Reklama

Przestrzeń nieuchwytna

Przestrzeń nieuchwytna

11.05.2003
Czyta się kilka minut
Z Barbarą Hanicką o scenografii w teatrze Krystiana Lupy rozmawia Magdalena Stojowska
M

MAGDALENA STOJOWSKA: Przestrzeń teatru Krystiana Lupy nasycona jest emocjami. Jak ją Pani czyta?
BARBARA HANICKA: Zachwyca mnie jej nieuchronność, bo wybory artystyczne Krystiana są tylko do pewnego stopnia suwerenne. Znam Krystiana i w przestrzeni jego teatru odnajduję bardzo wyraźne tropy z dzieciństwa: myślę, że dom w „Kalkwerku” przypomina opuszczony w dzieciństwie jego dom w Mokrem - nie ogrzewany, rozkładający się. Dla mnie bardzo mocno łączy się to z tym, o czym Krystian pisze w „Labiryncie” - tą dziwną szkołą, strychem, brudnym podwórzem, kurzem.

Poza tym uważam, że Krystian robi j edną i tę samą scenografię - do pewnego stopnia niezależną od tekstu, którym się posługuje. Być może jest to przestrzeń, z którą Krystian chciałby się zmierzyć w życiu, a tymczasem mieszka w bardzo mieszczańskim domu, który jest reminiscencją jego domu rodzinnego - jego drugą stroną.

Mam wrażenie, że ta przestrzeń jest bezkompromisowa - Lupa nikogo do niej nie dopuszcza. Jest nie tylko reżyserem, ale też tłumaczem, a nawet częściowo twórcą wystawianych tekstów, współautorem muzyki, autorem scenografii. Jest w tym pewna zachłanność...
Krystian przy pomocy teatru szuka - w niezwykle żarliwy sposób - drugiej „nienazwanej przestrzeni” i usiłuje ją nazwać. Myślę, że im jest starszy, tym ta zachłanność i żarliwość jest większa. Celem tych poszukiwań są religijne przeżycia, olśnienia. On to nazywa nieuchwytnym.

Coraz mniej liczy się z nami, publicznością, i załatwia przez teatr swoje bardzo poważne sprawy - ale jest w tym ogromnie uczciwy, nie ma tu nadużycia. Przestrzeń jego teatru zaczyna nas niepokoić, bo się rozpada - tak jest np. w „Mistrzu i Małgorzacie”. Być może jego następne przedstawienia będą tylko „w drodze” i nie ujrzą ostatecznej formy. Mam wrażenie, że teatr nie jest już w stanie sprostać jego poszukiwaniom, że rozpadaj ąca się przestrzeń teatru Lupy będzie funkcjonować w innej materii, może w literaturze...

A Pani olśnienia teatrem Lupy?
Mam mnóstwo olśnień. Krystian ma odwagę niepatrzenia w kierunku współczesnych receptur na robienie dobrego teatruczy dobrej scenografii - bo takie są i świetnie funkcjonują, np. w teatrze Castorfa.

Pamiętam choćby scenę wycieczki po Renie w „Lunatykach”, gdy nagle przestrzeń się otwiera: Bienicewicz i Frycz chodzą w koło, przechodzą przez ławkę, dalej chodzą i ma się wrażenie, że wszystko płynie, przesuwa się, a oni wspinają się po wzgórzu. Podobnie w „Lunatykach II” - kiedy siostra (Urszula Kiebzak) prowadzi żołnierza bez ręki (Jacek Romanowski): idą i idą, chodzą tam i z powrotem po scenie, właściwie nic się nie zdarza i nagle ta przestrzeń - i to jest zabawne - pączkuje, rozrasta się. Niezwykła jest też scena z „Braci Karamazow” -I wan (Jan Frycz) i Aleksy (Paweł Miśkie-wicz) rozmawiają z lewej strony przy stoliku; cała przestrzeń pozostaje pusta, obnażona i bezbronna, komponowana niemal wbrew wszelkim regułom reżyserii...

Te sceny pokazują, że przestrzeń nie funkcjonuje sama w sobie, jeżeli reżyser jej nie wypełni. Dlatego reżyser, który sam sobie robi scenografię, jest ideałem. Problem scenografa to często problem nieużytej przestrzeni, w której potencjalny rytm pozostaje niewykorzystany. Scenografia musi funkcjonować w czasie, nabrać muzyczności - a to może zrobić jedynie reżyser. Krystian potrafi to jak nikt inny.

Okazuje się, że przestrzeń może być najprostszym znakiem, planszą z oknem i drzwiami, która nagle się rozpada i rozciąga w nieskończoność: czujemy napięcie między przestrzenią na scenie, a przestrzenią, która ją otacza, ale jest niewidoczna...
Krystian tworzy niby-realizm: te odrapane ściany z liszajami, które są stałym elementem jego scenografii... Pamiętam przerażenie w pracowni malarskiej, kiedy postanowił pobrudzić ściany prawdziwym kurzem.

Ale te niby-realistyczne wnętrza są „krańcowe” - mają skonfrontować aktorów z ostatecznością. Na przykład pokój w „Rodzeństwie” zachowuje pozory realności - jest ciężki, mieszczański, a jednocześnie tworzy tak wyostrzoną przez swoje „ja” przestrzeń, że nie można w niej grać mieszczańskiego dramatu.

BARBARA HANICKA jest scenografem, od ponad 20 lat tworzy scenografie dla teatrów w Polsce i za granicą, współpracowała m.in. z Tadeuszem Brodeckim, Jerzym Jarockim, Grzegorzem Jarzyną; od 1984 r. stale współpracuje z Jerzym Grzegorzewskim.

Ten materiał jest bezpłatny, bo Fundacja Tygodnika Powszechnego troszczy się o promowanie czytelnictwa i niezależnych mediów. Wspierając ją, pomagasz zapewnić "Tygodnikowi" suwerenność, warunek rzetelnego i niezależnego dziennikarstwa. Przekaż swój datek:

Dodaj komentarz

Usługodawca nie ponosi odpowiedzialności za treści zamieszczane przez Użytkowników w ramach komentarzy do Materiałów udostępnianych przez Usługodawcę.

Zapoznaj się z Regułami forum

Jeśli widzisz komentarz naruszający prawo lub dobre obyczaje, zgłoś go klikając w link "Zgłoś naruszenie" pod komentarzem.

Zaloguj się albo zarejestruj aby dodać komentarz

© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]