Nie tacy straszni...

Wbrew ponurym diagnozom socjologów i surowym ocenom wystawianym młodemu pokoleniu, nie czuję się reprezentantem nanibyzmu - postawy nakreślonej w debiutanckiej powieści Dominiki Ożarowskiej. Na przekór tym, którzy wieszczą moralno-intelektualną degrengoladę ludzi urodzonych u progu transformacji ustrojowej w Polsce i już po jej dokonaniu, pragnę podkreślić: nie jesteśmy pokoleniem nic.
Czyta się kilka minut

***

Wchodzę do empiku i widzę przed sobą półki z setkami najróżniejszych gazet i czasopism, również obcojęzycznych. Ogrom wyboru przytłacza. Skądinąd wiem, że kiedyś rzetelne informacje z kraju i ze świata uzyskać można było, tylko słuchając jednej rozgłośni (Radia Wolna Europa) bądź docierając do konspiracyjnych materiałów wydawanych przy użyciu prymitywnego powielacza. Udaję się do najbliższego sklepu spożywczego i doznaję oczopląsu od bogactwa oferowanych towarów. Idę do kościoła, by się modlić, i nikt mnie za to nie wyrzuca z pracy ani nie aresztuje. Wsiadam na pokład samolotu i lecę, dokąd chcę, do wielu państw nawet bez konieczności posiadania paszportu, który w czasach PRL był dokumentem arcytrudnym do uzyskania.

Ten niezwykły komfort życia w suwerennym, demokratycznym państwie odbieram (podobnie jak inni z mojego pokolenia) jako coś danego, gdyż nie doświadczyłem trudnej rzeczywistości poprzedzającej transformację. Wydaje mi się, że wszyscy ci, którzy przyczynili się do przemian w Polsce, nie pragnęli (i nie pragną) wyrazów uwielbienia ze strony młodych, lecz chcieliby, byśmy własnym życiem dali świadectwo, które utwierdziłoby ich w przekonaniu, że ich wieloletnie wysiłki i wyrzeczenia nie poszły na marne.

Często zarzuca się nam, że w nic nie wierzymy, że nic nie wywołuje w nas głębszej refleksji ani że nie przejawiamy troski o dobro wspólne. Istotnie, wielu z nas zachłysnęło się dobrodziejstwami wolności, nie rozumiejąc niebezpieczeństw z tym związanych. Są tacy, dla których celem życia nie jest dążenie do realizacji jakiejś szczytnej idei czy też ambitnych (i przy tym często utopijnych) postulatów, lecz dotarcie na wyżyny hedonizmu w jego współczesnym, ultramaterialistycznym wydaniu: zarabiaj i konsumuj jak najwięcej.

Pośród nas spotkać można też takich, którzy nie wierzą ani w Boga, ani w dobro wspólne, ani w wartość egzystowania w społeczeństwie. Dla nich punktem odniesienia w podejmowaniu decyzji są dwie przesłanki: nieuchronność śmierci i niemożność realnego wpływu na kształt otoczenia.

Ten drugi czynnik nie jest zupełnie pozbawiony podstaw: trudno wykształcić w człowieku postawę zaangażowania, nieustannego dążenia do zmian na lepsze i poczucia odpowiedzialności nie tylko za to, co dotyczy "Ja", ale również za to, co kształtuje "My", kiedy subiektywna percepcja rzeczywistości nacechowana jest wybitnie pejoratywnie: w polityce chroniczne kłótnie i partykularyzmy podsycane doniesieniami medialnymi o kolejnych aferach; w mieście dziurawe drogi i tasiemcowe korki; w szpitalu, by dostać się do specjalisty, trzeba czekać czasem rok albo i dłużej; na osiedlu szaro i brudno, a po zmroku nawet niebezpiecznie; o znalezienie pracy na godziwych warunkach niezwykle trudno nawet po studiach i z biegłą znajomością kilku języków obcych. O kredycie mieszkaniowym można zapomnieć, no, chyba że rozłożony do spłaty na 45 lat.

Istnieją jednak również ci, którzy zidentyfikowali nowego, wspólnego wroga i będą się mu czynnie przeciwstawiać, namawiając do sprzeciwu innych: ułudę bezmyślnego wygodnictwa serwowaną nam przez neoliberalny dyskurs współczesności. O ile bowiem kapitalizm stanowi obecnie fundament racjonalnego gospodarowania i wyznacza kierunki rozwoju społeczeństw, o tyle żaden rozumny człowiek nie może pozostać obojętny wobec piętrzących się patologie i które rozwój ów ze sobą niesie.

Doświadczenie historii pokazuje, że nic tak nie unifikuje pokolenia jak wspólny wróg: w przypadku naszych rodziców takim oponentem był szeroko pojęty komunizm, życie w polityczno-

-społecznym zniewoleniu i poczuciu beznadziejności. Wyrażam głęboką ufność, że w naszym przypadku opór narastać będzie przeciw bezrefleksyjnemu podążaniu za dyktatem ekonomizacji życia we wszystkich jego aspektach. Sprzeciw ten konstytuuje niezaspokojony głód transcendencji: nawet jeżeli wśród ludzi z mojego pokolenia łatwo spotkać surowych krytyków Kościoła, są wśród nich jednostki o wielkiej bojaźni Bożej, doświadczające autentycznej metafizycznej tęsknoty: że życie na Ziemi, nawet względnie szczęśliwe i spokojne, nie jest celem samym w sobie, że nie może też podlegać uniformizacji ani traktowaniu jako produkt, który trzeba wykorzystać maksymalnie, póki nie upłynie termin jego ważności.

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz

TP Online: Dostęp roczny online

ilustracja na okładce: Nikodem Pręgowski dla „TP”

Artykuł pochodzi z numeru TP 18/2010