Szanowny Użytkowniku,

25 maja 2018 roku zaczyna obowiązywać Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016 r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia dyrektywy 95/46/WE (określane jako „RODO”, „ORODO”, „GDPR” lub „Ogólne Rozporządzenie o Ochronie Danych”). W związku z tym informujemy, że wprowadziliśmy zmiany w Regulaminie Serwisu i Polityce Prywatności. Prosimy o poświęcenie kilku minut, aby się z nimi zapoznać. Możliwe jest to tutaj.

Rozumiem

Reklama

Rosyjska tożsamość a narracja historyczna

Rosyjska tożsamość a narracja historyczna

17.04.2012
Czyta się kilka minut
To prawda, że wizją Putina jest wielkomocarstwowość Rosji, budowana na świadomości zwycięstwa w Wielkiej Wojnie Ojczyźnianej, ale prawdą jest też, że nie ma on wyboru – to jedyna podstawa ideologiczna mająca masowe poparcie społeczne.
R

Rozpoczynając wykład w Krasnojarsku o polskiej i rosyjskiej tożsamości, zapytałem pierwszą z brzegu studentkę: „Wy russkaja ili rossijanka?”. Była bardzo zaskoczona – nie zrozumiała, czego ten Polak od niej chce. Obok siedział profesor językoznawca, mój rosyjski kolega, więc to samo pytanie zadałem jemu. „Koneczno, rossijanin” – odpowiedział śmiejąc się. Jest przecież „czystej krwi” Koreańczykiem.

O ile moje pytanie po rosyjsku jakiś sens ma, po polsku brzmiałoby bzdurnie. Tytuł mojej książki „Polskie i rosyjskie problemy z rosyjskością” (Łódź 2009) również sensowniej brzmi po rosyjsku: „Polskije i rossijskije problemy s ruskost’ju”. Język polski nie daje nam leksykalnych możliwości odróżnienia russkosti od rossijskosti. Dlatego polskim studentom na pierwszym wykładzie zadaję zwykle inne „prowokacyjne” pytanie: „Czy Czeczen jest Rosjaninem?”. Odpowiedź zawsze otrzymuję taką samą: „Jasne, że nie!”. Pytam więc dalej: „A czy Stalin był Rosjaninem?”, „A Beria?”, „A Dzierżyński?”. Tu szybkich odpowiedzi nie ma, gdyż studenci z reguły w ogóle nie mają pojęcia, kim byli Beria i Dzierżyński, a co do Stalina nie są pewni, jakiej był narodowości. Również z reguły nie otrzymuję odpowiedzi na pytanie, jak nasza Konstytucja definiuje kategorię polskości. „My, Naród Polski” i co dalej? – pytam i bardzo rzadko słyszę: „wszyscy obywatele Rzeczypospolitej”. Gdy już sobie wyjaśnimy, że zgodnie z Konstytucją każdy obywatel RP, niezależnie od pochodzenia etnicznego, jest Polakiem, dochodzimy do wniosku, że Czeczen posiadający obywatelstwo Federacji Rosyjskiej przynajmniej wedle prawa jest Rosjaninem (nie russkij, ale rossijanin).

Polacy problemów z tożsamością raczej nie mają: „Kto ty jesteś? – Polak mały. – Jaki znak twój? – Orzeł biały...”. Nawet w okresie komunizmu nie zniknęła polskość z naszej świadomości, nie zmieniono nazwy państwa (nie licząc dodanego przymiotnika „ludowa”), nie zmieniono hymnu, flagi, godła (nie licząc usunięcia korony). Rosjanie o swojej świadomości i heraldyce tego powiedzieć nie mogą. Gdy bolszewicy przejęli władzę, kategorię narodu „etnicznego” z wszystkimi jego atrybutami wyrzucili na śmietnik historii jako przeżytek burżuazyjny, i gdy ruszyli na Polskę, Majakowski wypisał na ich sztandarach: „Wojujemy z pańskim rodem, a nie z polskim pracującym ludem”, bo przecież w imię powszechnej szczęśliwości proletariusze wszystkich krajów mieli się połączyć w rzeczywistość bez granic i narodów. Z czasem, po niepowodzeniu idei wszechświatowej rewolucji, Stalin postanowił przynajmniej w jednym kraju stworzyć nowego człowieka (radzieckiego) i nowy „wszechnaród” (radziecki).

Dwie strategie pamięci

Gdy porównuje się totalitaryzm niemiecki i radziecki, na pierwszy plan wychodzą zwykle zbrodnie obu reżimów, mało mówi się natomiast o ideach, w imię których zbrodnie popełniano. A różnica jest istotna. O ile Niemcy ruszyli w bój o Lebensraum dla siebie jako rasy panów, o tyle „ludzie radzieccy” walczyli jakoby o powszechną „wolność, równość i braterstwo” (inna sprawa, że zamiast wolności, równości i braterstwa, zgodnie z przewidywaniami Dostojewskiego, osiągnęli powszechne zniewolenie i zanieśli je innym narodom). Z tej różnicy wypływa odmienny stosunek do rozliczeń z nazizmem w Niemczech i z komunizmem w Rosji. Niemcy wojnę przegrali i zmuszono ich do denazyfikacji, i dopiero w ślad za nią przyszła refleksja winy za popełnione zbrodnie, posunięta aż do tego, że pisanie o „narodzie niemieckim” stało się w Niemczech nieprzyzwoite. Wartością stał się obywatel, a nie naród. W Rosji „naród radziecki”, a w rzeczywistości głównie rosyjski, pokonał Niemców – Stalin nieprzypadkowo podczas wojny odwołał się do rosyjskich uczuć patriotycznych: przestał represjonować cerkiew, zrusyfikował umundurowanie wojska, ustanowił ordery imienia rosyjskich bohaterów: Aleksandra Newskiego, Michaiła Kutuzowa i Aleksandra Suworowa, przywrócił nawet stare nazwy niektórym ulicom i placom w oblężonym Leningradzie. Po wojnie wszystko wróciło na swoje miejsce i chociaż, zgodnie ze słynnym toastem Stalina z 24 czerwca 1945 r., naród rosyjski (russkij) stał się „pierwszym wśród równych” w radzieckiej „wspólnocie”, z rosyjskością lepiej było się nie wychylać – wartością był komunizm i radzieckość (jak później w popularnej piosence: „Moj adres nie dom i nie ulica – moj adres Sowietskij Sojuz”), a nie partykularyzm etniczny.

O ile po wojnie nazizm został powszechnie potępiony, komunizm z takim potępieniem się nie spotkał i mimo zimnej wojny partie komunistyczne w wielu krajach na Zachodzie działały bez problemów, a w niektórych (np. we Francji) działają po dziś dzień, nawet bez zmiany nazwy. Trudno się więc dziwić, że komunizm nie znalazł jednoznacznego potępienia także w postradzieckiej Rosji, choć Rosjanie (rossijanie), w odróżnieniu od Niemców, sami – i to ze sporym entuzjazmem – zrzucili z siebie jarzmo ideologicznego zniewolenia. A z czym zostali?

Z nieprawdopodobną korupcją i bezprawiem, nad którym władza nowego państwa, a właściwie skorumpowana „rodzina”, nie była w stanie, a pewnie i nie bardzo chciała zapanować. Demokracja stała się więc w świadomości Rosjan dier’mokracją („gównokracją”), a prywatyzacja prichwatizacją („nachapaniem się”).

Z brakiem środków do życia (pensji, emerytur, rent nie płacono miesiącami).

Z brakiem świadomości prawnej (wręcz z nihilizmem prawnym) i w ślad za tym – brakiem świadomości obywatelskiej.

Z brakiem idei (wartości), do której można byłoby się odwołać budując nową świadomość społeczną. Odzyskana wolność prowadziła wprost do anarchizmu (Jelcyn, uświadamiając to sobie, próbował nawet ogłosić konkurs na nową „ideę rosyjską”, co rzecz jasna spotkało się z kpinami). Idee komunizmu skompromitowały się, a autorytet Cerkwi skutecznie wypleniony został ze świadomości społecznej w czasach radzieckich (czego nie można powiedzieć np. o Polsce, gdzie Kościół był wówczas najważniejszą i powszechnie szanowaną „partią opozycyjną”).

Z brakiem zorganizowanej opozycji. Jedyną liczącą się opozycją wobec rządów Jelcyna (byłego aparatczyka komunistycznego) byli komuniści. Dzisiaj także tylko oni liczą się na opozycyjnej arenie politycznej. Słaba opozycja demokratyczna do tej pory nie zjednoczyła się i nie znalazła przywódcy, który zdobyłby zaufanie mas.

Z Dniem Zwycięstwa nad nazistowskimi Niemcami. Prócz Nowego Roku i Dnia Kobiet jest to jedyne święto wspólne dla wszystkich wielonarodowych Rosjan, i jedyne mające jednoznacznie pozytywny dla nich kontekst ideowy.

Tożsamość Rosji dzisiaj

Nic więc dziwnego, że w takiej „bezideowej” sytuacji, jak ujął to Adam Daniel Rotfeld („Myśli o Rosji... i nie tylko”, Warszawa 2012), „mitem założycielskim dzisiejszej Rosji jest heroizacja Wielkiej Wojny Ojczyźnianej”. Profesor dodaje: „i Stalina – jako skutecznego przywódcy” (wypowiedź z 10.01.2010), z czym żaden z moich uczonych i nieuczonych rosyjskich kolegów się nie zgadza, ponieważ oznaczałoby to wspieranie komunistów, a to się władzy nie opłaca. Stalin jest bez wątpienia wciąż autorytetem dla sporej części elektoratu, jednak przede wszystkim dla tego najsłabszego, najbiedniejszego. Skoro Rosja jest krajem bez świadomości obywatelskiej zdecydowanej większości społeczeństwa, wszelkie „mity założycielskie”, programy, reformy tworzyła i tworzy w niej władza, a ta od kilku lat konsekwentnie prowadzi politykę dekomunizacji i destalinizacji społecznej świadomości, co na co dzień widoczne jest w programach „kremlowskich” stacji TV, a co my mogliśmy zaobserwować m.in. podczas wizyt Putina na Westerplatte i w Katyniu. Zapomnieliśmy już, że gdy Putin wygrał swoje pierwsze wybory prezydenckie, udał się na „pielgrzymkę” do Aleksandra Sołżenicyna i znalazł u niego wsparcie dla państwowotwórczej polityki, w lipcu zaś 2009 r. spotkał się z wdową po pisarzu i po spotkaniu zarządził obowiązkowe wprowadzenie fragmentów „Archipelagu GUŁag” do szkolnych lektur. Chcąc wygrywać w Rosji wybory, Putin musi być koncyliacyjny i godzić melodię hymnu radzieckiego z nowym tekstem.

W Polsce, wśród totalnej krytyki Putina przed ostatnimi wyborami, niemal nie zauważono jego artykułu z 23 stycznia o kwestii narodowej, zamieszczonego w „Niezawisimoj Gazietie” (tłumaczenie tekstu na język polski można znaleźć na portalu Konserwatyzm.pl). A jest on istotny dlatego, że w Rosji w ostatnich latach próbowano powołać do życia wieloetniczny rossijskij naród i słowo „russkij” stało się niepoprawne politycznie do tego stopnia, że gdy w ramach projektu o uprzedzeniach polsko-rosyjskich kilka lat temu organizowałem w Moskwie konferencję „Polskaja i russkaja dusza”, zadzwoniono do mnie z ambasady RP w Moskwie i zasugerowano zmianę tytułu na „Polskaja i rossijskaja dusza”, na co oczywiście się nie zgodziłem, gdyż nie jestem specjalistą od „dusz” narodów syberyjskich, kaukaskich itd. A tu Putin przemówił w imieniu russkogo naroda jako podstawy państwowości rosyjskiej – jak gdyby znowu w duchu Sołżenicyna, który najpierw walczył na Zachodzie o nieutożsamianie rosyjskości z sowieckością, a później, w Rosji, o zachowanie russkosti w rossijskosti. W odróżnieniu od większości polskich polityków i dziennikarzy Putin dobrze uświadamia sobie problemy wynikające z rosyjskiej wieloetniczności, wielokulturowości, wielokonfesyjności i z ideologicznego spadku po ZSRR. I należy przyznać, że radzi sobie z nimi, skoro według wszystkich niezależnych ośrodków badań społecznych nie ma żadnego liczącego się konkurenta politycznego. To prawda, że jego wizją jest wielkomocarstwowość Rosji, budowana na świadomości zwycięstwa w Wielkiej Wojnie Ojczyźnianej, ale prawdą jest też, że nie ma on wyboru – to jedyna podstawa ideologiczna mająca masowe poparcie społeczne.

Swoim studentom zadaję zwykle jeszcze jedno prowokacyjne pytanie: „Kto wymordował polskich oficerów w Katyniu?”. W pierwszym odruchu rzecz jasna odpowiadają: „Rosjanie”. Sięgam więc po wspomnianą wyżej książkę Adama Rotfelda i cytuję: „Proszę spojrzeć na listę tych, którzy zdecydowali o rozstrzelaniu polskich oficerów w Katyniu, to jest na najważniejszych ówcześnie członków Biura Politycznego WKP(b) – mamy tam tylko dwóch Rosjan. Stalin i Beria to byli Gruzini, Mikojan był Ormianinem, Kaganowicz – Żydem... Rosjanie to Mołotow i Woroszyłow” (s. 45); „na ziemi rosyjskiej przede wszystkim ginęli Rosjanie, Ukraińcy i wszystkie inne narody Związku Radzieckiego. Dwa lata przed zbrodnią w Katyniu, gdzie zamordowano polskich oficerów, dokonywano tam egzekucji radzieckiej inteligencji. Jest to miejsce wspólnego bólu. Może to sprzyjać porozumieniu i pojednaniu. Wymaga to uświadomienia sobie elementarnej prawdy, że to nie Rosjanie mordowali Polaków, ale zbrodniczy reżim, który był wrogiem zarówno Rosjan, jak i Polaków” (s. 74).

Czy to nie dziwne, że choć wypowiedzi te najpierw znalazły się w „Odrze” (listopad 2010 r.) i w „Przekroju” (30 marca 2010 r.), w internecie ich nie znajdziemy? Dlaczego nie chcemy pamiętać, że pierwszymi szefami bolszewickiej bezpieki byli Polacy – kolejno Dzierżyński i Mienżyński? Dlaczego tak trudno nam zrozumieć, że nie da się utożsamić kategorii narodowości z kategorią klasowości, że komuniści w odróżnieniu od nazistów wyrzekli się swojej narodowości i byli wręcz z tego dumni?

Skoro sami mamy problemy z odpowiedzią na te pytania, nie dziwmy się, że Rosjanie (tak russkije, jak i rossijanie) długo jeszcze będą zastanawiali się nad własną tożsamością i najprawdopodobniej na zawsze pozostanie ona dla nich jednym z „przeklętych problemów”. Chyba że przyjdzie taki czas, gdy wszyscy staniemy się „obywatelami świata” i problem narodowości, tak jak np. problem konfesji, będzie prywatną sprawą każdego z nas.

ANDRZEJ DE LAZARI jest historykiem kultury rosyjskiej, filologiem wschodniosłowiańskim, specjalistą od historii stosunków polsko-rosyjskich. Wykładowca Uniwersytetu Łódzkiego, autor m.in. „Polskich i rosyjskich problemów z rosyjskością” (2009).

Czytasz ten tekst bezpłatnie, bo Fundacja Tygodnika Powszechnego troszczy się o promowanie czytelnictwa i niezależnych mediów. Wspierając ją, pomagasz zapewnić "Tygodnikowi" suwerenność, warunek rzetelnego i niezależnego dziennikarstwa. Przekaż swój datek:

Dodaj komentarz

Usługodawca nie ponosi odpowiedzialności za treści zamieszczane przez Użytkowników w ramach komentarzy do Materiałów udostępnianych przez Usługodawcę.

Zapoznaj się z Regułami forum
Jeśli widzisz komentarz naruszający prawo lub dobre obyczaje, zgłoś go klikając w link "Zgłoś naruszenie" pod komentarzem.

Zaloguj się albo zarejestruj aby dodać komentarz

© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]