Reklama

Niebo nad Królewcem

Niebo nad Królewcem

19.04.2007
Czyta się kilka minut
Kant jako detektyw i zarazem główny - nie zdradzę, czy słusznie - podejrzany!? Autor pyta retorycznie: a czy istnieje powód wykluczający umieszczenie Kanta w obrębie fikcji literackiej dotyczącej filozoficznej natury zbrodni?.
W

W tej opasłej, pięćsetstronicowej powieści trup ściele się gęsto, a szatan sieje grozę pośród pobożnych pietystów z Królewca, znacząc ciała ofiar diabelskim pazurem. Michael Gregorio także może się pochwalić niezgorszym pazurem - pisarskim mianowicie. Drasnął nim nawet Immanuela Kanta...

Godziłoby się najpierw powiedzieć kilka słów o autorze "Krytyki zbrodniczego rozumu", lecz co o nim powiedzieć, skoro unika rozgłosu, raczej nie udziela wywiadów i kryje się pod pseudonimem? Jednym słowem: spowity jest mgłą tajemnicy, co się okazuje znakomitym trikiem reklamowym. Choć Bogiem a prawdą, "Krytyka..." nie wymaga żadnych trików, bo czyta się ją z wypiekami na twarzy, jest świetnie skonstruowana, bogata w podteksty, niepokojąca, pełna zręcznie naszkicowanych psychologicznych portretów pruskich oficerów, mieszczan, pospólstwa, rzezimieszków, portowych ladacznic i obłąkanych czcicieli Prawdy. Wymaga jedynie, by wiedzieć, co to rewolucja francuska, gilotyna czy jakobini i co się kryje za pojęciem Sturm und Drang. Nie zaszkodziłoby również przeczytać "Cierpienia młodego Wertera" i orientować się, kim byli Napoleon albo Fichte.

No i nie od rzeczy byłoby rozumieć, choćby z grubsza, co oznaczają pojęcia: sąd a priori i a posteriori czy analityczny lub czym jest noumen. Polski wydawca powieści w reklamującym ją tekście udziela nam krótkiego kursu kantyzmu: "Mieszkańcy Królewca sądzą, że diabeł zabija w ich mieście, to sąd a priori, ma swoje źródło w umyśle i nie jest empiryczny; Kant twierdzi, że prokurator Stiffeniis rozwikła zagadkę okrutnych morderstw, to sąd a posteriori, wywiedziony z doświadczenia, prokurator jest bowiem dawnym uczniem Kanta; królewieccy pietyści są luteranami (stąd - dodajmy - nie dziwi ich odraza do katolickich zabobonów), to sąd analityczny, w którym orzeczenie wypowiada to, co zawarte w podmiocie; podejrzana ladacznica Anna Rostowa była zesłana na Syberię, to sąd syntetyczny, w którym następuje wykroczenie poza pojęcie; zaś przeczytać i zrozumieć tę książkę - to imperatyw kategoryczny". Wydawca wyjaśnia też, że noumen, czyli rzecz sama w sobie, to sam Gregorio. Po co jednak te wyjaśnienia, kiedy wiadomo, że w naszym kraju nawet przekupki nie zdziwi Ding an sich? Tak więc "Krytyka zbrodniczego rozumu" trafi zapewne pod polskie strzechy, pod którymi cięgiem jeno Heidegger i Heidegger i niekończące się krwawe spory wokół "Sein und Zeit"...

Dosyć jednak żartów; makabryczne zbrodnie i apokaliptyczny ton tej powieści wymaga bowiem należytej powagi. Już jej początek pozwala przeczuć widmo apokalipsy: latem 1803 r. wielorybnicy powracający z mórz Arktyki donosili o pojawieniu się zorzy polarnej rozświetlającej niebo z niespotykaną dotąd mocą. Widok ten przeraził Hanno Stiffeniisa, skromnego prokuratora z okolic Królewca, bo ciemny karmazyn chmur przywodził mu na myśl świeżą krew. Niańka jego dziecka, snując opowieści o osobliwym zachowaniu gospodarskich zwierząt, o dwugłowych i sześcionogich cielakach, mruczała ponuro: nadchodząca zima nie będzie podobna do żadnej innej.

I nie była. Tej zimy Hanno otrzymał list od króla Prus z rozkazem, by udać się do Królewca i pojmać zbrodniarza, kimkolwiek by on był: francuskim szpiegiem, bo armia Napoleona sposobi się do wojny z Prusami, fanatykiem religijnym czy księciem ciemności. Hanno z duszą na ramieniu rusza zatem do Królewca, nie wiedząc, czemu zawdzięcza zaufanie królewskiego majestatu. W drodze dręczą go senne koszmary, w których ojciec wini go za czyjąś śmierć, męczą go wspomnienia z dawnej podróży do ogarniętego jakobińskim terrorem Paryża i pamięć chwili, gdy ostrze gilotyny spadło na kark Ludwika XVI. Boi się wrócić do Królewca, skąd go przed laty wygnano z prośbą, by trzymał się jak najdalej od willi przy Magisterstrasse i od jej słynącego z pedantycznego umiłowania porządku lokatora.

Nie ominie go jednak spotkanie ze stojącym już jedną nogą w grobie Kantem, chorobliwie zaintrygowanym diabelskimi ekscesami wyczynianymi pod jego racjonalnym nosem. Hanno przekona się, że jego mistrz wie o tych zbrodniach więcej, niż można by podejrzewać - oświecony rozum nie lęka się bowiem szatana ani jego pazurów, które okażą się igłą z fiszbinu wieloryba (wiecie, taką do tkania gobelinów) - a tajemnica seryjnych morderstw wiąże się z nieznanym światu ostatnim dziełem wielkiego filozofa, poświęconym mrokom ludzkiej duszy. A więc także duszy Hanna i jego mistrza.

Krok po kroku Hanno będzie się zbliżał do prawdy, że najciemniejszych stron ludzkiego serca nie da się objąć rozumem i logiką, co od niedawna głosi jego mistrz, którego zdumieniem napawa jedynie gwieździste niebo i ciemności w głębi jego duszy. Tajemnica seryjnych morderstw zmusi młodego prokuratora, by zajrzał w umysł Kanta i, co gorzej, w sekrety własnej duszy: w swoje sny i w skojarzenia karmazynowego nieba z kolorem krwi. Czy ocali wiarę w ludzkie serce i rozum? Ale czy nie stracił ich już wcześniej, stojąc przed paryską gilotyną?

Kant jako detektyw i zarazem główny - nie zdradzę, czy słusznie - podejrzany? Filozoficzna herezja i obrazoburstwo?! W jednym z nielicznych wywiadów, który być może noumen przeprowadził sam ze sobą, Gregorio pyta retorycznie: a czy istnieje powód wykluczający umieszczenie Kanta w obrębie fikcji literackiej dotyczącej filozoficznej natury zbrodni? Dobre pytanie. Pod płaszczykiem sensacyjnej powieści Gregorio przemycił kilka przeklętych kwestii, które narodziły się w chwili, gdy Ludwik XVI wchodził na szafot. Czy to zdarzenie - pyta heretyk - mogłoby skłonić starego filozofa z Królewca do wyrzeczenia się złudzeń co do rozumu i prawa moralnego?

Michael Gregorio nie musi się bronić przed oskarżeniami, że szarga filozoficzną świętość. Jego powieść broni się sama, autor śmiało maluje ostatnie chwile życia Immanuela Kanta, nie czyniąc mu krzywdy i znakomicie przy tym oddając klimat pruskiego miasta oraz ducha preromantycznej Europy. Ale niech filozoficzne pytania nie zrażają tych, którzy łakną intryg i scen mrożących krew w żyłach. Bogu dzięki, w "Krytyce zbrodniczego rozumu" nie brak tego, co piranie lubią najbardziej...

Przede wszystkim jednak zachwyca ona opisami letargicznego i pogrążonego we mgle Królewca, nad którym nie rozpościera się niebo gwiaździste, lecz brudne niczym stara ścierka. Wszystko w nim cuchnie, rozkłada się, tonie we mgle. Ten odór i mgłę pamiętać będzie każdy, kto przeczyta debiutanckie dziełko tajemniczego autora. Postawmy i my na koniec pytanie: czy istnieje jakiś powód, by w fikcję dotyczącą filozoficznej natury zbrodni nie włączyć następnym razem Schopenhauera?

Michael Gregorio, "Krytyka zbrodniczego rozumu", przeł. Ewa Rudolf, Kraków 2007, Wydawnictwo Literackie.

Ten materiał jest bezpłatny, bo Fundacja Tygodnika Powszechnego troszczy się o promowanie czytelnictwa i niezależnych mediów. Wspierając ją, pomagasz zapewnić "Tygodnikowi" suwerenność, warunek rzetelnego i niezależnego dziennikarstwa. Przekaż swój datek:

Dodaj komentarz

Usługodawca nie ponosi odpowiedzialności za treści zamieszczane przez Użytkowników w ramach komentarzy do Materiałów udostępnianych przez Usługodawcę.

Zapoznaj się z Regułami forum

Jeśli widzisz komentarz naruszający prawo lub dobre obyczaje, zgłoś go klikając w link "Zgłoś naruszenie" pod komentarzem.

Zaloguj się albo zarejestruj aby dodać komentarz

© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]