Reklama

Portrety

Portrety

05.06.2005
Czyta się kilka minut
To mieszkanie - parter i oficyna - pozostały w zbombardowanym domu nienaruszone. W czasie wojny mieszkało tam już inne małżeństwo dozorców: Lajos Balázs, zecer z państwowej drukarni. Był to w ludzkim i społecznym sensie tego słowa najlepszy typ człowieka, jaki znałem na Węgrzech.
P

Podczas oblężenia nie proszony przez nikogo poznosił rzeczy nieobecnych mieszkańców - w tym również naszą pościel i odzież - do piwnicy i do ostatnich dni pilnował tych nędznych resztek domowego inwentarza. Pilnował ich z tak nabożną czcią, jak w obleganej twierdzy żołnierz pilnuje zniszczonego, przestrzelonego sztandaru. Bo ten dom był w Budzie ostatnim, wokół którego - i w piwnicach którego - w lutym 1945 r. jeszcze walczyli Niemcy. Kiedy Rosjanie wykurzyli ich stamtąd, wojna w Budapeszcie się skończyła.

Balázs zginął ostatniego dnia, kiedy wybiegł z domu, by ratować ranną kobietę na skraju parku Krwawe Pole. I tam też zmarł od razu, na tamtym rogu, jedna z ostatnich wystrzelonych w Budapeszcie kul przeszyła mu klatkę piersiową. Lekarza nie było w pobliżu, wykrwawił się na ulicy. Żona pochowała go w parku, tak jak w tamtym czasie grzebano zmarłych: przykryła ciało dwudziestocentymetrową warstwą gliniastej ziemi. Tego dnia, w którym po raz pierwszy poszedłem do Dzielnicy Zamkowej, by odszukać innego, też już nieżyjącego znajomego, żona dozorcy zawołała mnie, by pokazać miejsce na Krwawym Polu, gdzie pospiesznie zakopano jej męża. (Lecz przedtem w rogu piwnicy przekazała tobół, w który jej mąż zapakował nasze rzeczy.) Opowiadała o okolicznościach jego śmierci bez łez i bez jęku. Nie potrafiła płakać; wielu ludzi traci zdolność płaczu, gdy pojmą, że życie nie ma żadnego sensu. Ludzie płaczą i skarżą się tylko dopóty, dopóki sądzą, że życie ma jakiś sens. Niektórzy umierają w tym przeświadczeniu. I zostają zbawieni, jak uczy religia.

Żona Balázsa nie płakała. “Nie warto płakać nad tym, co niesie fatum" - powiada Tezeusz. Żona Balázsa nie czytała autorów greckich, nie rozumiała tylko, czemu zginął jej mąż, którego “uwielbiała" - tak powiedziała, prawie mimochodem, przed siebie - czemu zginął ostatniego dnia wojny, kiedy już nie miał urzędowego obowiązku ginąć? Stała milcząc obok usypanego naprędce grobu. Ja też milczałem, brakowało mi mot juste, odpowiedniego słowa, które przedstawia rzeczywistość jak rycina, które wszystko odsłania, słowa, o którym marzyli pisarze imażyści. Bywają sytuacje, w których nie ma odpowiednich słów. Kobieta nie czekała zresztą na moją odpowiedź. Długo stała przy desce, którą zamiast nagrobka wkopano w ziemię nad ciałem męża. Na szarym papierze pakowym napisane było jego nazwisko oraz dzień, w którym zginął podczas Drugiej Wojny Światowej: Lajos Balázs, zecer, żył trzydzieści osiem lat. Nie było o czym mówić. Dlatego staliśmy tylko przez pewien czas nad prowizorycznym grobem. Nie wiem, o czym myślała żona Balázsa. Ja myślałem o tym, że ten człowiek był właściwie bohaterem. Ale pamiętam, że myślałem o tym z niechęcią, bo w tych czasach - a później jeszcze bardziej - w mojej świadomości blakły już i gorzkniały wszystkie te wielkie słowa jak “Ojczyzna", “Bohater" czy “Ofiara". Lecz Balázs może w istocie był bohaterem. Istnieją różne rodzaje bohaterstwa.

Eurypides twierdzi na przykład - nie myślałem o tym wówczas, gdy stałem nad pospiesznie usypanym grobem, dopiero teraz, dwadzieścia pięć lat później, gdy piszę o “bohaterach" - Eurypides twierdzi więc, że według osądu Greków Andromacha była bohaterką, bo pozwoliła się zawlec “na greckie łoże" i jednocześnie zniosła cios, jakim było zabicie przez Achajów jej dziecka. Fakt, że nie mogła niczemu zaradzić, ale jakież w tym bohaterstwo? Dziwne są ludzkie oceny. Jedną z nich jest przekonanie, że bohaterem jest człowiek, u którego czyny zgadzają się z charakterem.

Bo na przykład niedaleko stąd, w sąsiedztwie, przy Kozich Schodkach, na rogu ulicy Attili mieszkał piekarz. Zgodnie ze swoją profesją mieszkał w parterowym domku i wypiekał chleb. Nie był nazistą, ale bał się komunistów i kiedy trzeba się było opowiedzieć, przystąpił do jakiegoś zgrupowania pod cudownym jeleniem. Wiedział, że nie da się tego ukryć i że gdy nadejdzie czas rewizji, może mieć z tego powodu kłopoty. Ale podczas gdy wielu ludzi uciekło z Budapesztu, bo wysadzono w powietrze mosty na Dunaju, a w Nowym Peszcie waliły armaty, piekarz nigdzie nie uciekł, pozostał na swoim miejscu. Czeladników wcielono do wojska, albo poznikali. Co ma robić piekarz pod koniec drugiej wojny światowej, jeśli rozumie, że wojna jest przegrana? Przemyślał wszystko i zdecydował jak Montaigne: pozostał w piekarni i wykonywał swój zawód.

Gdy około Bożego Narodzenia Rosjanie zbliżali się do Dzielnicy Zamkowej i Dzielnicy Krystyny, ten będący Szwabem węgierski piekarz pracował wraz z żoną, ciągle wypiekał chleb. Miał jeszcze mąkę, drzewo na opał, miał jeszcze kartofle i sól. Walki toczyły się już na Tabánie, pół kilometra stąd, gdy piekarz rozwiązał rankiem worek mąki, napalił w piecu, zagniótł ciasto i łopatą na długim stylisku wkładał do pieca wojenne chleby z ciemnej mąki, piekł chleb od rana do wieczora. Ostatniego tygodnia pracował nawet w nocy.

Kiedy się ściemniało i Raty na kilka godzin zawieszały bombadowania, okoliczni mieszkańcy ostrożnie opuszczali piwnice sąsiednich domów i ustawiali się z naczyniami na podwórku jednej z kamienic przy ulicy Attili, gdzie jeszcze z czasów przedhistorycznych pozostała zabytkowa studnia; stamtąd czerpano wodę, bo wodociągi już nie działały. Potem, nim z powrotem poznikali w swych piwnicznych jaskiniach, przemykali się do piekarni i kupowali chleb. Piekarz sprzedawał wszystkim za papierowe pieniądze, po oficjalnej cenie, a więc właściwie darmo. Ale żądał też od klientów kartek na chleb - w lutym 1945 r., pod koniec drugiej wojny światowej, w Budzie! Precyzyjnie odcinał kupony od kartek i składał je na kupkę.

Ostatniego dnia, gdy Niemcy i Węgrzy już się wycofali, ponieważ Budę poddano, piekarz zdjął biały fartuch, zagasił ogień w piecu, łopatę na długim stylisku, którą wkładał chleby do pieca, oparł o ścianę, usiadł obok niecki, skręcił papierosa i zapalił. Czekał na Rosjan. Przyszli w południe i od razu go zabrali, bo jakiś gorliwy człowiek z okolicy natychmiast nań doniósł, że jest zbrodniarzem wojennym. To pojęcie okazało się bardzo pojemne i w pierwszym okresie po zakończeniu wojny wielu ludzi, którym udało się przeżyć, nazywano zbrodniarzami wojennymi. Wskazywanie palcem winnych trwało kilka lat i piekarz, którego wywieźli z piekarni do Jekatierynburga, miał czas, żeby się zastanowić, czy jest rzeczywiście zbrodniarzem. Niełatwo zdecydować, co jest prawdą w procesie piekarza. A także w procesie pisarzy, chirurgów, szewców, którzy przeżyli przegraną wojnę. Możliwe, że wszyscy są winni, cała ludzkość. Dlatego najlepiej jest wygrać, bo kto wygrywa wojnę, otrzymuje pomnik. A kto przegrywa, zostaje powieszony lub wywieziony do Jekatierynburga.

Bo na przykład Aladár Schöpflin, który także tu mieszkał, w sąsiedztwie kupy gruzu, będącej do niedawna moim domem, na pewno nie brał udziału w wojnie. Po jego mieszkaniu pozostało trochę więcej cegieł niż po moim, ale i on wraz z rodziną został stąd przegnany przez zawieruchę wojenną. Później, podczas jednej z wędrówek poświęconych odszukiwaniu znajomych, odkryłem nazwisko Schöpflina na drzwiach któregoś z mieszkań w Śródmieściu. Miał wylew, mówił zacinając się, ale potrafił poruszać jedną ręką. Wziął więc do niej książkę i zaczął czytać. Po wylewie czytał tak samo, jak piekarz, który do ostatniej chwili wypiekał chleb - czytał, bo to była jego profesja. Umysł miał niezmącony i powiedział mi, że ze wszystkich utworów, które przeczytał w życiu, najpiękniejszą lekturą był dlań “Don Quijote". Rozumiałem to, ponieważ sam Schöpflin - naprawdę wyraźnie było widać w głębi dom, w którym mieszkał - przypominał Don Quijote’a przebranego za kuratora szkolnego. Kiedy wyznał mi, że Don Quijote jest jego ideałem, uśmiechnął się skromnie i obco, jak uśmiechają się ludzie, których jakiś rodzaj kalectwa wyklucza ze społeczeństwa ludzi zdrowych - są przeto dumni i zawstydzeni zarazem.

Schöpflin także był patrycjuszem, należał do niewielkiego światka budańskiego patrycjatu, który teraz rozpadł się na skorupy. Stąpał wojskowym krokiem, wyprostowany, gęste włosy strzygł krótko i siedział w kawiarni Philadelphia jak urzędnik czytający akta w biurze. Siedział sam, wyprostowany i wypijał szklaneczkę śliwowicy. Jego widok zawsze sprawiał mi radość. W kawiarni także czytał, odzywał się rzadko, na ogół mruczał tylko coś pod nosem. Wiedział, że w obłędnym chaosie życia poza dobrze zbudowanym zdaniem nie ma innej ucieczki: reszta to blaga lub bełkot. Jego profesją było pisanie recenzji o książkach do czasopism. Swoje krytyki starannie przemyśliwał, a potem pisał je tak sumiennie, z takim skupieniem, jak sędzia z dawnego świata, gdy ma ogłosić kończący proces ważny wyrok. Ale najpierw czytał książki, o których pisał. Ten zwyczaj i praktyka później zanikły: rozmaite pismaki łapały za pióro i pod pozorem krytyki załatwiały cudze dzieło życia w kilku niechlujnie sformułowanych półzdaniach. Możliwe, że Schöpflin także był bohaterem, bo pozostał wierny swojej profesji i swoim przekonaniom.

Oficyna naszego domu nie została zburzona i w piwnicach od frontu, od strony ulicy Mikó zachował się warsztat pana Kovácsa, biblijnego cieśli. Wraz z rodziną przepadł on gdzieś w chaosie oblężenia, a po wojnie tu już nie wrócił. I może żyje jedynie na kartach tej pogodnej książeczki, którą lekkomyślnie w młodych latach napisałem o ulicy Mikó, o Dzielnicy Krystyny, o moim gryzącym pudlu imieniem Csutora i o tych wszystkich wariatach i nawiedzonych, którzy mieszkali tu niegdyś w głębi, w zrujnowanych teraz domach, w rodzinnym micie, który rozsypał się oto na kawałki. To był mój świat i mój własny mit, więc pisałem o nim. Proust opisywał francuską arystokrację i burżuazyjnych snobów. Ja pisałem o panu Kovácsu i teraz rozglądałem się, czy kogoś nie opuściłem?

O aptekarzu z rogu i jego żonie powodowany taktem albo obawą nie wspomniałem na przykład w tej książeczce, bo Kosztolányi, który czytał rękopis i znał dwu- oraz czworonożnych bohaterów tej historyjki, po ukazaniu się jej radził mi, bym na wszelki wypadek wyjechał na jakiś czas na prowincję. O książce głośno było w okolicy - nie czytano jej, słyszano tylko o niej - niewykluczone więc, że któryś z bohaterów pewnego dnia zaczai się na mnie i wbije mi w plecy ostry pilnik. Bałem się pisać o aptekarzu, bo Dzielnicę Krystyny zamieszkiwali ludzi małomówni, ale zawzięci, mogłem się przeto spodziewać, że jeśli o nim napiszę, wiedziony pragnieniem zemsty aptekarz domiesza środka przeczyszczającego do proszków od bólu głowy, które u niego czasami nabywałem.

Nie pisałem o aptekarzu i teraz stwierdziłem z radością, że w inferalnym, obłędnym chaosie oblężenia apteka ocalała. Stała na przeciwległym rogu, naprzeciw parku Krwawe Pole. Pod koniec wojny można w niej było nabyć wiele rzeczy - cielęcinę, ciepłe wełniane skarpety, jeszcze najrzadziej lekarstwa, bo większość ziół i proszków wykupili żołnierze i spekulanci. Aptekarzowa była fanatyczną wielbicielką psów i pod koniec wojny dotknęła ją bolesna strata: “w łóżku, wśród poduszek" zdechł ze starości jej pies. Był to brzydki, stary i opasły mops, ale aptekarzowa opłakiwała go z nieutuloną boleścią. Gdy zaglądałem do apteki, by kupić proszek od bólu głowy, cielęcinę lub wełniane skarpety, siedząca za kasą aptekarzowa zawsze zwracała moją uwagę na stojącą obok, oprawioną w srebrną ramkę fotografię jej zmarłego ulubieńca. “Niech Pan popatrzy - mówiła zalewając się łzami - zawsze widzę jego oczy. Kiedy się budzę w nocy, zawsze widzę jego oczy, patrzy na mnie, stamtąd... Ale patrzy tak, jakby jeszcze tu był. Odszedł...". I wybuchała płaczem. Nigdy nie użyła słowa “zdechł", wzdychała zawsze “odszedł...".

Ból aptekarzowej był szczery. Nie miała socjalnego nastawienia i możliwe, że z punktu widzenia przewrotu historycznego, pośrodku którego wówczas żyliśmy, mogła się wydawać nieludzka. Upadały przecież państwa, miliony ludzi żyło i umierało w niewyobrażalnych cierpieniach, ginęły miasta i kultury. Wszyscy wokół opłakiwali narzeczonych, mężów, synów, ojców, kochanków. A aptekarzowa z Dzielnicy Krystyny opłakiwała psa.

Teraz, gdy widać było aptekę, która ocalała, choć pozostało tylko pomieszczenie, a małżeństwo aptekarzy, podobnie jak ich pies, znikło, wszyscy ci, którzy utracili niewypowiedzianie więcej, mogliby ze zrozumiałym oburzeniem żądać, by napiętnować wspomnienie osoby, która nosi żałobę po psie, podczas gdy ludzkość cierpi. Ale bardzo trudno sprawiedliwie wyrokować o ludziach. Czytałem później, że gdy Niemcy wkroczyli do Paryża i lud stolicy rozpoczął exodus - uciekając przed Niemcami setki tysięcy ludzi wyruszyły na szosy - Léautaud, znakomity krytyk francuski, wyruszył w drogę w towarzystwie swej starej przyjaciółki i dwóch tuzinów paryskich psów, ratując je przed Niemcami, bo obawiał się, że naziści mogą im zrobić coś złego. Czy Léautaud był nieludzki? Żył wśród kotów i psów, bo nie ufał ludziom. (Lecz czy można ufać ludziom? Czy pathei mathos jest prawdą, czy cierpienie czyni nas mędrcami? Czy raczej tylko radość może nas czegoś nauczyć? A ból doprowadza do szaleństwa lub skłania do okrucieństwa? - Nie wiem.) Léautaud kochał zwierzęta i literaturę żyjąc w ich otoczeniu, w warunkach przypominajacych śmietnik - ale z tego nieporządnego śmietnika czasami buchały w niebo dziwne płomienie. Pośrodku pożogi świata ten fanatyczny Francuz z podobnym wewnętrznym zaangażowaniem zajmował się literaturą, co zwierzętami. Bez szaleństwa nie ma energii umysłowej. Ani kochać, ani opłakiwać nie można naprawdę bez szaleństwa. I prawie nieważne, kogo lub co kochaliśmy i opłakujemy pośrodku wojny światowej.

Aptekarzowa zapewne przesadzała w swojej żałobie po psie. Ale kiedy trzeba kochać lub nienawidzieć, pogrążeni w przerażającej samotności życia ludzie rzadko kierują się rozsądkiem. Teraz, gdy rozglądałem się z wysokości Baszty, widziałem wśród ruin ludzi, których cierpienie nie nauczyło niczego. Mnie także niczego nie nauczyło, najwyżej ostrożności sądów, gdy oceniam aptekarzową, pozostałych ludzi i siebie samego.

Co było jeszcze? Wojna zniszczyła także rosnące rzędem wzdłuż naszego domu kasztany, których gęste korony liści sięgały pierwszego piętra. Gałęzie pościnały im pociski armatnie i bomby zrzucane przez Raty; jakby z grubymi pniami drzew zmagały się siły znacznie potworniejsze od wszelkich wichur. To też było widać z wysoka - i w tym pejzażu był to chyba jedyny widok, który w obserwatorze, to jest we mnie, wzbudził poryw gniewu. Bo były to piękne, bujne drzewa, wiosną przystrajały się białymi i różowymi kwietnymi świecami, latem ich ciemnozielone korony ocieniały okna pokoju, w którym mieszkałem. Było w moim życiu dziesięciolecie, w którym ta ulica, wszyscy ci ludzie i te kasztanowe drzewa miały dla mnie treść i sens. Ten fragment ulicy oznaczał coś, co miało wagę i pełnię, co było żywotne, w koronach drzew unosił się ciepły oddech młodości i wieku męskiego, intrygi i miłości, ambicji, zawodu i nasycenia. Ale nic z tego nie pozostało.

Przeł: Teresa Worowska

---ramka 352161|strona|1---

Ten materiał jest bezpłatny, bo Fundacja Tygodnika Powszechnego troszczy się o promowanie czytelnictwa i niezależnych mediów. Wspierając ją, pomagasz zapewnić "Tygodnikowi" suwerenność, warunek rzetelnego i niezależnego dziennikarstwa. Przekaż swój datek:

Dodaj komentarz

Usługodawca nie ponosi odpowiedzialności za treści zamieszczane przez Użytkowników w ramach komentarzy do Materiałów udostępnianych przez Usługodawcę.

Zapoznaj się z Regułami forum

Jeśli widzisz komentarz naruszający prawo lub dobre obyczaje, zgłoś go klikając w link "Zgłoś naruszenie" pod komentarzem.

Zaloguj się albo zarejestruj aby dodać komentarz

© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]