Posłuchajcie takiej historii, nawet jeśli nie jest prawdziwa. A nie mogę zaręczyć, że jest, bo musiałem wysiąść, zanim historia dobiegła końca. Nie przyjrzałem się uważnie opowiadającej, nie mogę też zaręczyć, że wszystko usłyszałem dobrze, bo kiedy się odwracała, opowiadając, musiałem naprawdę wytężać słuch. A słuch mam już nie tak dobry jak kiedyś.
Rzecz działa się gdzieś w centralnej Polsce, bo pojawiały się nazwy takich miast jak Radom, Łódź i Skierniewice. Bohaterami opowieści byli młodzi małżonkowie, którzy bardzo długo czekali na dziecko, a kiedy w końcu się doczekali, okazało się, że będą mieli bliźnięta – dziewczynkę i chłopca. Dzieci rosły i rozwijały się zdrowo i równo, ale z czasem dziewczynka zaczęła wyprzedzać chłopca, który zrobił się apatyczny, wycofany i miał kłopoty w nauce. Dziewczynka pomagała bratu, jak mogła, ale kiedy przyszło do wyboru szkoły średniej, rodzice postanowili ich rozdzielić.
Od tej pory chłopiec uczył się jeszcze gorzej i jeszcze bardziej zamknął się w sobie. Chodził, o ile dobrze zrozumiałem, do technikum, ale skończył zaledwie dwie albo trzy klasy i w końcu zatrudnił się gdzieś jako portier. Siostra skończyła studia i wyjechała za granicę, tam wyszła za mąż i urodziła dwójkę dzieci, również bliźnięta. Jej kontakty z bratem rozluźniły się, aż w końcu zupełnie ustały. Kiedy przyjechała do Polski z nastoletnimi już dziećmi, nawet nie starała się go odnaleźć.
Oczywiście, nie musimy ufać opowiadającej. To jej wersja wydarzeń, mogły one przecież wyglądać inaczej. Ja też zresztą, streszczając tę historię, gubię niektóre szczegóły. Już widzę, że opowiadam ją zbyt gładko, gdy tymczasem powinienem użyć mowy pozornie zależnej, przywołać pewne charakterystyczne sformułowania. Opowiadająca używała na przykład mnóstwa zaimków, tak że chwilami trudno się było zorientować, kogo lub co ma na myśli. Nie wiadomo, czy siostra przyjechała do Polski sama, czy z mężem. W każdym razie ona także miała syna i córkę. Dzieci dobrze się rozwijały, syn był uzdolniony artystycznie, chodził do szkoły muzycznej, a córka miała talent do przedmiotów ścisłych.
W czasie pobytu w Polsce wydarzyło się jednak coś, co kobieta określiła słowem, którego nie zrozumiałem. Zniżyła zresztą głos, jakby było to coś, o czym nie wypada mówić przy obcych. W rezultacie kobieta została w kraju, a dzieci wróciły do domu. Po kilku miesiącach przyjechały ponownie do Polski i zamieszkały z matką.
Życie całej trójki bardzo się skomplikowało. Kobieta wynajęła dom, ale z jakiegoś powodu musiała się z niego wyprowadzić. W kolejnym miejscu, w którym zamieszkała z dziećmi, było włamanie i została okradziona. Przeprowadzała się kilka razy, zmieniając, jak rozumiem, nie tylko adresy ulic, ale i miasta. Dlaczego nie nawiązała kontaktu z rodzicami, nie wiadomo. Zniknęli z opowieści, choć na początku wydawali się bardzo ważni. Cały czas nie było kulminacji. Zauważyłem, że inni pasażerowie także przysłuchują się tej historii. Miałem wrażenie, że opowiadająca, zdając sobie z tego sprawę, zastanawia się, co zrobić dalej: czy zakończyć ją szybko, czy jeszcze trochę pociągnąć. Zostały mi cztery przystanki.
W końcu kobieta z opowieści znalazła w miarę spokojne miejsce do życia i wszystko zaczęło się układać. W któreś urodziny, namówiona przez dzieci, wybrała się do schroniska, a po jakimś czasie przyprowadziła stamtąd psa. Opowiadająca poświęciła psu dwa przystanki, ale ja zapamiętałem tylko, że był to czerwony seter, trzeba było z nim wychodzić na spacer cztery razy dziennie i miał jedno upodobanie – okropnie lubił wodę. Na spacerach od razu ciągnął nad staw lub rzekę, wskakiwał do fontanny, kładł się w kałużach.
Któregoś razu nad stawem zaczepił ją mężczyzna, który też spacerował z psem. Powiedział, żeby uważała, bo niedawno w tym miejscu zdarzył się wypadek: taki sam pies jak jej skoczył do wody i pociągnął za sobą swojego pana. Pan albo nie umiał pływać, albo uderzył głową w coś, co leżało pod wodą, tak czy owak nie wypłynął. Mężczyzna przyjrzał się seterowi i dodał: „On wygląda dokładnie jak tamten pies”. A kobieta odpowiedziała: „Bo to jest tamten pies”.
Nie wiedziałem, co zrobić. Mogłem przejechać jeszcze jeden przystanek, ale nie więcej. Opowiadająca jednak nagle zamilkła. Spodziewałem się – i pewnie inni pasażerowie także – że w opowieści znów pojawi się brat kobiety. Przyzwyczailiśmy się, że jeśli historia rozdzieliła jakieś rodzeństwo, to na koniec z pewnością je połączy, inaczej po co byłoby ją opowiadać. Miałem też mnóstwo pytań, bo przecież czerwony seter to dość charakterystyczny pies. Czy rzeczywiście czekałby w schronisku przez wiele miesięcy, aż ktoś się nim zainteresuje? A może ludzi odstraszała historia, w jaką był wplątany? Kobieta jednak milczała, a ja w końcu wysiadłem.
Tego dnia było bardzo mroźno, może był to najmroźniejszy dzień grudnia, który poza tym był raczej ciepły. Powoli zapadał zmierzch. Z jednej strony podobało mi się, że historia, której wysłuchałem, nie miała oczekiwanego finału. Z drugiej wspomniane przyzwyczajenie sprawiło, że byłem rozczarowany, a nawet zły, że tak się to potoczyło. Zajęty swoimi myślami, omal nie wszedłem na przejście dla pieszych na czerwonym świetle. Na szczęście ktoś z tyłu krzyknął ostrzegawczo. Obejrzałem się, żeby podziękować, ale nikogo za mną nie było.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.


















