Szanowny Użytkowniku,

25 maja 2018 roku zaczyna obowiązywać Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016 r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia dyrektywy 95/46/WE (określane jako „RODO”, „ORODO”, „GDPR” lub „Ogólne Rozporządzenie o Ochronie Danych”). W związku z tym informujemy, że wprowadziliśmy zmiany w Regulaminie Serwisu i Polityce Prywatności. Prosimy o poświęcenie kilku minut, aby się z nimi zapoznać. Możliwe jest to tutaj.

Rozumiem

Reklama

Piękno przynależy do wielu rzeczy

Piękno przynależy do wielu rzeczy

01.11.2015
Czyta się kilka minut
Marek Zieliński, Bartłomiej Majzel, organizatorzy Festiwalu Ars Cameralis: Przez 24 lata udało nam się zachować kameralny charakter imprezy, dzięki czemu wciąż możliwy jest intymny kontakt ze sztuką i artystami.
Keaton Henson Fot. Materiały organizatora
M

MICHAŁ SOWIŃSKI: Chciałbym zacząć rozmowę od dwóch niesamowitych liczb. XXIV edycja, która trwa aż 21 dni – Ars Cameralis to chyba najdłuższy festiwal artystyczny w Polsce!

MAREK ZIELIŃSKI: Dla mnie najważniejsze jest to, że przez tyle lat udało się nam zachować tę specyficzną interdyscyplinarną równowagę. Gdy obserwuję inne tego typu wydarzenia, mam wrażenie, że często jeden z elementów, nawet wbrew intencjom organizatorów, zaczyna dominować. Nam się udało utrzymać właściwe proporcje między poszczególnymi gałęziami sztuki.

Muzyka nie dominuje?

ZIELIŃSKI: Nie, choć czasem tak jesteśmy odbierani przez osoby, które nas dobrze nie znają. U nas muzyka nigdy nie była jedynie muzyką, zbiorem dźwięków. Była osadzona w kulturowym kontekście. Przenika się ze słowem albo z obrazem. David Harrington z Kronos Quartet powiedział kiedyś, że dzielenie muzyki na gatunki czy nurty nie ma sensu. Ona przenika rzeczywistość. I właśnie o to wyczucie „nerwu czasu” chodzi. Interdyscyplinarność to też odpowiedź na czas, w którym żyjemy. W naszej rzeczywistości zacierają się granice między słowem, dźwiękiem i obrazem.
BARTŁOMIEJ MAJZEL: Łatwo zrobić festiwal pozornie interdyscyplinarny – wystarczy powrzucać do jednego worka rozmaitych artystów. Znacznie trudniej budować w ten sposób spójną, sensowną narrację. U nas pojawia się także interdyscyplinarność na poziomie poszczególnych wydarzeń. Jeśli pojawia się literatura, to często towarzyszy jej muzyka lub sztuki wizualne. Staramy się również prezentować artystów wszechstronnych. W tym roku pojawi się przykładowo Lydia Lunch – zagra koncert, zaprezentuje poetycki performance i poprowadzi warsztaty. Albo Keaton Henson – odbędzie się wernisaż jego rysunków, wystąpi on jako poeta i zagra koncert. Oczywiście istnieją podobne imprezy, ale my w pewnym sensie, dwadzieścia kilka lat temu, byliśmy prekursorami...
ZIELIŃSKI: Chyba tak, ale gdy zaczynaliśmy, pojęcie interdyscyplinarności było kompletnie niezrozumiałe. Wszyscy go używali właśnie w tym „workowym” sensie, a nie jako pewnej całościowej wizji sztuki. Oczywiście dziś istnieje wiele imprez podobnych do naszej, np. OFF Festival, ale to są nieco inne tradycje, bliższe pewnie Glastonbury czy Woodstockowi. Wydarzenia oparte na bardzo ważnej idei, która zakłada, że podstawą kultury jest wolność. My, kiedy zaczynaliśmy, myśleliśmy jednak o czymś innym – to był projekt nieco dydaktyczny...
MAJZEL: Taka praca u podstaw... Otwarcie drzwi, na Śląsku, który wówczas przypominał wypaloną ziemię.

I co się zmieniło przez te lata? Praca u podstaw przyniosła efekty?

ZIELIŃSKI: Zdecydowanie. Kiedyś mieliśmy sytuacje, że na spotkania przychodziły dwie, trzy osoby. Miało to oczywiście swój urok. Ale od lat nie mamy już problemów z frekwencją – wręcz przeciwnie. Coś się wyraźnie zmieniło. Teraz panuje opinia, że Ars Cameralis to taka dziwna impreza, na której nigdy do końca nie wiadomo, co będzie, ale i tak nie można dostać biletów.
MAJZEL: Udało nam się chyba zdobyć zaufanie publiczności, bo faktycznie wielu naszych artystów to postaci niszowe i właściwie nieznane. Ale zmianę widać też w przesunięciu naszych zainteresowań – wcześniej skupialiśmy się głównie na prezentowaniu sztuki lokalnej, tego, co dzieje się tu, na Śląsku. Teraz mamy możliwość kreowania nowych zjawisk, odkrywania talentów, no i zapraszania wielkich artystów z całego świata (a byli u nas, przykładowo, John Zorn, David Lynch, Laurie Anderson czy John Cale). To fantastyczna sprawa. Ale udało nam się przy tym zachować kameralny charakter imprezy, dzięki czemu wciąż możliwy jest intymny kontakt ze sztuką i artystami.

Uprzedzili Panowie moje pytanie – bo czym właściwie jest ta kameralność wpisana w samą nazwę Festiwalu?

ZIELIŃSKI: Najłatwiej to chyba wytłumaczyć, odwołując się do pierwotnego znaczenia tego słowa, czyli „camera” rozumiana jako mały pokój, który mamy w sobie, który pielęgnujemy, w którym trzymamy swoje książki, płyty – i zawsze możemy do niego wejść. To widać nawet na tych największych wydarzeniach festiwalowych, na które przychodzą tłumy, ale jednak wciąż czuje się intymny związek z artystą i jego sztuką. Tak było choćby na koncercie Philippe’a Jaroussky’ego, gdzie poziom emocji wśród publiczności był porównywalny do koncertu gwiazdy rocka – wielokrotne bisy, skandowanie imienia śpiewaka... Ale mimo to, choć może trudno w to uwierzyć, udało się zachować tę trudną do zdefiniowania „kameralność”.

Pan Bartłomiej wspomniał o Śląsku. Wielokrotnie przy okazji Festiwalu Ars Cameralis podkreśla się jego regionalny charakter. Na czym dokładnie to polega?

ZIELIŃSKI: Same początki, ten projekt „dydaktyczny”, o którym mówiliśmy wcześniej – tam było to widać najbardziej. Śląsk dziś a Śląsk 20 lat temu to zupełnie różne światy. Tamten sprzed lat był zniszczony, zaniedbany, także w sensie społecznym – był zamknięty, również na sztukę. I dlatego właśnie przez sztukę chcieliśmy coś tu zmienić. Chcieliśmy zapełnić dojmującą pustkę, tak bardzo wtedy odczuwalną.
MAJZEL: Ale jeszcze innym, bardzo ważnym aspektem tego śląskiego charakteru są śląscy artyści od lat związani z tym miejscem: Wojciech Kucharczyk, Sławomir Rumiak, poeci z grupy Na Dziko i wielu innych.
ZIELIŃSKI: Racja – od samego początku, i tak jest do dziś, wokół Festiwalu gromadzą się najrozmaitsi twórcy i środowiska artystyczne, którzy znajdują tu możliwości realizacji.

A czym jest dla Panów kolekcja? To pojęcie pojawia się w tekście programowym tej edycji Festiwalu. Istnieje wiele rodzajów kolekcji, mogą one też służyć rozmaitym celom. Istnieją też bardzo różni kolekcjonerzy.

ZIELIŃSKI: Tak, to pewnie również jest specyficzny rodzaj interdyscyplinarności, który zaczął się gdzieś w XVII czy XVIII wieku wraz z encyklopedystami. Potem byli surrealiści, których kolekcje różnych obiektów stawały się dziełami sztuki samymi w sobie. Podobnie chyba myślimy o naszym Festiwalu – też chcielibyśmy, żeby ta „kolekcja” artystów była dziełem sztuki, albo, jeszcze lepiej, żeby była właśnie taką „camerą”, którą można nosić w sobie.
MAJZEL: Kolekcja to przede wszystkim pasja. Nie można budować kolekcji, jeśli nie ma się w sobie miłości dla obiektów, które się zbiera i łączy ze sobą. W naszym przypadku w grę wchodzi wiele elementów: dźwięki, słowa, elementy wizualne, ale i pamięć, odpryski rzeczywistości, zapomniane znaczenia – z tego można stworzyć opowieść o świecie, który nas otacza, lub o świecie, którego już nie ma.
ZIELIŃSKI: Wiele lat temu zorganizowaliśmy wystawę Andrzeja Urbanowicza „Kolekcje. Obiekty i subiekty z lat ostatnich”, w której autor prezentował reprodukcje, trochę jak u Bretona, rozmaitych przedmiotów zgromadzonych przez lata swojego życia. To świetnie pokazało, że tak naprawdę wszyscy jesteśmy kolekcjonerami.

Chciałem zapytać, kogo Panowie uważają za najważniejszego artystę tegorocznej edycji, ale w kontekście kolekcji to pytanie nie ma chyba większego znaczenia...

MAJZEL: Pewnie w każdej kolekcji da się wskazać najbardziej drogocenne kamienie, które świecą najjaśniej. Choć dla mnie każde wydarzenie jest bardzo istotne, mógłbym wymienić kilku szczególnie ważnych tegorocznych gości. Antonio Muñoz Molina, Cess Nooteboom, Ondjaki, Ariel Pink, Lydia Lunch, Sam Lee. No i Henson, na którego koncert od dawna nie ma już biletów...
ZIELIŃSKI: Nigdy nie hierarchizowaliśmy naszych artystów. Czasem, dla celów promocyjnych, eksponujemy to czy tamto nazwisko, ale zarówno publiczność Festiwalu, jak i sami artyści bardzo często kompletnie nas zaskakują i na długo pozostają w pamięci. A niekiedy nie tylko w pamięci, bo efekty trwają także po zakończeniu imprezy. Tak było przecież z grupą Na Dziko czy z próbami promocji designu kilkanaście lat temu – wtedy to pojęcie związane było wyłącznie z wzornictwem przemysłowym, u nas z projektowaniem książek i wieloma innymi rzeczami. Dziś design to pełnoprawna część współczesnej sztuki.

„Nie wiem, czym jest piękno, choć przynależy do wielu rzeczy” – ten cytat z Albrechta Dürera stał się mottem tegorocznej edycji. Dlaczego? Piękno to współcześnie dość ryzykowna kategoria...

ZIELIŃSKI: W pewnym sensie zainspirował mnie wyjazd Bartka do Algierii – podróżował na początku tego roku przez pustynię. Skojarzyło mi się to ze słynną wyprawą Dürera do Afryki, który pojechał zobaczyć na własne oczy nosorożca. Z nami jest trochę podobnie – też staramy się patrzeć na ten odległy dla nas świat, często obcy i trudny do zrozumienia, ale nie zawsze mamy odpowiednie przygotowanie. Dürer mi tu bardzo pasował, zwłaszcza ze swoją definicją piękna. To ciekawe, że współcześnie piękno należy bardziej do porządku etyki niż estetyki, która przestała przybliżać człowiekowi sztukę, gdyż dopiero wypracowuje sobie nowe, bardziej adekwatne do dzisiejszego świata narzędzia. Piękno w motcie Dürera to rodzaj dziwności, którą można kogoś zachwycić. Z drugiej strony ten nosorożec jest dla nas ważny ze względu na afrykański aspekt tegorocznej edycji Festiwalu, zwłaszcza wątek związany z migracją. Dürera fascynowała też pewna archeologia języka – to nas prowadzi z kolei do podstawowych, a dziś szczególnie istotnych pytań o to, skąd jesteśmy, gdzie jest kolebka, z której wszyscy się wywodzimy.
MAJZEL: Motyw „drogi” widać także w samym programie, np. spotkanie „Uciekinierzy, pielgrzymi, nomadzi, wędrowcy”, w którym wezmą udział znakomici pisarze: Antonio Muñoz Molina, Cees Nooteboom i Xavier Farré. Każdy z nich jest w pewnym sensie właśnie wędrowcem przez czas, przestrzeń, rany i olśnienia, czego dowodem jest ich pisarstwo. Podobnie jest w przypadku Tahara Bena Jellouna, autora „Co to jest islam? Książka dla dzieci i dorosłych”. To wszystko są rzeczy dotykające problemów współczesnego świata. A ten świat jest w nieustannym ruchu... Chcielibyśmy uchwycić jego sedno, a dzięki sztuce pomóc go wyjaśnić. Nade wszystko jednak chcemy przybliżać sztukę, tę niewyjaśnioną przestrzeń wolności, dzięki której łatwiej nam żyć, być, wybaczać, zachowywać godność.
ZIELIŃSKI: Oczywiście, dotykamy polityki, ale podkreślamy też uniwersalny kontekst – migracja, wędrówka są naturalnie wpisane w koncepcje sztuki. Nie tylko w sensie geograficznym, ale w dużo szerszym – sztuka wędruje także w nas i między nami. Tu nie ma stałych, na zawsze określonych miejsc. Nawet w przypadku architektury – np. Akropol znajduje się Grecji, ale równocześnie przenika nieustannie do naszych umysłów, wędruje w nas i razem z nami. ©

MAREK ZIELIŃSKI (ur. 1960) jest dyrektorem Instytucji Kultury Ars Cameralis, autorem koncepcji „Katowice – Miasto Ogrodów”, dzięki której Katowice znalazły się w ścisłym finale starań o Europejską Stolicę Kultury 2016. Kreator wielu projektów i programów kulturalnych województwa śląskiego za granicą, m.in. w Nadrenii Płn.-Westfalii, Bratysławie, Moskwie oraz na Expo w Hanoverze i Saragossie.

BARTŁOMIEJ MAJZEL (ur. 1974) jest poetą, podróżnikiem, dziennikarzem radiowym, reportażystą. Opublikował książki „Robaczywość” (1997), „Bieg zjazdowy” (2001), „Biała Afryka” (2005), „Doba hotelowa” (2009), „Terror” (2015). Nominowany do Paszportu „Polityki” (2002). Najmłodszy laureat Nagrody Literackiej IV Kolumn. Współtwórca grupy poetyckiej Na Dziko.

Czytasz ten tekst bezpłatnie, bo Fundacja Tygodnika Powszechnego troszczy się o promowanie czytelnictwa i niezależnych mediów. Wspierając ją, pomagasz zapewnić "Tygodnikowi" suwerenność, warunek rzetelnego i niezależnego dziennikarstwa. Przekaż swój datek:

Autor artykułu

Krytyk literacki, stale współpracuje z Tygodnikiem Powszechnym. Redaktor literacki Conrad Festival, doktorant na Wydziale Polonistyki UJ. Prowadzi podkast literacki „Book’s not dead”.

Dodaj komentarz

Usługodawca nie ponosi odpowiedzialności za treści zamieszczane przez Użytkowników w ramach komentarzy do Materiałów udostępnianych przez Usługodawcę.

Zapoznaj się z Regułami forum

Jeśli widzisz komentarz naruszający prawo lub dobre obyczaje, zgłoś go klikając w link "Zgłoś naruszenie" pod komentarzem.

Zaloguj się albo zarejestruj aby dodać komentarz

© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]