Do końcowej syreny zostało 20 sekund. W katowickim Spodku, gdzie trwa koszykarskie Euro, kipiało od emocji. Na tablicy wyników był remis, 64:64. Ale piłkę mieli Polacy.
Jordan Loyd daje wygraną z Izraelem
A konkretnie Jordan Loyd – 32-letni Amerykanin, który polski paszport otrzymał ledwie co, na początku sierpnia. Izraelczycy mocno go naciskali, ale udało mu się rzucić w kierunku kosza. Spudłował, ale natychmiast wyrwał pod obręcz i mimo podkoszowego tłumu trafił dobitkę. „Do takich momentów, takich akcji, przygotowywałem się od dziecka” – powiedział potem przed kamerami TVP Sport.
Rywale mogli jeszcze wygrać, w ostatniej sekundzie za trzy rzucał występujący na co dzień w NBA Dani Avdija. Minimalnie chybił, a w Spodku zaczęło się szaleństwo. Ponad 10 tys. polskich fanów rzuciło się sobie w ramiona.
Loyd zdobył łącznie 27 punktów, w tym siedem ostatnich. Zasłużenie odebrał statuetkę dla najlepszego gracza meczu. Słowem: o zwycięstwie nie byłoby mowy, gdyby nie on. Tak samo jak nie byłoby wygranej ze Słowenią i Islandią, która dała nam wejście do fazy finałowej turnieju.
Zapewne dlatego polscy fani z miejsca go pokochali. Na kolejny mecz, z Islandią, przyszli z transparentem: „Janusz Lojdowski”, w internecie dodają go do panteonu wielkich Polaków. Uczucia są wzajemne: po meczu z Izraelem Loyd napisał w serwisie X „Dumna Polska!”.
Amerykanie w europejskich klubach
Czytelnik, który koszykówką się na co dzień nie interesuje, może być w konfuzji. Dlaczego w naszych barwach występuje Amerykanin, który do tej pory nie miał żadnego związku z Polską? Nie miał tu przodków, nie pochodzi stąd jego partnerka, nawet nie dotknął tutejszych parkietów?
Ujmując najprościej: bo pod koniec lipca prezydent Andrzej Duda nadał Loydowi polskie obywatelstwo. Przy okazji wręczył też papiery Jerrickowi Hardingowi, innemu amerykańskiemu zawodnikowi, który w reprezentacji będzie występował na przemian z Loydem. Urodzony w stanie Georgia Harding także nie miał wcześniej z Polską nic wspólnego.
Na występy graczy naturalizowanych pozwalają przepisy FIBA, czyli światowej federacji koszykówki. Z tej furtki korzystają niemal wszystkie reprezentacje. Tylko w Europie dla nowych ojczyzn zagrało już blisko dwustu koszykarzy, w głównej mierze – Amerykanów.
Na tym bowiem polega ten kontrowersyjny biznes: Amerykanom europejski paszport ułatwia grę w tutejszych klubach, sprawiając, że nie obowiązują ich istniejące w wielu ligach limity dla graczy spoza kontynentu. W zamian kadry ze Starego Kontynentu otrzymują graczy o wysokich umiejętnościach.
Nie ma się co dziwić, że kibice drużyn narodowych mają co do naturalizacji mieszane uczucia. Przypomina to bowiem dobrze prosperujący biznes. Dyskusja na nowo rozgorzała tuż przed mistrzostwami Europy, gdy rzutem na taśmę zyskaliśmy nową gwiazdę.
Amerykanie w polskiej koszykówce
Do tej pory nasze doświadczenia z naturalizowanymi Amerykanami były słodko-gorzkie. Joe McNaull, Eric Elliott, Jeff Nordgaard, David Logan, Thomas Kelati oraz A.J. Slaughter – to amerykańscy koszykarze, którzy występowali w polskiej kadrze przed Loydem.
Najtrudniejsze wspomnienia dotyczą 42-letniego dziś Logana. Dostał polski paszport tuż przed mistrzostwami Europy w 2009 r., których także byliśmy gospodarzem. Co prawda występował w polskiej lidze, ale nic więcej go z krajem nie łączyło. Jednak by odnieść sukces przed własną publicznością, potrzebowaliśmy gwiazdora, który poprowadzi nas do zwycięstw.
W turnieju nic wielkiego nie osiągnęliśmy, a Logan opuścił nas tuż po nim i nigdy później w drużynie narodowej nie zagrał. Zdarzyło mu się nawet powiedzieć, że nie ma dla niego różnicy, dla kogo gra, i równie dobrze może reprezentować Afganistan.
Na drugim biegunie jest historia Thomasa Kelatiego. To Amerykanin o erytrejskich korzeniach, który grał w Zgorzelcu: poznał tu żonę, założył rodzinę, zbudował dom. Wystąpił o paszport, zagrał w kadrze na dwóch turniejach mistrzowskich. Czuć było, że na Polsce mu zależy.
Jednak największą lekcją była dla nas naturalizacja A.J. Slaughtera w 2015 r. Nasz ówczesny selekcjoner Mike Taylor wiedział, że brakuje nam w zespole prawdziwego talentu i trzeba sięgnąć po Amerykanina. Upatrzył sobie Slaughtera, urodzonego w Kentucky rozgrywającego, który nie miał w życiorysie – w porównaniu do poprzednich sześciu Amerykanów w kadrze – nawet ćwierci polskiego śladu.
O wręczonym w trybie nadzwyczajnym paszporcie dyskutował nie tylko światek sportowy. Utopiści chcieli, aby kadra radziła sobie bez „farbowanych lisów”. Jeden z kadrowiczów, oczywiście anonimowo, pytał retorycznie: – Można świetnemu koszykarzowi A.J. Slaughterowi dać polski paszport i zrobić z niego Andrzeja Rzeźnickiego. Ale jak się z taką reprezentacją utożsamiać?
Zawrzało w momencie, gdy w mediach ukazały się informacje, iż Slaughter podpisał z kadrą pewnego rodzaju kontrakt – w zamian za europejski paszport zobowiązał się grać w reprezentacji Polski przez trzy lata. Tak jakby podpisywał umowę z klubowym zespołem.
Rzecz w tym, że Slaughter został w kadrze na dekadę. I stał się jej legendą – gdyby nie on, nie osiągnęlibyśmy największych sukcesów w historii – ósmego miejsca na mistrzostwach świata w Chinach w 2019 r. czy czwartego miejsca w Europie w 2022 r.
Polski sukces na EuroBasket 2022
Slaughter kadrze nie odmówił nigdy, choć w koszykówce bywa to nagminne – największym gwiazdom z NBA czy Euroligi rozgrywki reprezentacyjne często kolidują z ligowymi. I nierzadko wybierają miejsce, w którym mogą dużo lepiej zarobić.
Ostatnie wspomnienie związane z 38-letnim dziś koszykarzem to historyczny dla Polski EuroBasket 2022. W trakcie tego turnieju – będąc korespondentem Sport.pl – zobaczyłem wyjątkową scenę z udziałem A.J. – a, tuż po zwycięstwie z Ukrainą. Najlepsze, czyli kosmiczna wygrana ze Słowenią, miało dopiero nadejść, ale już wygrana w 1/8 finału sprawiała, że mistrzostwa można było nazwać sukcesem.
Mercedes-Benz Arena w Berlinie pomału pustoszała, ale biało-czerwoni wciąż świętowali na parkiecie. A wśród nich bohater meczu, czyli A.J. Slaughter. „Antek” rzucił przeciw Ukrainie aż 24 punkty, a w zaciętej końcówce nie zadrżały mu ręce przy najważniejszych rzutach wolnych w karierze.
Po ostatniej syrenie dał się w końcu ponieść emocjom. Kiedy z głośników poleciał utwór „Mój jest ten kawałek podłogi” Mr. Zooba, Slaughter tańczył i krzyczał razem ze wszystkimi. A po meczu, zwykle zamknięty i introwertyczny, powiedział słowa, które utkwiły w sercach fanów: „Zrobiliśmy coś wielkiego dla naszego kraju, dla kibiców, dla federacji”. Słowa o „naszym kraju” zostały zapamiętane.
Następcą Slaughtera w kadrze jest dziś Jordan Loyd. I jego naturalizacja wzbudziła kontrowersje. Część kibiców wprost apelowała, aby reprezentacja składała się z ludzi związanych z Polską – nawet kosztem wyników. Fakty są jednak takie, że z tej ścieżki korzystają już niemal wszystkie nacje świata. Wstrzymują się jeszcze tylko zwariowane na punkcie koszykówki, dumne Litwa i Serbia.
Loyd pasuje do tej drużyny
Nie chcieliśmy iść pod prąd. Ale choć naturalizacja Loyda przypomina inwestycję biznesową, to wydaje się, że trafiliśmy jeszcze lepiej niż ze Slaughterem. I nie chodzi tylko o to, że mowa o graczu z jeszcze wyższej półki.
Przygotowania do nadania mu obywatelstwa trwały dobrze ponad rok. Pierwsza rozmowa skończyła się jednak nagle. Jordan dostał informację, że w tarapaty na mieście wpadł jego kolega z zespołu. I od razu stwierdził, że musi mu pomóc.
– Dla nas to był pierwszy znak, że charakterologicznie będzie pasował do naszej kadry, która trzyma się razem, jest zżyta i idzie za sobą w ogień – powiedział mi o tej sytuacji Łukasz Koszarek, dyrektor reprezentacji Polski.
Loyd jest w Katowicach z żoną i dzieckiem. Stephanie była ponoć mocno zaangażowana w kwestię naturalizacji. Pomagała z formalnościami, a jak zdradził selekcjoner Igor Miličić – nawet egzaminowała go ze znajomości gry naszej drużyny narodowej.
Żona Loyda pojawia się też na trybunach Spodka, oczywiście w biało-czerwonych barwach. Podczas meczu z Islandią siedziała kilka rzędów pod fanami, którzy wywiesili transparent „Janusz Loydowski”. Jordan Loyd zżył się z Polską szybciej, niż można było sądzić. Podobnie jak my z nim.
Piotr Wesołowicz jest dziennikarzem Sport.pl, komentatorem koszykówki, autorem poświęconego jej podkastu „Plac gry”.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.
















