Anna Ciarkowska: Jak to się stało, że zaczęłaś pisać? Jesteś aktorką.
Rene Karabasz: W zasadzie nie, zagrałam tylko w jednym filmie. Nie postrzegam siebie jako aktorki, chociaż zdobyłam cztery nagrody za rolę Gany w filmie „Bez Boga” („Bezbog”, w reż. Ralitzy Petrovej; 2016). Teraz robię filmy, ale już w nich nie gram. Napisałam scenariusz do bułgarskiego serialu „My, fale” („Te, valnite”, w reż. Nedy Morfovej i Petara Krumova; 2025). Zresztą mój koncept został doceniony przez Telewizję Polską w czasie Międzynarodowego Festiwalu TV Heart of Europe. Właśnie skończyłam prace nad adaptacją mojej powieści „Zanim dojrzeją granaty”, premiera filmu odbędzie się jeszcze w tym roku.
Kiedyś powiedziałaś, że myślisz obrazami. Czy przeniesienie tak poetyckiej książki na ekran było dla Ciebie trudne?
Tak, to jak oglądanie kadrów we własnej głowie. Muszę tylko znaleźć słowa, by to opisać. Dlatego myślę, że moje pisarstwo jest bardzo filmowe.
Ekranizacja to kolejny sukces Twojej książki. Przyniosła Ci również finał Nagrody Bookera. Jak to wyróżnienie wpłynęło na Twoje życie?
Już sama wiadomość o nominacji do nagrody wywołała wiele zmian. Byłam akurat w górach z moimi przyjaciółmi, bez dostępu do internetu. Odebrałam telefon i zaczęło się prawdziwe szaleństwo. Przez pięć dni ciągle udzielałam wywiadów. Nawet telewizja chciała do mnie przyjechać. To było wyjątkowe doświadczenie, dużo okrzyków, śmiechów i łez. Nigdy dotąd czegoś takiego nie przeżyłam.
Zainteresowanie mną i moją książką ogromnie wzrosło. Dzięki mojej agentce mam nowe kontrakty w krajach azjatyckich, a to były dla nas niedostępne wcześniej rynki wydawnicze. To nowy etap, jeśli chodzi o mnie, moje życie i pracę.
Wracając do pytania o pisanie: kiedy zdecydowałaś, że będziesz się tym zajmować?
Myślę, że nigdy nie podjęłam tej decyzji. Wiedziałam, że to moja droga, odkąd nauczyłam się czytać i pisać. To sposób życia. Zawsze wiedziałam, że będę robiła coś związanego z literaturą, kinem, teatrem. Mam to szczęście, że wiem, jaka jest moja życiowa misja.
W jednym z wywiadów mówiłaś o fotografii wirgineszy [według zwyczajowego prawa Albanii to zaprzysiężona dziewica, która przejmuje rolę mężczyzny]. Najpierw była fotografia, a potem historia, czy odwrotnie – miałaś już w głowie swoją opowieść?
Miałam już pomysł. Wiedziałam, że będę pisała o swoim życiu.
A więc „Zanim dojrzeją granaty” to powieść autobiograficzna?
Tak. Wiele z opisanych rzeczy przydarzyło się mnie samej. Nie wiedziałam jednak, jak opisać swoje doświadczenia, i szukałam bohatera, który mógłby to zrobić. Zobaczyłam zdjęcia dziewic Kanunu autorstwa Pepy Hristovej i wybrałam je, by opowiedziały tę historię, ale w wersji bardziej radykalnej.
Dorastałam w małym miasteczku w Bułgarii, w bardzo patriarchalnym środowisku. Chciałam pokazać, jak daleko może posunąć się taka społeczność, a także jak świat zewnętrzny odciska się na ciele. Dla mnie to opowieść o męskiej i kobiecej energii, o tym, co dzieje się, gdy ta pierwsza dominuje.
Niektórzy krytycy pisali, że Twoja powieść to baśń. Zgadzasz się z tym?
Tak, jury Nagrody Bookera stwierdziło, że to współczesna baśń, ale jeśli tak, to raczej zła baśń. Lubię myśleć, że moje pisanie zaciera granice jawy i snu. Właściwie nie da się powiedzieć, czy główna bohaterka śni, czy nie. Jest w tym oczywiście dużo realizmu magicznego, który nadaje powieści charakter niesamowitości.
Umieszczasz swoją bohaterkę, Bekię, w konkretnym środowisku. Jej tożsamość jest ściśle powiązana z miejscem i czasem, a jednocześnie to w dużej mierze historia uniwersalna. Jak Twoja powieść została odczytana w Bułgarii, a jak za granicą?
Rzeczywiście, to jednocześnie bardzo lokalna i uniwersalna opowieść. Myślę, że wynika to z tego, jacy są bohaterowie i jakie traumy w sobie noszą. Książka wyszła w Bułgarii osiem lat temu, została bardzo dobrze przyjęta. Ciekawe jest to, że nikt nie rozprawiał o obecnym w niej pierwiastku queerowym. Byłam z tego zadowolona, bo kluczowymi problemami tej historii są tożsamość i zależności rodzinne. Ale w Stanach Zjednoczonych to stało się najważniejsze i „Zanim dojrzeją granaty” nazwano powieścią queerową. Nie podoba mi się to, bo to zubaża opowieść o kobiecie, która przede wszystkim walczy o siebie i o swoje prawa. Zmiana płci jej kochanki, Dany, nie wpłynęłaby na jej historię, więc to naprawdę nie ma znaczenia.
Dla mnie to powieść o starciu sił: rodzinnej tradycji i nowoczesności, nienawiści i miłości, kobiecości i męskości. O zakleszczeniu między nimi i próbie wyzwolenia. Kim dla Ciebie jest Bekia?
Buntowniczką. Jest jedna rzecz, którą zauważyłam później: kiedy składa przysięgę, by zostać wirgineszą, zmienia się w mężczyznę, ale tylko w tym rozdziale mówi o sobie jako o chłopcu. Potem znów zabiera głos z pozycji dziewczyny, a więc w jakiś sposób zachowuje ją w sobie. Myślę, że to znaczące, szczególnie że zostaje zaprzysiężona w wieku 16 lat, gdy hormony buzują, zakochuje się, a siła miłości pcha ją przez granicę między dziewczęcością a kobiecością. I to jest nie do zatrzymania. Później, rzecz jasna, zdaje sobie sprawę z tego, co zrobiła, a jej wyjazd do Bułgarii staje się podróżą bohatera o tysiącu twarzy, o której pisał Joseph Campbell. To, co dzieje się w tobie i w twoim otoczeniu, możesz dostrzec dopiero wtedy, kiedy się oddalisz i spojrzysz na to z dystansu. Bekia tak właśnie robi i nie poddaje się. Ma 35 czy 36 lat i postanawia, że odzyska swoje życie – to jej akt buntu.
Funkcjonuje w systemie i jednocześnie go podkopuje, ale nie po to, by go zmienić, lecz by znaleźć w nim dla siebie miejsce.
Jeśli jesteś sam, ciężko cokolwiek zmienić, ale jeśli sprawisz, że ludzie uwierzą w twoje wartości, wtedy zmiana jest możliwa. Jeden człowiek jest jak jaskółka, która nie czyni wiosny, ale wiele jaskółek – już tak.
Może miłość jest tu formą nieposłuszeństwa?
O tak, miłość sprawia, że wszystko jest na swoim miejscu. Jest nie do zatrzymania. Nawet jeśli nadchodzi mrok, miłość jest światłem, które go przenika i odsłania prawdę.
Właśnie, światło i mrok. Jednocześnie nie pokazujesz prostego, czarno-białego obrazu. W Twoim świecie nic nie jest takie, jakie wydaje się na pierwszy rzut oka. Tak jakby wszystko było podwójne, bliźniacze. Zresztą motyw bliźniaków okazuje się tu bardzo istotny.
Bekia i Sale to ja i moja siostra. Ona była „synem tatusia”, a ja odgrywałam rolę Salego, bo byłam tą wrażliwą, nie chciałam robić tego, co nakazuje się chłopcom. Ostatecznie jednak godziłam się na to, bo musiałam jakoś przetrwać. Moja siostra także.
Obecnie ona stara się o dziecko i nadal się jej nie udaje. Zaczęła szukać przyczyn, przygląda się naszej rodzinie i ciągle wraca do tego pragnienia, by być synem dla naszego ojca, którego on zawsze chciał mieć.
To także historia o ciałach.
Nasze ciała noszą traumy. W pewnym momencie trzeba im powiedzieć: nie musicie już walczyć o przetrwanie. Możecie po prostu być.
Jesteś rebeliantką?
Zdecydowanie, jestem i zawsze byłam. Opuściłam swoją wioskę, będąc w siódmej czy ósmej klasie podstawówki. To wiek, kiedy zaczynasz być sobą i samodzielnie postrzegać świat. A gdy wracasz, masz inną perspektywę i możesz coś zmienić.
Mój ojciec przy stole zawsze mówił „podajcie mi sól”, a my natychmiast to robiłyśmy. Pewnego razu odpowiedziałam: „wstań i weź ją sobie”. Był tak zdziwiony, że to zrobił. Następnym razem powiedziałam, żeby mówił „poproszę” i teraz mówi: „poproszę o sól”. To małe kroki, które prowadzą do większej zmiany.
Twój język też jest poniekąd buntowniczy, a jego intensywność i zmysłowość czynią lekturę bardziej wymagającą.
Nie wydaje mi się, by była szczególnie trudna. Na początku musisz przyzwyczaić się do tego stylu, ale potem tekst porywa cię jak rzeka. Jest jak wiersz. Uważam się za poetkę, nie powieściopisarkę. Cokolwiek robię – piszę powieść, scenariusz czy sztukę teatralną – poezja jest moim punktem wyjścia. Ten poszatkowany język ma być wyrazem wolności: w tamtej społeczności jest jak w więzieniu, ale główna bohaterka w swojej głowie jest wolna i wyraża się we właściwy tylko sobie sposób.
Dla Ciebie to też forma wyzwolenia? Szukałaś własnego języka, czy on zawsze był w Tobie?
Po prostu się pojawił. Myślę, że każda książka ma swój język. Trzy lata temu zaczęłam pracę nad kolejną powieścią i myślałam, że strumień świadomości to mój sposób na pisanie. Wtedy poczułam, że wkładam stare buty, które już na mnie nie pasują. Zrozumiałam, że każda historia przychodzi z własnym głosem i trzeba go usłyszeć.
Tego szukasz w literaturze?
Zdecydowanie. Wśród moich ulubionych lektur jest poezja Julia Cortázara. Lubię pisarzy i poetów argentyńskich, brazylijskich, realizm magiczny i prozę poetycką. Kiedy otwieram książkę, najważniejszy jest dla mnie język. Historia może być wspaniała, ale jeśli sposób pisania mnie nie zainteresuje, nie czytam dalej. Lubię też Clarice Lispector. Pisze w sposób bardzo poetycki, mocny i jednocześnie wyjątkowy.
Niedawno miałam okazję poznać Itamara Vieirę Juniora, który opowiada o niewolnictwie w Brazylii. Jego książki są pełne realizmu magicznego. Pociąga mnie pisanie będące na pograniczu rzeczywistości i snu. Lubię rytuały i wszystko, co wymyka się rozumowemu poznaniu.
Zdecydowałaś się wprowadzić do „Zanim dojrzeją granaty” inne formy, m.in. listy. Czy opowieść narratorki wymagała tego rodzaju „didaskaliów”? A może to sugestia redaktorska?
To Sale zdecydował, że będzie pisał listy do swojej siostry. Niemniej, mój sposób pisania jest tak intensywny, że potrzebna była jakaś tradycyjna forma jako rodzaj pauzy, moment, byśmy wzięli oddech, i ja, i czytelnicy, zanim znów wskoczymy do rzeki tekstu.
Powieść nie była redagowana. Po prostu tak ją napisałam. Eksperymentowałam i czułam się wolna podczas tworzenia. Nie zamykam się w żadnej szufladce. Myślę, że piszący są tylko narzędziami, że kanalizujemy historie, które często nie zależą od nas. Właściwie to zazwyczaj od nas nie zależą…
Jak w takim razie wygląda Twój proces twórczy?
Praca nad książką zajmuje mi bardzo dużo czasu – lata poszukiwań, chociaż samo pisanie trwało tylko dwa miesiące. Piszę rozdział, czytam, i to wszystko. Surowy szkic został docelową formą. Nie uważam, żeby trzeba było w niego ingerować, bo pisałam w bardzo wyjątkowym stanie przypominającym medytację. To było jak zanurzenie się w podświadomości. Nie umiem pisać w inny sposób.
A jak wyglądały te poszukiwania?
Cóż, zanim zacznę pisać książkę, dużo czytam i robię mnóstwo notatek, mam dziesiątki zeszytów, map, fotografii i innych materiałów. Ale na końcu muszę to wszystko odłożyć i po prostu pisać. Jeśli chcesz czerpać z podświadomości, pisać prosto z serca, nie możesz za bardzo polegać na informacjach, bo wtedy pozwalasz, by to twój mózg pisał. Ja tego nie lubię. Wybieram inne źródło energii, które znajduje się w sercu i podświadomości. Jeśli piszesz z tego miejsca, możesz wpływać na innych bardziej, niż pisząc głową.
Wydaje mi się, że kiedy „piszesz głową”, masz w niej także swoich czytelników. Chcesz zaprezentować się jak najlepiej. Gdy piszesz sercem, nie widzisz ich, tylko siebie i swoją wizję.
Dokładnie. A nie możesz myśleć o czytających, o tym, czy ktoś polubi twoją książkę. Jeśli to robisz, nie napiszesz tego, co najważniejsze. Nie możesz wejść do świata, bo jesteś poza nim. To trudne, szczególnie w dzisiejszych czasach, bo jesteśmy cały czas rozproszeni przez telefony i ciągły przepływ informacji.
Przypuszczam, że po nominacji jest jeszcze trudniej. Czujesz presję?
Tak. Napisałam około stu stron mojej nowej powieści i wszystko wyrzuciłam, bo chociaż to było dobre, naprawdę dobre, wszystko napisałam mózgiem. Nie czułam tego. Obiecałam samej sobie, że nie napiszę nic, czego nie będę naprawdę czuła.

Rene Karabasz (własc. Irena Ivanova, ur.1989) – bułgarska powieściopisarka, poetka, scenarzystka i reżyserka teatralna. Jej debiutancka powieść „Zanim dojrzeją granaty” zdobyła m.in. Nagrodę Literacką im. Eliasa Canettiego, a w 2026 r. znalazła się na krótkiej liście Nagrody Bookera.
„Prawa młodości” - rozmowa z Rene Karabasz i Mahsą Mohebali na Festiwalu Conrada prowadzona przez Aleksandrę Samonek odbędzie się w niedzielę 25 października 2026 roku. Szczegóły na stronie festiwalu »
Wspieraj Festiwal Conrada! Kup bilety dobrej woli i festiwalowe pamiątki »
Organizatorzy Festiwalu Conrada: Miasto Kraków, KBF, Fundacja Tygodnika Powszechnego
Partnerzy strategiczni: Tygodnik Powszechny, Teatr im. J. Słowackiego w Krakowie
Dofinansowano ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego pochodzących z Funduszu Promocji Kultury.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.







