Artur M., Yaroslav B. i Maryia M. powinni być w więzieniu. Nie są, i nie do końca wiadomo, czy kiedykolwiek tam trafią. A to spory problem, bo nie są pospolitymi przestępcami, ale członkami siatki szpiegowskiej, jaką ostatnio rozbito w naszym kraju.
Poszukiwana trójka stanowiła część grupy Ukraińców, Białorusinów i Rosjan, która miała w Polsce działać na rzecz Kremla. Na polecenie kontaktującego się z nimi przez Telegram „Andrieja” rozlepiali ulotki, obserwowali kluczowe lotniska, linie kolejowe i porty, mieli też planować wykolejanie pociągów, pobicia, a nawet zabójstwa. Dostawali 5 dolarów od naklejenia ulotki, 10 tys. obiecywano im za wykolejenie pociągu.
Wpadli w ubiegłym roku. 13 Ukraińców, dwoje Białorusinów i jednego Rosjanina oskarżono o „udział w przygotowywaniu akcji dywersyjnych i sabotażowych na terenie Polski”. Wszyscy przyznali się do winy i dobrowolnie poddali karze. Procesy dwójki, która wycofała się z porozumienia z prokuraturą, wciąż trwają.
Trojgu skazanym na najlżejsze kary – od roku do półtora roku więzienia – sąd uchylił tymczasowy areszt, w którym przebywali od marca 2023 r. I tu pojawił się problem.
W przypadku 44-letniego Yaroslava B., który pośredniczył w przelewach od mocodawcy i kupował wykorzystywane przez siatkę karty SIM, sąd już w styczniu wystawił nakaz doprowadzenia do więzienia. Podobny nakaz – ale doprowadzenia do poprawczaka – ma Artur M., odpowiedzialny za zakup kamer wykorzystywanych przez grupę do monitorowania kluczowych instalacji i werbowanie innych. W momencie zatrzymania miał 16 lat.
Nakaz zatrzymania i doprowadzenia do więzienia wydano także w sprawie 20-letniej Białorusinki Maryi M. (również pośredniczyła w przelewach i rozwieszała ulotki), która złożyła wniosek o warunkowe zwolnienie, ale nie stawiła się w sądzie, który miał rozpatrzyć ten wniosek. Wszyscy pozostali skazani odbywają już kary. W niektórych przypadkach dobiegają one końca, a po opuszczeniu więzienia mają zostać deportowani z Polski.
Jacek Dobrzyński, rzecznik ministra koordynatora służb specjalnych, zapewnia w „Rzeczpospolitej”, że jeden ze skazanych ma zostać doprowadzony do więzienia w najbliższym tygodniu. Przyznaje jednocześnie, że inna osoba z siatki szpiegowskiej rzeczywiście jest na wolności i wciąż trwają jej poszukiwania.
Pytanie tylko, czy nie jest już na to za późno. Wiadomo, że służby są przekonane, iż do szajki należało także kilkanaście innych osób, których do dziś nie udało się ustalić. Ukrywający się sabotażysta może korzystać z pomocy ich, a także rosyjskich służb. Może więc już dawno znajdować się poza zasięgiem ABW.
Dlaczego służby nie pilnowały trojga członków siatki, której rozbicie media okrzyknęły największym (ujawnionym) sukcesem polskiego kontrwywiadu? Czy uśpił je fakt, że „zaginieni” mieli w grupie być stosunkowo mało istotnymi graczami? Czy może zabrakło po prostu mocy przerobowych, bo polskie służby, przez dziesięciolecia zaniedbywane, podminowywane przez polityków i pozbawiane podstawowego wsparcia, najzwyczajniej w świecie nie mają kim wykonywać wszystkich powierzonych im zadań?
W obu przypadkach sytuacja ze skazanymi – choć sama w sobie może nie stanowić krytycznego zagrożenia, bo nie mówimy tu o asach wywiadu, a raczej o „pożytecznych idiotach”, którzy połasili się na kasę – powinna być sygnałem alarmowym dla decydentów. Nie chodzi o to, by teraz zwalać na służby winę za każde niedopatrzenie. To łatwizna. Chodzi o to, by w obliczu zagrożenia dać im środki i możliwości pełnienia ich podstawowego obowiązku – zapewniania bezpieczeństwa państwu i jego obywatelom.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.




















