Na czarno-białych fotografiach sceny z życia. Grupa ludzi na walizkach. Kobiety w tymczasowo zaaranżowanej kuchni. Mężczyźni przy budowie torów tramwajowych. Oraz już po pracy, jak stłoczeni w barakach, grają w karty.
Michaela z trudem powstrzymuje łzy. Wystawa „Wir, Saisonniers…” (w wolnym przekładzie: „My, pracownicy sezonowi…”), w galerii sztuki Photobastei w Zurychu, przywołała mgliste wspomnienia. – Chyba nie całkiem zdawałam sobie sprawę z tego, co przeżyli moi rodzice. Oraz ja. Te obrazy to także część naszej historii – mówi.
Mama Michaeli przyjeżdżała do pracy w Szwajcarii pod koniec lat 60. XX w. z Włoch. Na początku zabierała ją ze sobą. Pozwolenie na pobyt dostawało się wtedy tylko na dziewięć miesięcy, bez praw, bez możliwości sprowadzenia rodziny.
– Nazywali nas „dziećmi z szafy”, bo musieliśmy się chować. Po pewnym czasie mama zaczęła zostawiać mnie u krewnej za włoską granicą. Nie miała warunków? Bała się? To było życie pełne niepewności i strachu – zastanawia się Michaela.
To wtedy pojawił się pomysł, aby liczbę imigrantów w Szwajcarii ograniczyć do maksimum 10 proc. całej populacji. Przyjęcie tzw. inicjatywy Schwarzenbacha, jak ją wtedy nazwano, oznaczałoby dla gastarbeiterów deportację ze Szwajcarii.
Status Saisonnier zniesiono dopiero w 2002 r. Dzisiaj do ich dzieci wracają duchy przeszłości.
Imigracja napędza wzrost populacji Szwajcarii
W niedzielę 14 czerwca obywatelki i obywatele Szwajcarii zagłosują w referendum, określanym jako najważniejsze od czasu głosowania w sprawie akcesji do ówczesnej Wspólnoty Europejskiej. Wtedy, w 1992 r., o decyzji na „nie” przeważyło zaledwie 24 tys. głosów. Szwajcaria pozostaje poza Unią, ale jest z nią ściśle związana przez umowy dwustronne, układ z Schengen i członkostwo w Europejskim Stowarzyszeniu Wolnego Handlu (EFTA).
Skąd pomysł tego zbliżającego się referendum? Pod koniec 2023 r. populacja tego małego alpejskiego kraju przekroczyła 9 mln ludzi. Na tle Europy powiększa się dynamicznie, szybciej niż w Niemczech, Francji czy Włoszech. A że współczynnik dzietności szura po historycznym dnie, więc populacja rośnie głównie dzięki imigracji.
Odkąd rynek w 2007 r. otworzył się na pracowników z Unii – wcześniej obowiązywały kontyngenty – średnio co roku przybywa Szwajcarii ponad 70 tys. osób (migracja netto). To tyle, ile liczy średniej wielkości miasto St. Gallen. Tylko w latach 2011-2024 przybyło 2,5 mln osób, a ponad połowa została. W efekcie Szwajcaria ma jeden z najwyższych odsetków zagranicznej populacji w Europie. W Genewie połowa mieszkańców to obcokrajowcy, w Zurychu jedna trzecia. A przy tym, z 220 mieszkańcami na kilometr kwadratowy, kraj należy do najgęściej zaludnionych w Europie.
Szwajcaria pęka w szwach – twierdzą politycy prawicowej Szwajcarskiej Partii Ludowej (SVP), pierwszej siły w parlamencie. I mówią: szlus. Do 2050 r. liczba mieszkańców nie może przekroczyć 10 mln, a hamulec ma być wpisany do konstytucji.
Inicjatywa ta od miesięcy rozgrzewa społeczeństwo do czerwoności.
Szwajcarska tożsamość i „przeobcowanie”
Gdyby obywatelki i obywatele Szwajcarii zagłosowali na „tak”, akceptując pomysł SVP, byłby to precedens w Europie. Dotychczas postulat ograniczenia populacji wysunęła w Holandii w 2024 r. skrajnie prawicowa partia Geerta Wildersa, ale nie został przyjęty.
Politycy SVP widzą w „eksplozji” populacji zagrożenie dla szwajcarskiej tożsamości. Używają słowa Überfremdung, dosłownie: przeobcowanie. „Nie dla pełzającej islamizacji i ekspatów, którzy mówią wyłącznie po angielsku” – głosi referendalne argumentarium. SVP wylicza: mieszkania są coraz droższe, zieleń znika pod warstwą betonu, korkują się drogi, poziom edukacji spada, rośnie przestępczość. „Chcemy, by Szwajcaria pozostała Szwajcarią” – mówi Marcel Dettling, szef SVP.
Ograniczyć imigrację prawica próbowała już w roku 2014 i 2020. Pierwsza inicjatywa przeszła w referendum, ale nie doczekała się pełnej implementacji. Druga odpadła w głosowaniu.
Krytycy inicjatywy SVP ripostują, że obawy związane z przeludnieniem mają w Szwajcarii długą historię.
– Już 200 lat temu, gdy wielu Szwajcarów opuszczało kraj z powodu ubóstwa, narzekano na rzekome przeludnienie. W pierwszej inicjatywie przeciwko nadmiernej imigracji, w 1965 r., wysuwano argumenty podobne do obecnych. Wówczas w Szwajcarii mieszkało 5,8 mln osób – zauważa w rozmowie z „Tygodnikiem” prof. Didier Ruedin ze Szwajcarskiego Forum ds. Migracji i Badań nad Ludnością Uniwersytetu w Neuchâtel.
Czy w Szwajcarii rzeczywiście zrobiło się tłoczno? – Nie istnieje coś takiego, jak naukowo zdefiniowania optymalna wielkość populacji – odpowiada prof. Ruedin. – Kto miałby o tym decydować? Państwo? Rynek? To czysty populizm.
Co naprawdę zmienia imigracja w Szwajcarii
To, że kraj się rozbudowuje, jest faktem. Rośnie zapotrzebowanie na mieszkania, biura, infrastrukturę. W latach 2009-2018 terenów zabudowanych przyrastało średnio o powierzchnię równą ośmiu boiskom piłkarskich – dziennie. W ciągu ćwierćwiecza zbudowano 1,3 mln nowych mieszkań (rodziny przyjezdne wynajmują lokum średnio o 15 m kwadratowych mniejsze niż Szwajcarzy).
Jedną z największych bolączek są skokowo rosnące składki ubezpieczenia zdrowotnego, które jest obowiązkowe i prywatne. Przy czym, jak wynika z analiz federalnych, rodowici Szwajcarzy „kosztują” system więcej niż przyjezdni.
A korki? Kierowcy stoją teraz w korkach łącznie ponad 55 tys. godzin rocznie, siedem razy dłużej niż jeszcze 20 lat temu. Od tamtej pory liczba samochodów osobowych na drogach wzrosła o jedną trzecią. Ale autostrady w Szwajcarii są wręcz śmiesznie tanie, roczna winieta kosztuje zaledwie 40 franków (niecałe 200 zł).
Dalej: SVP straszy rosnącą przestępczością. Ta na tle Europy wciąż jest niska, a w ostatnich latach spadła. Zwiększył się za to udział obcokrajowców wśród podejrzanych i skazanych za przestępstwa.
Prawica przejęła temat imigracji. Co na to lewica?
– Wzrost liczby ludności z pewnością zmienia Szwajcarię, społeczeństwo stało się bardziej zróżnicowane. Ale nielegalna imigracja jest tu tematem marginalnym, nie ma problemowych dzielnic, gangów. Buduje się intensywnie, ale jakoś zyski właścicieli nieruchomości czy funduszy emerytalnych nie budzą oburzenia. A wyzwania w zakresie infrastruktury? Bogaty kraj powinien sobie z nimi poradzić – mówi Didier Ruedin.
– Gorzej, że nie radzi sobie ze zmonopolizowaniem tematu imigracji przez prawicę – dodaje.
Na lewicy, która pomysły SVP nazywa „inicjatywą chaosu”, też panuje chaos. Silny jest tu sceptycyzm wobec dyktatu rozwoju gospodarczego, a jako problem wskazuje się zwłaszcza globalne koncerny i kierowane do nich podatkowe zachęty.
Oficjalnego poparcia na lewicy dla inicjatywy SVP nie ma. Ale nie ma też konkretnej odpowiedzi na wyzwania związane ze wzrostem populacji. Czuć Dichtstress – napięcie związane z gęstością zaludnienia, jednak tematu migracji lewica się nie tyka.
W jakim celu obcokrajowcy przyjeżdżają do Szwajcarii?
Czego konkretnie chce SVP? Aby już z chwilą, gdy liczba ludności przekroczy 9,5 mln, rząd zaczął działać. Na pierwszy ogień ma iść polityka azylowa i tzw. łączenie rodzin. A gdy liczba ta przekroczyłaby 10 mln, wtedy Berno musiałoby wypowiedzieć umowę z Brukselą o swobodnym przepływie osób i inne powiązane z nią porozumienia dwustronne.
– Mając w pamięci brexit, takie chaotyczne sytuacje są jak najbardziej możliwe – uważa Ruedin. – Niepewna sytuacja geopolityczna na świecie podsyca społeczne lęki. Szwajcarzy patrzą na sąsiadów, Niemcy, Francję, gdzie w ostatnich latach zaostrzyły się antyimigranckie nastroje, i gdzie w siłę rośnie skrajna prawica.
Także szwajcarska prawica rysuje obraz masowego sprowadzania azylantów. A jak wyglądają fakty? Według informacji Szwajcarskiej Pomocy dla Uchodźców (SFH), osoby o uznanym statusie uchodźczym, osoby starające się o azyl, a także Ukraińcy przebywający w Szwajcarii na podstawie statusu ochronnego to łącznie tylko 2,5 proc. całej populacji i tylko 14 proc. imigrantów (przed inwazją Rosji na Ukrainę było to 8,1 proc.).
Na mocy konwencji dublińskiej, określającej, które państwo jest odpowiedzialne za rozpatrzenie wniosku o azyl, Szwajcaria do połowy 2025 r. przyjęła 11 tys. osób, natomiast ponad 40 tys. odesłano do innych krajów europejskich.
Skąd tak mały odsetek azylantów wśród imigrantów? Bo zdecydowana większość obcokrajowców przyjeżdża tu w celach zarobkowych – najwięcej z krajów sąsiadujących ze Szwajcarią, ale też z Portugalii, Hiszpanii, Polski.
– Dla nich renegocjacja umów dwustronnych z Unią mogłaby być opłakana w skutkach – mówi Marek Wieruszewski, przedstawiciel Unii, największego związku zawodowego w Szwajcarii. Związek zrzesza 170 tys. pracowników, z których połowa to obcokrajowcy.
Branże, w których Szwajcaria potrzebuje pracowników
Szwajcarska gospodarka opiera się na imigrantkach i imigrantach.
Związek Pracodawców wylicza, że w ostatnich 15 latach ok. 90 proc. stanowisk w sektorze prywatnym obsadzanych było przez pracowników przyjezdnych. Jeśli jako ekonomiczny wskaźnik dobrobytu przyjąć PKB na mieszkańca, od 1991 r. wzrósł on o jedną trzecią. Stopa bezrobocia nie przekracza 3 proc., zatrudnienie jest stabilne.
– Jeśli Szwajcaria nadal chce się rozwijać, imigracja jest niezbędna. Niektóre branże funkcjonują wyłącznie dzięki przyjezdnym – uważa Wieruszewski.
Jakie to branże? Budownictwo, gastronomia, sektor opieki, a także służba zdrowia.
Ponad połowa pracowników, przyjeżdżających do Szwajcarii na podstawie umowy z Unią o swobodnym przepływie osób, zatrudniona jest w zawodach wymagających wyższych kwalifikacji. – Szwajcarii bardziej opłaca się ściągać lekarzy z Niemiec, niż inwestować w kształcenie lokalnie. To wygodne i w przyszłości raczej się nie zmieni – mówi Wieruszewski.
Przyznaje, że nastroje w Bernie są napięte. – Dzwonią do mnie Polacy, pytają o nadchodzące referendum. Dziś mogą osiedlać się na podstawie długoletnich pozwoleń na pobyt, sprowadzać rodziny, mają prawa socjalne, ich pensje podlegają kontroli. Bez tego wróciłby dziki rynek pracy, powtórzyłaby się historia półniewolniczego wyzysku, jak to było w latach 60. XX w. – mówi Wieruszewski.
Referendum w Szwajcarii: co mówią sondaże
Marek Wieruszewski mieszka w Szwajcarii od 15 lat. – Inicjatywa SVP trafia w nerw, nazywa problemy zauważalne dla ludzi: przepełnione pociągi, kolejki do lekarzy, rosnące koszty życia. Ale proponuje rozwiązania, które z tymi problemami nie mają nic wspólnego. Szwajcarom wiedzie się dobrze. Stawiajmy na lepszą integrację. Dbajmy o to, aby przyjezdni przestrzegali zasad społecznych. Ale nie wycinajmy Szwajcarii z Europy – apeluje.
Najnowsze przedreferendalne sondaże sugerują, że inicjatywa SVP nie przejdzie – choć tylko niewielką liczbą głosów.
Michaela mieszka i pracuje w Zurychu, ma już szwajcarski paszport. – Wielu moich znajomych nie ma prawa głosu. Atmosfera wokół tego referendum sprawia, że czują się niechciani, choć tu pracują i tu płacą podatki. Zamykanie granic i tworzenie wysp dobrobytu dla uprzywilejowanych nie jest rozwiązaniem – mówi.
Ona zagłosuje, mając w pamięci swoich rodziców. Nie chce, żeby ich historia się powtórzyła.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.










