Anatolij Karpow i pretendent Garri Kasparow zaczęli wojnę w Moskwie, w Sali Kolumnowej Domu Związków. Ma ona w sobie coś mrocznego. Kiedyś, gdy Dom Związków był jeszcze zwykłym pałacem, Dołgorukowie i Golicynowie organizowali tam koncerty i bale. Jeden jest nawet wspomniany w „Eugeniuszu Onieginie”. Władza sowiecka mieszała jednak rozrywkę z horrorem. To skazano kogoś w procesie pokazowym na śmierć (jak np. naszego generała Leopolda Okulickiego), to zorganizowano bolszewicki konwentykl. Albo Dziad Mróz ze Śnieżynką pląsał w otoczeniu pionierów, albo wnoszono trumnę żegnanego łzami Lenina czy Stalina.
Dwaj Panowie K. – trzeba przyznać – wpisali się idealnie w tę huśtawkę nastrojów. Trumna z Jurijem Andropowem wymaszerowała z sali 14 lutego 1984 r., oni zaczęli grać 9 września. Ledwie 15 lutego 1985 r. grać przestali, a sala była znów potrzebna do celów funeralnych: 11 marca wniesiono do niej ciało Konstantina Czernienki.
Mecz też był morderczy: pięć miesięcy i 48 partii. Pretendent na początku brał ostre baty. Szybko przegrywał 4:0 (a grało się do sześciu zwycięstw), potem nastąpiło 17 remisów i Karpow znów wygrał. Zanosiło się więc na pogrom, Garri jednak się przebudził. Wygrał rozgrywkę numer 32 i, po 14 remisach, partię 47. i 48. Zrobiło się 5:3 – i to pretendent był na fali.
Wtedy nagle szef FIDE (Międzynarodowej Federacji Szachowej) ogłosił, że to koniec: obaj zawodnicy są wyczerpani i dalej grać nie mogą. Mecz zostanie powtórzony.
Garri Kasparow zareagował wściekłością. Wierzył, że miał mistrza na widelcu. A w rzeczywistości mecz przerwano, bo o tym, kto wygra partię, decydowała partia. Grzeczny i układny Anatolij Jewgieniewicz był jej ulubieńcem. Mówił, że w życiu kocha tylko szachy oraz marksizm, co podobało się w KC. Do tego był genialny, a przede wszystkim był bohaterem: w walce o tron pokonał przecież Wiktora Korcznoja, który uciekł z Kraju Rad, został więc zdrajcą. Towarzysz Breżniew wpadł w zachwyt: mówił, że skoro Tolik zdobył koronę, to niech ją trzyma. Ta złota myśl wyrażona na szczycie – na niższych piętrach była rozkazem.
W każdym razie Garri Kimowicz Kasparow został doprowadzony do ostateczności. Dał wywiad dla „Spiegla”, gdzie wylał żale. Kierownictwo partii zatarło ręce – tym ruchem ułatwiał zadanie. Zamiast kombinować, jak w meczu rewanżowym wspomóc Tolika, wystarczyło zdyskwalifikować Garrika za działalność antypaństwową.
Kasparow wyczuł pismo nosem. Wystarał się o widzenie u szefa wydziału propagandy KC KPZR. Spodziewał się, że będzie jak zwykle, ale akurat szef się zmienił. Został nim Aleksandr Jakowlew, były ambasador radziecki w Kanadzie, przyjaciel Gorbaczowa, pomysłodawca pierestrojki i głasnosti.
Garrik zaczął narzekać (i tak nie miał wiele do stracenia). Jakowlew milczał i uśmiechał się ironicznie. – Nadużywacie przymiotników, młody człowieku – zauważył i podziękował za rozmowę.
Jakowlew miał interweniować u Gorbaczowa, żeby partia odczepiła się od szachów. Drugi mecz zaczął się 1 września 1985 r., tym razem w Sali Koncertowej im. Czajkowskiego w Moskwie. Dwa miesiące i 10 dni później Kasparow został najmłodszym mistrzem w historii gry. Miał 22 i pół roku.
Nie znam się na szachach, ale pamiętam te mecze doskonale. Coś wisiało w powietrzu. Można było wyczuć, że kroi się jakaś wielka zmiana.
Piszę to wszystko nie z powodów rocznicowych, ale dlatego, że Kasparowa właśnie wywalili z książki pt. „Sportowe tradycje, wielkie zwycięstwa”, wydanej z okazji 80-lecia klubu Spartak.
Kasparow, który akurat grał w barwach Spartaka, wpisuje się doskonale i w tradycję sportową, i w wielkie zwycięstwa. U redaktora Jewgienija Gika, co się zna na szachach, wydawcy zamówili odpowiedni artykuł. No, ale okazało się, że w książce artykuł się nie znalazł.
– A gdzie jest Kasparow? – dopytywał się Gik.
– Wycięli!
– Kto?
– Z samej góry – usłyszał szept.
Sama góra Kasparowa nie lubi. Bo nie kocha on putinowskiej władzy, nie podlizuje się i spiskuje za jej plecami. Na zachodzie byłby opozycjonistą, ale w Rosji ociera się o zdradę. Wobec czego trzeba go eliminować nie tylko ze współczesności, ale i z historii. Bo co by było, gdyby ktoś na Kremlu wziął pięknie wydaną książkę i zobaczył tam Kasparowa? Mógłby się zdenerwować nie na żarty. A po co drażnić władzę? Po co ryzykować? Zamiast mówić, że G.K. był wielkim mistrzem, wystarczy powiedzieć, że jest małym Judaszem za zachodnie srebrniki. A co było, to było.
Kraj z Orwella. Jakowlew, gdyby żył, mógłby śmiało powiedzieć: – Dobra, zaczynamy od początku! ©℗
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.




















