne mu media są na garnuszku Sorosa. Odwagi trzeba też, by walczyć z korupcją: bywa, że taki aktywista trafia do więzienia... pod zarzutem korupcji.
44-letni Bukele, który urząd objął w 2019 r., obiecując walkę z gangami – Salwador był wtedy najbardziej niebezpiecznym krajem obu Ameryk – istotnie zwalczył gangi. Ale potem zabrał się za demokrację. Dziś z uśmiechem mówi, że jest „najbardziej cool dyktatorem na świecie”. Jak do tego doszło? Jak w wieku XXI demokracja zamienia się w dyktaturę?
Dziennikarze w Salwadorze
Rozmawiamy przy kawie w galerii handlowej na przedmieściu San Salwador, stolicy kraju. 32-letnia Claudia Palacios zapewnia, że nie chce opuszczać ojczyzny. Jeszcze nie. Jak dotychczas nikt jej nie aresztował, o nic nie oskarżył. Czuje się bezpiecznie. No, w miarę bezpiecznie.
Claudia zawsze chciała zostać dziennikarką. Wspomina, jak oglądała z ojcem programy publicystyczne i potem rozmawiali o tym, co się dzieje w kraju. – Właśnie dlatego, że nasz kraj był tak niebezpieczny, chciałam wykonywać ten zawód, coś zmieniać – wspomina.
Na studia dziennikarskie wyjechała do sąsiedniej Gwatemali. Gdy wróciła, pracowała dla portalu informacyjnego, zajmowała się śledztwami. Redakcja utrzymywała się z grantów Kongresu USA. W 2025 r. ekipa Trumpa ucięła dofinansowanie. Wtedy przeszła do „La Prensa Gráfica”, największego salwadorskiego dziennika.

Claudia uważa, że coraz ciężej być tu dziennikarzem (o ile nie pracujesz w mediach państwowych). Oraz że panuje klimat paranoi: rzadko kto jest gotów mówić głośno, co myśli. Nie tylko, gdy idzie o prezydenta. Także w błahych sprawach.
W tej atmosferze niektóre media stosują autocenzurę. Unikają nazwiska Bukele. Łagodzą ton. Nie poruszają pewnych tematów. Zwłaszcza radio i telewizja. Claudia trochę je rozumie: – Bo co mają zrobić, przecież potrzebują koncesji państwa, aby w ogóle działać.
Ustawa o „agentach zagranicznych”
Nayib Bukele jest znany z niechęci do tradycyjnych mediów (gdzie tradycyjne to także np. portale internetowe). Gdy został prezydentem, początkowo przychodził na konferencje prasowe. Kiedy ktoś zadawał niewygodne pytanie, lubił wyśmiewać pytającego. – Zamiast odpowiadać, szydził i sugerował, że ta czy inna redakcja działa na zlecenie jakichś grup interesu – mówi Claudia Palacios.
Rolki z tych połajanek wrzucał do sieci, gdzie stawały się viralowe. Ale potem chyba i do tego stracił cierpliwość, bo konferencje prasowe zlikwidowano.
W 2025 r. jego rząd wprowadził za to ustawę o „agentach zagranicznych”. Nakłada 30-procentowy podatek od środków otrzymanych z zagranicy przez media i pozarządowe instytucje. – Jak to bywa na całym świecie, w dużej mierze polegamy na finansowaniu od organizacji międzynarodowych – przyznaje Claudia.
Media i organizacje, które otrzymują fundusze z zagranicy, muszą też zarejestrować się jako „agenci zagraniczni” w MSW. Zeznania ze swych działań i projektów muszą składać do MSW i prokuratury. Ustawa stanowi przy tym, że nie można wykorzystać takich funduszy do prowadzenia działalności „zagrażającej suwerenności narodowej lub politycznej”.
– Dziennikarstwo z natury jest działalnością polityczną. Może być w każdej chwili interpretowane jako działanie zagrażające ustalonemu porządkowi. Jeśli władzy ktoś się nie spodoba, ma gotowe narzędzie do oskarżenia – mówi Claudia.
Obóz Bukelego przejął też media publiczne. Dziś ich przekaz to propaganda sukcesu.
Bukele jak Trump: polityka bez mediów
Przyznać trzeba, że w awersji do mediów Bukele jest konsekwentny. Od początku swej politycznej kariery – najpierw jako burmistrz miasta Nuevo Cuscatlán, potem burmistrz stolicy – stawiał przede wszystkim na obecność na TikToku, YouTube czy platformie X. Tworzył – trochę jak Donald Trump – własne, alternatywne drogi dotarcia do obywateli.
Taka komunikacja bezpośrednia wychodziła mu dobrze, tym bardziej że wyrobił sobie opinię polityka bezkompromisowego, który jest w stanie złamać duopol na władzę klasycznej lewicy i prawicy. A po tym, jak w 2019 r. wygrał wybory po raz pierwszy, z każdym rokiem jego retoryka przeciw krytycznym wobec niego mediom była coraz bardziej agresywna.
Wielu Salwadorczyków wierzy w jego propagandę. – Nawet rodzina pyta mnie, czy Soros nam płaci i kto nam dyktuje, co mamy pisać – przyznaje Claudia Palacios.
Jak gangi przejęły Salwador
Nazwa „Salwador” oznacza dosłownie „Zbawiciel” i nawiązuje do postaci Chrystusa, patrona kraju (sięga wieku XVI, gdy hiszpańscy konkwistadorzy nazwali tak ten region; kiedy w 1821 r. uzyskano niepodległość, nazwa została). Nayib Bukele chyba trochę chciałby być właśnie zbawcą – narodu i kraju.
Pod jednym względem mu się to udało: w ciągu 7-letniej prezydentury sprawił, że w państwie w końcu jest (relatywnie) bezpiecznie. W tym celu w 2022 r. wprowadził stan wyjątkowy, który miał być, jak twierdził, wypowiedzeniem wojny brutalnej przestępczości.
Historia Salwadoru, najmniejszego kraju Ameryki Środkowej, to ciąg cierpienia związanego z wszechobecną przemocą – wojen, masakr, wyzysku. W latach 1979-92 miała tu miejsce wojna domowa między prawicowym rządem a lewicową partyzantką (to wówczas poniósł śmierć św. abp Óscar Romero). Potem, w kolejnych trzech dekadach, ta przemoc objawiała się w aktywności bezwzględnych pandillas, ulicznych gangów. Zwłaszcza dwóch: Mara Salvatrucha i Barrio 18.
Rywalizując ze sobą, gangi terroryzowały kraj – haraczami, przymusową rekrutacją. Handlowały narkotykami, kontrolowały prostytucję. Oraz zabijały: przez lata Salwador miał jeden z największych odsetków morderstw na świecie. W szczycie, w 2015 r., zabito 6656 ludzi (to tak, jakby w Polsce było 40 tys. morderstw), czyniąc kraj najbardziej brutalnym na zachodniej półkuli.
Bezpieczny Salwador
Gdy idę dziś ulicami San Salwador, wciąż większość aut ma przyciemniane szyby (to był taki odstraszacz na rabusiów: że niby nie wiadomo, czy kierowca też nie jest uzbrojony). Wiele sklepów spożywczych wciąż ma grube kraty na frontonach, przez które trzeba wskazać palcem, co chce się kupić. Przy prawie każdej większej firmie usługowej leniwie kręci się strażnik z shotgunem. Nawet ochroniarz w supermarkecie ma rewolwer przy pasie.
Ale to tylko ślady dawnych czasów. Teraz można czuć się bezpiecznie. Żadnych podejrzanych typów na ulicy. Wszędzie policja i wojsko. Nikt nie ostrzega, by po zmroku nie kręcić się po dzielnicy. Salwador stał się jednym z najbezpieczniejszych krajów Ameryki Łacińskiej. Hitem podróżniczym wśród backpackersów i surferów, którzy ciągną z całego świata, korzystają z uroków natury i niskich cen.
Stał się też wzorem do naśladowania. Ludzie z Meksyku, Wenezueli czy Hondurasu kiwają głową z aprobatą: „U nas też powinno się zrobić taki porządek!”. Jest się z czego cieszyć: od 2015 r. do dziś liczba morderstw spadła o 98 procent.
Bukele i cool dyktatura
Ale przywrócenie bezpieczeństwa to tylko połowa tej historii. Bukele zwany jest przecież „najbardziej cool dyktatorem świata”. Cool, bo młody (choć dziś już raczej w średnim wieku) i przystojny. Cool, bo pozbył się gangów. Cool, bo zalegalizował bitcoina jako oficjalny środek płatniczy. No i wygląda na to, że faktycznie albo już jest, albo metodycznie zmierza w stronę, by zostać dyktatorem.
Już na początku urzędowania Bukele wkroczył teatralnie do parlamentu w obstawie żołnierzy. Do posłów zwrócił się o akceptację dla pożyczki na wydatki związane z bezpieczeństwem. Gdy ci patrzyli z konsternacją, stwierdził, że da im chwilę do namysłu, i poszedł się pomodlić do parlamentarnej kaplicy. Pożyczka została zaakceptowana.
– Nikt nie mógł uwierzyć, że niecałe 40 lat od zakończenia wojny domowej znów zobaczymy żołnierzy w parlamencie. To było nie do pomyślenia – wspomina Claudia.
Potem Bukele obsadził na nowo Sąd Najwyższy. Wybrani przez niego sędziowie, choć było to wbrew konstytucji, pozwolili mu kandydować drugi raz pod rząd. Pozbył się też niewygodnego prokuratora generalnego i zmienił prawo tak, by mógł (on lub jego podwładni) usuwać niższych rangą sędziów i prokuratorów. Z kolei w 2025 r. parlament, w którym większość ma jego partia, wydłużył mu kadencję z 5 do 6 lat oraz zlikwidował limit kadencji.
Stan wyjątkowy w Salwadorze
Głównym instrumentem jego władzy pozostaje régimen de excepción – stan wyjątkowy, zawieszający wiele praw i swobód obywatelskich, obowiązujący od 2022 r.
Oficjalnie była to odpowiedź prezydenta na ówczesną falę morderstw. Są jednak przesłanki, że do 2022 r. Bukele miał z pandillas cichy pakt, w którym ci drudzy zobowiązali się do niezabijania w zamian za lepsze warunki w więzieniach dla ich liderów. Pakt miał być zerwany po tym, jak władze nie wypełniły swoich zobowiązań.
W czasie stanu wyjątkowego Bukele zmiótł z ulic nie tylko pandillas. W ciągu ostatnich czterech lat aresztowano łącznie 91 tys. ludzi – Salwador stał się światowym rekordzistą, gdy idzie o odsetek więźniów. W szczycie aresztowań za kratami było około półtora procent populacji – w dużej części bez nakazów, spraw sądowych, wyroków.

W mediach zaczęły krążyć podejrzenia, że wielu zatrzymanych nie ma nic wspólnego z gangami. Że policja aresztuje, bo wyrabia normy. Albo że kogoś zatrzymano za wątpliwy tatuaż. Sporo było, jak słyszę, donosów na sąsiadów czy konkurencję, jakoby adwersarz był członkiem gangu. Wisienką na torcie jest „outsourcing”, jaki Bukele zaoferował Trumpowi, przyjmując w więzieniach deportowanych z USA i gangsterów, i nielegalnych imigrantów.
Bukele twierdził, że tylko około procenta zatrzymanych było przez pomyłkę. Ale zwolniono dotąd 8 tys. osób, czyli bliżej 9 proc. zatrzymanych. Niezależne media twierdzą, że wciąż siedzi sporo niewinnych. Bukele ripostuje, że media chcą wypuszczenia morderców. Wielu obywateli patrzy na to przez palce. Przynajmniej ludzie nie giną na ulicach.
Więzienia Bukelego
Prawda jest też taka, że – oceniając według międzynarodowych standardów – w Salwadorze stworzono w istocie obozy odosobnienia, gdzie w horrendalnych warunkach stłoczono ludzi pozbawionych prawa do sprawiedliwego procesu. Tak to widzą Amnesty International i Human Rights Watch.
Owszem, skoro na ulicach jest w końcu bezpiecznie, to wielu aresztowanych musiało być w pandillas. To bez wątpienia. Tylko już teraz wiemy, że nie wszyscy – więc ilu naprawdę?
Oraz: co dalej? Winni dostaną szansę na resocjalizację i powrót do społeczeństwa? Czy mają zgnić na blaszanych kojach cel, bo wcielono ich przemocą do gangu lub w młodości zostali zbałamuceni przez starszych kolegów? Brnijmy dalej w szczegóły: czy chłopiec na posyłki, formalnie będący w gangu, ma dostać dożywocie tak jak sicario, morderca na zlecenie? Oraz co teraz z demokracją?
Każdy, kto głośno zadaje te pytania, staje się wrogiem publicznym. Zwłaszcza dziennikarze i organizacje praw człowieka. Według APES, związku lokalnych mediów, już ok. 60 dziennikarzy wolało opuścić kraj. Największa lokalna organizacja praw człowieka, Cristosal, zamknęła biuro w Salwadorze i dziś działa z Gwatemali.
Obrońcy praw człowieka ostrzegają przed reżimem
W stolicy Gwatemali spotykam się z prawnikiem z Cristosal. René Valiente ma 40 lat i kieruje działem researchu. Dorastał w czasie salwadorskiej wojny domowej. Studiował i pracował w czasach wszechmocy gangów. Twierdzi, że w najgorszych momentach nie przyszło mu przez myśl, by emigrować. Dopiero rządy Bukelego zmusiły go do tego.
René: – Emigracja kształtowała moją rodzinę. Moja ciotka emigrowała jeszcze przed moimi narodzinami. Uciekała przed wojną domową i problemami ekonomicznymi. Wychowywałem się z jej synami. Moi kuzyni w końcu też wyemigrowali. Zawsze wierzyłem, idąc za przykładem matki, że mogę zostać. Że mogę przyczynić się do lepszego Salwadoru.
Organizacja Cristosal działa od 26 lat. Założyli ją biskupi ewangeliccy, miała zająć się prawami człowieka i demokracją po wojnie domowej. Zajmowała się też korupcją, przemocą gangów, nielegalnymi eksmisjami. Odkąd rządzi Bukele, Cristosal ostrzega przed demontażem demokracji.
Gdy ponad rok temu USA deportowały kilkuset Wenezuelczyków, domniemanych gangsterów, Salwador przyjął ich w CECOT, owianym złą sławą więzieniu o podwyższonym rygorze. CECOT jest perłą w koronie propagandy Bukelego. Cristosal alarmował wtedy, że Salwador więzi obcokrajowców bez wyroków, aby podlizać się Trumpowi.
Krytycy władzy z zarzutami
– W maju 2025 r. policja wkroczyła do naszego biura, gdy odbywała się konferencja prasowa dotycząca Wenezuelczyków deportowanych z USA – mówi René.
Tydzień później aresztowano Ruth López, szefową wydziału ds. zwalczania korupcji w Cristosal. Zarzut: defraudacja, potem zmieniony na nielegalne wzbogacenie w czasie, gdy López pracowała w Najwyższym Trybunale Wyborczym (instytucji odpowiadającej za wybory). Siedzi do dziś. Jej sprawa została utajniona, jej prawnicy nie mają pełnego dostępu do akt. Amnesty International ogłosiło ją więźniem sumienia.
Po tym Cristosal ewakuowało wszystkich pracowników do Gwatemali. – Pozostanie w kraju było zbyt ryzykowne. Bardziej jesteśmy przydatni naszym siostrom i braciom, którzy są więźniami politycznymi, gdy możemy działać z zagranicy – mówi René.

Takich przypadków jak Ruth López jest więcej. Widać tu schemat: gdy ktoś występuje przeciw władzy, prędzej czy później jest oskarżony o delikt finansowy lub związki z gangami.
Prawnik Enrique Anaya w telewizji krytykuje prezydenta – dwa dni później jest aresztowany i oskarżony o pranie pieniędzy. Prawniczka Ivania Cruz na konferencji w Europie mówi o Salwadorze – trzy dni później jest oskarżona o udział w grupie przestępczej, policja wystawia za nią notę Interpolu (Cruz nie wraca, dostaje azyl w Hiszpanii). Rdzenny aktywista Óscar Iglesias sprzeciwia się budowie lotniska (bo to oznacza przesiedlenie jego społeczności) – jest aresztowany pod zarzutem powiązań z gangami.
Ostatnio Cristosal zajmuje się też niewyjaśnionymi zgonami zatrzymanych podczas stanu wyjątkowego. Od 2022 r. ponad 500 osób miało w takich okolicznościach umrzeć w więzieniach. – Reżim zastąpił przemoc gangów przemocą państwową – mówi René.
Dziennikarze uciekają z Salwadoru
Także w maju 2025 r. rodziny zagrożone eksmisją – na miejscu ich domów miała powstać autostrada – protestowały przed domem Bukelego. Policja je rozgoniła. Protest relacjonowała dziennikarka Mónica Rodríguez z lokalnego serwisu Balsamo RTV.
Tydzień potem dostała sygnał, że interesuje się nią policja. Insiderski. – Koleżanka, także dziennikarka, napisała mi, że policja prowadzi śledztwo. Twierdziła, że poinformował ją o tym ktoś z administracji więziennej. Osoba ta powiedziała koleżance, że najlepiej będzie, jeśli opuszczę kraj, na wszelki wypadek – wspomina Mónica.
Z 40-letnią Mónicą spotykam się w Ciudad de Guatemala. Nie czekała, aż po nią przyjdą, uciekła wraz z partnerem Steve’em Magaña, też dziennikarzem. Przez zieloną granicę, bo nie mieli paszportów.
Mónica zaczęła pracę dziennikarki w 2009 r., w telewizji publicznej Canal 10. Miała program „Memoria viva” („Żywa pamięć”), o spuściźnie wojny domowej. Została zwolniona po tym, jak kontrolę nad stacją przejęła administracja Bukelego. – Nie umiałam się dostosować. Oficjalnie zwolnili mnie z powodu utraty zaufania do mnie – wyjaśnia.

Ma łzy w oczach, gdy opowiada, jak tęskni za mamą, siostrą i siostrzenicą. – Nie sądziłam, że Salwador zaliczy taki regres. Że znów, jak podczas wojny domowej, dziennikarze i działacze będą musieli iść na wygnanie – mówi.
Mónica przebywa w Gwatemali jako turystka. Nie wie, co dalej. Oficjalnie nie ma wobec niej śledztwa. Zastanawia się nawet nad powrotem, głównie z tęsknoty za rodziną.
Poparcie dla Bukelego i strach
Niedawny sondaż Gallupa mówi, że 74 proc. Salwadorczyków boi się publicznie wyrażać swoje zdanie. Gdy zagadywałem przypadkowych ludzi o sytuację, istotnie nie byli wylewni. – No tak, nie ma już gangów, chociaż to. Jest z pewnością bezpieczniej – odpowiadali krótko. Po czym zapadała cisza lub zmieniano temat.
Z drugiej strony prorządowe media informują, że w ich sondażu Nayib Bukele ma w społeczeństwie 94 proc. poparcia. To więcej niż na Białorusi ma mieć Alaksandr Łukaszenka. Bliżej Kim Dzong Una, którego ma popierać 99 proc. obywateli Korei Północnej.
Dość to niechlubne grono. Ale Nayib Bukele na pewno dźwignie to brzemię. Chodzi przecież o zbawienie Salwadoru.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.






